Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 sierpnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Hałas
‹Kto się śmieje ostatni›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Hałas
TytułKto się śmieje ostatni
OpisOpowieści o Brune Keare zwanym Krzyczącym w Ciemności są już właściwie klasyką polskiej fantasy. Z dumą prezentujemy kolejne przygody żmija.
Gatunekfantasy

Kto się śmieje ostatni

« 1 7 8 9

Agnieszka Hałas

Kto się śmieje ostatni

– Przewidzieliśmy to – uśmiechnął się Khisakakos. Wyciągnął zza pazuchy pożółkły zwój pergaminu. – Tu masz ściągawkę.
Zwój, choć napisany przeraźliwie archaicznym stylem, istotnie zawierał precyzyjne wskazówki. Pod czujnym wzrokiem demonów żmij przygotował na polanie wszystko, co potrzebne. Ostrzem sztyletu nakreślił na ziemi krąg, naokoło wypisał symbole. W centralnym punkcie kręgu ustawił szkatułkę i ukląkł. Nieswoim, chrapliwym głosem zaczął odczytywać formułę. Znaki kręgu zapłonęły czerwono, zaśmierdziało siarką.
Wieko szkatułki odskoczyło. Z wnętrza wylała się ciemność – bezkształtne, ruchliwe opary, które w okamgnieniu ogarnęły Krzyczącego, wpijając się w niego tysiącem czarnych odnóży, ssąc. Zachwiał się, osunął na kolana; ostatnie słowa inkantacji rozpłynęły się w jęku.
Ponad kręgiem, w powietrzu pojawił się dysk wirującego światła. Pasma oparów uniosły się, wsysane przez ów wir, który z białego stał się złoty, potem przybrał barwę krwi.
Upuszczony pergamin spłonął, ledwie dotknął trawy. Żmij, rozpaczliwie walczący, by zachować przytomność, dał w końcu za wygraną. Zmysły nie zdążyły nawet zarejestrować momentu zetknięcia z ziemią.
Znikąd posypał się na niego deszcz popiołu.
Siejąc naokoło rubinowe błyski, wir powoli poszybował w górę, w górę, znikając za drzewami. Demony czekały, wstrzymując oddech. Po chwili rozległ się potworny huk, od którego zatrzęsła się ziemia; nieomylny znak, że obrzęd wskrzeszenia dopełnił się.
Khisakakos pochylił się nad żmijem, sprawdzając puls. Potrząsnął głową.
– Już po nim, serduszko nie wytrzymało. Niech mu ziemia lekką będzie. Lecimy, chłopaki!
– A co z dziewczyną? – Piru wskazał zemdloną Alike.
– Zostaw, wrócimy po nią. Nawet gdyby się ocknęła, nie ucieknie daleko. Teraz trzeba czym prędzej nawiązać kontakt z Potężnym. Gdzie on jest?
Zza drzew powoli wyłoniła się głowa, potem reszta sylwetki, i Bel Zoor wyprostował swoją olbrzymią postać. Srebrna grzywa włosów spadała mu na plecy, pod czerwoną jak krew skórą prężyły się grube węzły mięśni. Jego oblicze wykrzywiała furia, w trzech parach ślepi płonął żółty ogień.
Wydał ryk, od którego zadrżała ziemia.
– O, na czarnego Flereusa – westchnął z podziwem Jhurri.
• • •
Bel Zoor szedł. Ziemia drżała, deptane drzewa łamały się jak suche badyle. Demony leciały jego śladem, w bezpiecznej odległości.
– Wspaniale, cudownie – szeptał Piru, zacierając raz jedną, raz drugą parę rąk.
Na niebie w rytm kroków giganta bezgłośnie wybuchały eksplozje różnokolorowego światła. W promieniu kilkuset mil srebrni magowie z niedowierzaniem wpatrywali się w lustra i kryształowe kule. Niektórzy chwytali za grymuary i w pośpiechu szukali zaklęć skutecznych przeciwko Potężnym. Inni, realistyczniej oceniający sytuację, sięgali po sztylet używany przy rytuałach i wypowiadając odpowiednie słowa kaleczyli sobie ręce, przelewając krew w symbolicznym geście ofiary. Cienkie nici srebrnej mocy strzelały w niebo, łącząc się w delikatną sieć, mającą spowolnić atak umarłych, którzy rzucą się do materialnego świata z chwilą, gdy zachwianie Ekwilibrium przekroczy określony poziom.
Bel Zoor szedł. Chmary kręcieli z wizgiem materializowały się z powietrza i ciągnęły za nim – rozwrzeszczany, upiorny orszak.
Na horyzoncie, w dolinie zamajaczyło miasteczko; z lotu ptaka wydawało się maleńkie jak zabawka. Jhurri z powątpiewaniem popatrzył na Khisakakosa.
– Trzydzieści tysięcy dusz to jednak sporo… Zdąży, zanim go dopadną srebrni?
– Nie ma strachu, stary – machnął ręką grubas. – Wystarczy, że wyrżnie tylu, ilu zdoła, a zachwianie dokona reszty. Hordy widm tylko czekają po drugiej stronie, żeby przypuścić szturm.
