Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Wolski
‹Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Wolski
TytułOpowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
OpisPaweł Wolski (pseudonim literacki) – gdynianin urodzony w zamierzchłych latach 60. ubiegłego wieku. Absolwent dziennikarstwa na UW, dziennikarz ekonomiczny, obecnie analityk. Ulubiony uprawiany rodzaj fantastyki – alterhistoria, dzięki czemu jego „Plan Basior” ukazał się w numerze 9/2019 „Nowej Fantastyki”, zaś „Tańczące w słońcu sosny” zdobyły jedną z nagród w konkursie „Trójkąt sudecki”. Pierwsze z cyklu kilkunastu odrębnych, a gotowych już opowiadań o nawigatorze Snuffie zdobyło wyróżnienie specjalne w konkursie na portalu NF i opublikowane zostało w Antologii NF „Fantastyczne Pióra 2018”. Drugie w kolejności ukazało się w „Esensji” w lipcu 2021. Poza pracą, hobbystycznie, historyk pierwszej połowy XX wieku, tłumacz rosyjskiej poezji, wodniak, wędkarz, turysta górski.
Gatunekhumor / satyra, SF

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca

Paweł Wolski
1 2 3 4 »
Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

Paweł Wolski

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

Paweł Wolski
‹Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Wolski
TytułOpowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
OpisPaweł Wolski (pseudonim literacki) – gdynianin urodzony w zamierzchłych latach 60. ubiegłego wieku. Absolwent dziennikarstwa na UW, dziennikarz ekonomiczny, obecnie analityk. Ulubiony uprawiany rodzaj fantastyki – alterhistoria, dzięki czemu jego „Plan Basior” ukazał się w numerze 9/2019 „Nowej Fantastyki”, zaś „Tańczące w słońcu sosny” zdobyły jedną z nagród w konkursie „Trójkąt sudecki”. Pierwsze z cyklu kilkunastu odrębnych, a gotowych już opowiadań o nawigatorze Snuffie zdobyło wyróżnienie specjalne w konkursie na portalu NF i opublikowane zostało w Antologii NF „Fantastyczne Pióra 2018”. Drugie w kolejności ukazało się w „Esensji” w lipcu 2021. Poza pracą, hobbystycznie, historyk pierwszej połowy XX wieku, tłumacz rosyjskiej poezji, wodniak, wędkarz, turysta górski.
Gatunekhumor / satyra, SF
Zaproszenie przyszło wieczorem, w któryś z kolejnych piątków M-sierpnia, kurierskim dronem dostarczone wprost do naszego małego, porośniętego winoroślą domku na tarasowych zboczach Mount Olympus. Pawilon, zbudowany dekadę temu przez lokalnego dewelopera, stał pośród osiemdziesięciu tysięcy mu podobnych, ale był nasz własny, jedyny. I miał tę cudowną właściwość, że, w przeciwieństwie do większości pozostałych, umożliwiał oglądanie zachodów słońca wprost z tarasu, z czego akurat korzystałem.
Pawełek, starsze Snuffiątko, podjął upuszczony na ganek pakiecik, w stylizowanej na prawdziwy papier kopercie, i odganiając podskakującą wokół niego młodszą siostrę Mariannę, zaniósł go mojej Ani. Ania otworzyła, przeczytała, spojrzała na dwa fantazyjnie ręcznie wypisane bilety i omal nie zemdlała. Od trzech marsjańskich tygodni, w przerwie między dłuższymi rejsami, przebywałem na łonie rodziny, więc zaalarmowany jej stłumionym „Oaochchch!” zerwałem się chyżo z ogrodowego leżaka, z którego, nieśpiesznie sącząc ulubione domowe wino, z upodobaniem podziwiałem zapadający zmierzch i słońce osuwające się majestatycznie za zbocze piętnastomilowej góry. Pogoda była jak złoto. Krwawoseledynowa tarcza na tle fioletowego marsjańskiego nieba, ginąca za łagodnym łukiem podnóża najwyższego na planecie szczytu, prezentowała się doprawdy urzekająco. Ale że podczas tego urlopu miałem przed sobą takich zachodów, poprzedzających równie upojne noce, jeszcze około dwudziestu, bez bólu zrezygnowałem z ostatnich świetlnych refleksów. I teraz ja z kolei zapoznałem się z zaproszeniem. Bo tym właśnie okazała się ekskluzywna, granatowo i wypukło zadrukowana karta. Chyba faktycznie z prawdziwego czerpanego papieru.