Miasteczko było coraz bliżej. Tuż… Mieszkańcy podnieśli zgiełk, w panice wybiegali z domów. Niebo zalało się szkarłatem.
– Idź i niszcz! – wykrzyknęły jednym głosem trzy demony.
Nagle Bel Zoor zamarł, jakby niewidzialna siła osadziła go w miejscu, i ogłuszająco wrzasnął. Zatoczył się, targnął w konwulsjach. Przez chwilę jeszcze chwiał się na nogach, tocząc z ust krwawą pianę. W końcu zaklęcie wiążące ducha z ciałem pękło i Potężny runął niczym wieża trafiona piorunem. Rozpadał się, rozsypywał… Kręciele z dzikim chichotem rzuciły się na szczątki, porywając je i unosząc w okamgnieniu.
– Oszukał nas! – ryknął Khisakakos, a pozostali mu zawtórowali.
Daleko, w innym wymiarze pełen wściekłości wrzask Jaharilah rozciął ciszę ogrodów.
• • •
– Panie Dunkles, panie Dunkles… – powtarzała z rozpaczą Alike, pochylona nad nieprzytomnym mężczyzną. Miał zamknięte oczy, popiół pokrywał jego włosy, ubranie, skórę.
Drgnęła, gdy do jej uszu dotarł odległy, głuchy grzmot. Po nieboskłonie rozlała się łuna, jakby tuż za horyzontem szalał pożar; przez chwilę każde źdźbło trawy rzucało ostry czarny cień. Z wiatrem nadpłynęło echo rozpaczliwego krzyku, urwanego na najwyższej nucie.
Łuna stopniowo rozdzieliła się na osobne smugi, pomiędzy nimi na nowo pojawiło się blade niebo i świat przestał wyglądać jak zalany krwią. Żmij poruszył się, zakaszlał. Alike omal nie rozpłakała się z ulgi.
Nieco uspokojona usiadła i czekała, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Po niedługim czasie otworzył oczy i wysyczał przekleństwo, usiłując się podnieść.
Wolność była o wyciągnięcie ręki. W ciągu tych paru chwil, kiedy z punktu widzenia Zmroczy był martwy, rozwiało się zaklęcie posłuszeństwa wiążące go z Doliną Popiołów – to, dzięki któremu demony odnajdywały go bezbłędnie, gdziekolwiek się znalazł. Jeśli teraz im pryśnie, mogą go sobie szukać do sądnego dnia… Ale trzeba się spieszyć, zanim wrócą.
Jego spojrzenie padło na odmiankę. Był słaby jak kot, musiał jej użyć, nie miał wyboru.
– Nachyl się – szepnął. Gdy spełniła prośbę, przycisnął palce do jej skroni. Nie od razu poczuł, jak przez ręce przepływa znajome, ożywcze ciepło. Starał się czerpać jak najostrożniej, mimo to pod koniec omal nie utracił kontroli. Z trudem powstrzymał się od wzięcia tyle, ile domagał się organizm.
– Bolało – poskarżyła się Alike, ledwie cofnął dłonie.
– Wiem. Przepraszam.
Na efekty czerpania nie trzeba było długo czekać. Przestało mu się kręcić w głowie, oddychanie stało się łatwiejsze. Leżał jeszcze przez chwilę, zbierając siły, potem dźwignął się chwiejnie. Zacisnął zęby i uniósł ręce, kalkulując, czy starczy mu mocy na otwarcie portalu.
Musi starczyć.
Czerwone smugi na niebie gasły jedna za drugą. Zachwianie wyrównywało się.
Epilog: Żebracy
Karczma cieszyła się fatalną opinią i była to opinia w pełni zasłużona. W jej wnętrzu panował zatęchły mrok, wszystko w zasięgu wzroku lepiło się od brudu. Półnagi mężczyzna chrapał zaraz za progiem – okradziono go lub przepił odzienie. Czterech uzbrojonych po zęby zbirów rżnęło w wytłuszczone karty, okraszając grę wyzwiskami. Młoda i nawet niebrzydka dziwka z uporem godnym lepszej sprawy wdzięczyła się do chwiejącego się na ławie ochlapusa, wyraźnie nie zainteresowanego jej wdziękami, zaś w kącie ponury typ w złachmanionej pelerynie ogrzewał ręce o garnuszek z zupą.
Przy palenisku, w którym żarzyło się nieco węgli, kuliło się trzech żebraków, śmierdzących jak siedem nieszczęść. Ich kule stały oparte o ścianę. Jeden usiłował podsmażyć na pogiętej patelni jakieś ochłapy. Karczmarz co pewien czas zerkał na nich z nadzieją – zapłacili za miejsce przy ogniu, a jak już się ogrzeją, może zechcą się napić. Wiedział z doświadczenia, że żebracy rzadziej bywają bez grosza, niż niejeden porządniej wyglądający klient.
– Ani kawałeczka mięsa dzisiaj, psiakrew! – Ten, który kucharzył, z obrzydzeniem popatrzył na skwierczącą zawartość patelni.