„W imieniu Wielkiego Kuchmistrza, podległego czteroosobowemu Zarządowi Kolonii „Miasto Słońca”, w dowód ogromnych zasług położonych dla Ludzkości na polu zwalczania najgroźniejszych trapiących ją zagrożeń zdrowotnych, mam zaszczyt zaprosić W. Sz. P. Kapitana Wielkiej Żeglugi Galaktycznej O. Snuffa wraz z Małżonką na dwutygodniowy wypoczynek, połączony z udziałem w tegorocznym Słonecznym Karnawale. Pobyt, jak i wszelkie związane z nim atrakcje, jest całkowicie bezpłatny. Przewidziane zakwaterowanie – w apartamentach dla Honorowych Gości Wielkiego Zgromadzenia. Do Państwa pełnej dyspozycji zostanie oddane zaplecze krawieckie i regeneracyjne Pionu Miłości naszego Miasta. Gościna zaczyna się (tu data), kończy (tu również). Transfer na flagowy statek pasażerski „Solariusz Siódmy” zapewniamy kosmiczną windą z centralnego marsjańskiego Portu im. K. S. Robinsona w Pavonis Mons na pirs pasażerski Dejmosa, a następnie wprost do Miasta Słońca. Przed wejściem na pokład uprzejmie prosimy o poddanie się pełnemu skanowaniu, także emocjonalnemu. Podczas pobytu dozwolona jest konwencjonalna osobista broń historyczna, służąca kreacji balowej, z wyjątkiem miotaczy fal, cząsteczek oraz nanotoksyn. Licząc na Państwa niezawodną obecność załączamy bilety. R.V.S.P.”
A pod spodem ręcznie wykaligrafowane nazwiska wspomnianego Zarządu, rzecz jasna, także majestatyczne wręcz Wielkie. Oraz adres w Starnecie.
Imaginujecie to sobie? Mnie, zwykłego kapitana transportowych międzygwiezdnych Susłów, Borsuków i Surykatek zaproszono – i to wraz z żoną! – do najdroższego i najbardziej ekskluzywnego miejsca w znanym człowiekowi Wszechświecie. Do matecznika megamiliarderów. Gniazda zbytku i luksusu. Kolonii zamieszkanej przez raptem dwa tysiące rodzin skupiających w swych rękach lwią część majątku dostępnego całej ludzkości. Miejsca, o którym wprawdzie słyszała cała dwustumiliardowa, rozsiana po Galaktyce populacja homo sapiens, ale na własne oczy widzieli je i odwiedzili tylko nieliczni. Miasto Słońca wpuszczało może pięćdziesiąt osób rocznie, a może tylko trzydzieści, awansując ich tym samym do cywilizacyjnej sieci decydentów. Sieci, do której nie sposób było dostać się w żaden inny sposób, niż na imienne zaproszenie, dostarczane w ostatniej chwili anonimowym dronem.
Któryś z moich nawigatorów kiedyś, podczas wyjątkowo nudnej wachty, obliczył, że gdyby Miasto Słońca sprzedawało chętnym wczasy, to dwutygodniowy turnus musiałby tam kosztować tyle, ile kapitan Susła zarobiłby podczas sześciu tysięcy lat tyrki, bez urlopów i postojów. A teraz dron przyleciał do mnie i Ani. Staliśmy w kuchni między stołem a syntezatorem białka, Ania patrzyła na mnie, ja na nią. I powiem wam, naprawdę nie wiedziałem jak jej oznajmić, że najchętniej wywaliłbym zaproszenie do kosza i spokojnie wrócił na mój wysłużony drewnoplastowy leżak na tarasie. By ponapawać się ciepłem i zapachem okolicznych pinii, muzyką cykad, no i wysączyć do dna zawartość szklaneczki. Wciąż pełnej ubiegłorocznego wina, które w porze owocowania lekko zdziczałej winorośli nastawiam w domowej piwniczce, jeśli tylko wyrobię się z rejsu na małe rodzinne winobranie.
Teraz fioletowe już kuleczki na zwieszających się z tarasowej pergoli gronach również zapowiadały obfity zbiór. Tyle że coś mi w środku podpowiadało, że w tym sezonie z nastawianiem wina trzeba będzie dać sobie spokój. Kolejny trzymiesięczny rejs Wielkim Szlakiem Transgalaktycznym zaczynał się dokładnie dwa dni po dacie zapowiadanego na kartoniku powrotu z Miasta Słońca. A do wylotu Solariuszem z Dejmosa tych dni pozostawało dokładnie pięć! Jeszcze raz spojrzałem w roziskrzone radością oczy Ani, westchnąłem ciężko, potem ją pocałowałem. I bez słowa poczłapałem na taras. Nic nie trzeba było mówić. Wszystko było jasne. Tym razem przejrzałe winogrona zeżrą migrujące na południe M-październikowe szpaki!
• • •
– Kochanie, posmaruj mi plecy, proszę. – Głos Ani wyrwał mnie z bliskiego snu błogostanu, w który wpadłem na brzegu tysiąchektarowego basenu, zaprojektowanego na wzór tropikalnej plaży. Hmmm. Ładny mi basen. Jeden z piętnastu takich w Mieście Słońca, obrzeżony białym piaskiem i wypełniony uroczo falującą turkusową wodą, pod którą ukrywały się niewielkie rafy pełne barwnych ryb i koralowców, znajdował się na bliższym słonecznej tarczy skraju Miasta. Nad jego odległym o kilka mil drugim brzegiem, miejscami przesłoniętym zarysami piaszczystych wysepek porośniętych palmami, widniała – przyciemniona filtracyjnymi polami siłowymi i pokryta pulsującym różowo-pomarańczowym granulatem, niedaleka powierzchnia centralnej gwiazdy Układu Słonecznego. Kiedy spoglądaliśmy w górę, widzieliśmy mieniące się pomarańczem i błękitem wyrzuty plazmy.
To na zewnętrznej krawędzi fotosfery, w obszarze minimum temperaturowego, unosiła się Kolonia, niczym skierowany wąską krawędzią ku Słońcu, dwustronnie zagospodarowany placuszek. Miliony mil za jego drugim krańcem zaczynała się rozżarzona słoneczna korona. Ale my byliśmy – jak nas zapewniano przez cały, trwający raptem kilka godzin rejs hiperluksusowym „pasażerem” – całkowicie bezpieczni. Warstwa tuż powyżej fotosfery to przecież zupełnie chłodne miejsce: raptem cztery tysiące Kelvinów. Technologia oziębianych ciekłym helem solett i ekranujących pól siłowych, z generatorami zasilanymi bezpośrednio zewnętrznym promieniowaniem przenikliwym i cieplnym, od dawna pozwalała bimbać sobie na takie, doprawdy drobne, niedogodności. Rzecz jasna, jeśli się miało do dyspozycji budżet równy trzystu ziemskim.
– Co za widok! – wyszeptała Ania lekko nieprzytomnie spoglądając „w górę”, czyli w kłębiące się leniwie na naszym lokalnym „niebie” smugi słonecznej energii, płynące w takt ruchów Browna przez sztucznie zaniebieszczony widnokrąg Miasta Słońca. Po kilku dniach pobytu, udawało się to jej bez zawrotów głowy.
– Fakt, holoprzekazy to jedno, co innego na żywo – mruknąłem w odpowiedzi. Po prawdzie, tego typu obrazki nie były dla mnie niczym nowym. Ilekroć tankowaliśmy w gwiazdolotach zbiorniki cząstek elementarnych na bocznicach Szlaku, czyli w pobliżu gwiazd stanowiących dla nas główne stacje paliw, wchodziliśmy w ich chromosfery równie głęboko, a może i głębiej. Pola siłowe nawet najmniejszych Surykatek czy Susłów, już nie mówiąc o Borsukach, choć nadal nie do końca chroniły przed strumieniami meteorów czy zabłąkanymi kometami, od dawna zabezpieczały przed zewnętrzną grawitacją, temperaturą, ciśnieniem i prawie wszystkimi odmianami promieniowania.
Ale co innego mieć takie widoki przez kilkadziesiąt minut tankowania gwiazdolotu, a co innego – nieustannie przez kilkaset godzin, z ukochaną osobą u boku, na stacji o średnicy trzystu mil, unoszącej się stabilnie wewnątrz słonecznej atmosfery. Na planetoidzie z własnym sztucznym ciążeniem, z zamkniętym obiegiem powietrza i wody, z lokalną biosferą stabilizowaną przez najpotężniejsze Ajki. Z pasmem niewysokich, sztucznie zaśnieżonych, alpejskich w typie gór dla pasjonatów narciarstwa, z prywatnymi posiadłościami po trzydzieści mil kwadratowych każda, pokrywającymi lewą stronę kolonii. Oraz ogólnie dostępnymi obszarami niczym nieskrępowanej rekreacji umieszczonymi po jej stronie „prawej”. Czyli tam, gdzie się akurat od tygodnia znajdowaliśmy. Po kilku dniach desperackiego przekonywania teściów, by raczyli wziąć do siebie, na czas naszego wyjazdu, oba zdegustowane zdradą rodziców Snuffiątka.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.