Drugi – krępy i oszpecony parchami – sięgnął ponad ramieniem kompana, schwycił w dwa palce długiego obierka i wpakował do ust.
– Nie marudź, Jhurri – wymamrotał niewyraźnie, żując. – Grunt, że jest co wziąć na ząb. Tfu, ależ to podła sprawa być człowiekiem!
Trzeci, który w miejscu prawej ręki i nogi miał drewniane protezy, rozejrzał się niespokojnie.
– Święte słowa, stary, ale może by tak odrobinę ciszej?
– A tam ciszej, nikt na nas nie patrzy.
– Karczmarz patrzy.
– Bo liczy, że weźmiemy piwo. Na pewno nie masz już nic, Jhurri?
– Ani złamanego szeląga.
– Niech to cholerne striks! A tak bym się napił.
– Ja też. I pomyśleć, że wszystko przez tę ludzką gnidę!
Pozostali tylko zamruczeli gniewnie.
Gdy powrócili do swoich macierzystych Dolin, przynosząc wieść o porażce, dotkliwie ich ukarano. Zostali zesłani z powrotem do materialnego świata i uwięzieni w pokracznych ciałach, a teraz przemierzali ziemię w oczywistym celu. Jeśli przy okazji uda im się zgubić jedną czy drugą duszyczkę – to tym lepiej.
– A nawet odmieńców nie mogłem wytłuc w odwecie – zasyczał Khisakakos – bo prysnęli z tej ich wioski na cztery strony świata, że szukaj wiatru w polu.
– Ot, masz dowód, że kuglarz żyje! Ostrzegł ich!
– Albo się bali, że im się srebrni dobiorą do skóry za nielegalne rytuały.
Na zewnątrz zagrzmiało, deszcz zabębnił w okiennice. Dziwka zostawiła wreszcie pijaka w spokoju i przysiadła się do karciarzy.
– Daję za wygraną – mrugnęła, szczerząc zęby w uśmiechu, kiedy do niej zacmokali.
Jhurri zamieszał potrawę, przyjrzał się jej krytycznie i z westchnieniem postawił patelnię przed kompanami.
– No, chłopcy, wpylajmy, póki gorące.
Przez chwilę słychać było tylko mlaskanie i ciamkanie. Jedzenie, którego jak na trzy puste brzuchy było żałośnie mało, zniknęło w okamgnieniu. Khisakakos wytarł pozostały na patelni tłuszcz wygrzebaną zza pazuchy skibką chleba; pozostali patrzyli z zazdrością, jak żuje. Żeby zająć uwagę czym innym, wznowili rozmowę.
– Piru, przypomnij mi, bo nie pamiętam. Czy w obrzędzie wskrzeszenia jest klauzula: życie za życie? – spytał Jhurri, drapiąc się zaciekle pod pachą; wszy nie dawały mu spokoju.
– O ile mi wiadomo, nie. Tyle że z reguły czarodziej, który dokonuje przywołania, ginie, bo wskrzeszeniec wysysa z niego całą siłę…
– Z reguły? To znaczy jak często?
– We wszystkich znanych przypadkach magowie, którzy odprawiali ten obrzęd, zginęli.
– A ile było tych znanych przypadków?
– Niewiele.
– Czyli zasadniczo nie mamy pewności… Tym bardziej, że nie ma ciała.
– Może się odczołgał i zdechł w jakimś wykrocie.
– Mało prawdopodobne. Sprawdziliśmy teren w promieniu dziesięciu mil. Natomiast, jak słusznie zauważa jej wysokość, mógł zwiać portalem i szukaj teraz wiatru w polu.
– Portalem? W tym stanie?
– Może z czyjąś pomocą? Czy w okolicy byli jeszcze jacyś przeklęci?
– Nie ma możliwości tego teraz sprawdzić, przecież wiesz. – Piru ciężko westchnął. Toczyli tę jałową dyskusję po raz nie wiadomo który.
Khisakakos przełknął ostatni kęs chleba.
– Niepotrzebnie strzępicie języki, braciszkowie. Kipnął i szlus, mówię wam – warknął dłubiąc paznokciem w zębach. – Był żmij, nie ma żmija. A zwłoki… Ze zwłokami różne rzeczy mogły się stać. Może kręciele zeżarły, na ten przykład.
– A jeśli moc powróciła do niego w momencie, gdy Potężny się rozpadł?
Piru wytrzeszczył zaropiałe oczy.
– To możliwe?
– Teoretycznie, gdyby odpowiednio zmodyfikował inkantacje…
– Ech, przestańcież w końcu gdybać, rozchorować się można! Szlag by to! – Khisakakos splunął z obrzydzeniem.
Za ich plecami typ w pelerynie dopił zawartość garnuszka i utykając przeszedł między stołami do drzwi.
Już w progu odwrócił się, omiatając wzrokiem salę. Spod kaptura na mgnienie błysnęły żółte źrenice… Potem wyszedł w ciemność i deszcz.
Żebracy zamarli, bo wszystkich trzech nagle zakłuł ból w kikutach i bliznach. Popatrzyli na siebie, potem jeden przez drugiego rzucili się do wyjścia.
Lecz na zewnątrz nikogo nie było.
koniec
« 1 7 8 9
26 grudnia 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiatr
Marcin Pindel

26 VI 2021

Jak to dokładnie robi, tego nikt nie wie, ale z pewnością nie działa na zupełnie przypadkowych ludzi. Bo zarówno Majerczyka, jak i Gachów od dłuższego czasu coś trapiło. Wyrzuty sumienia, poczucie winy, jakiś niepokój czy żal. Założę się, że jakby zbadać kolejno każdą z podobnych spraw, wniosek byłby jeden: ci ludzie od dłuższego czasu z czymś się zmagali. A halny w końcu przyszedł i pomógł im ze sobą skończyć.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Kości dla trupokupca
Magdalena Świerczek-Gryboś

15 V 2021

Chłopak zachwycony motorem wzdrygnął się i zwrócił uważne spojrzenie na mnie. Nawet przez szkła maski zwykły człowiek dostrzegłby, jak zaszlamione ma oczy. Wróżka podeszła jeszcze dwa kroki. Odsłoniła twarz. Zalane krwią gałki w zapadniętej twarzy. Sczerniałe usta. Była całkiem śliczna, taka wyjedzona.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Groza na rajskich wyspach
— Anna Nieznaj

Esensja czyta: Marzec 2017
— Dawid Kantor, Daniel Markiewicz, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Styczeń 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Osty kłują
— Magdalena Kubasiewicz

I potępieni mogą marzyć
— Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Sierpień 2015
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja czyta: Kwiecień 2015
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek

Na smokach wojska latające i inne sarmackie historie
— Zofia Marduła

Wichry zmian
— Magdalena Kubasiewicz

Tropem węża
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.