Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Konrad T. Lewandowski
‹Żywa woda›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKonrad T. Lewandowski
TytułŻywa woda
Gatunekgroza / horror

Żywa woda

Konrad T. Lewandowski
« 1 2 3 4 6 »

Konrad T. Lewandowski

Żywa woda

Dwa kilometry dalej rzeka ocierała się o dużą, słoneczną polanę. Agnieszka i Lechu, którym wypadła dzisiejsza wachta, zabrali się za robienie kanapek. Pozostali pokładli się w trawie lub rozeszli po okolicy.
Młynarczyk odszedł najdalej. Dotarł do lasu na przeciwległym krańcu polany. Zamiast woni igliwia owiał go zapach butwiejących liści i mułu. Rósł tutaj gąszcz trzciny, otaczający błotnistą nieckę w kształcie sierpa. Starorzecze, pomyślał Tadeusz, rozglądając się dookoła. Kilka lat temu rzeka musiała płynąć skrajem lasu, potem zmieniła bieg, tworząc obecne koryto…
Ruszył wzdłuż trzcin, by ominąć przeszkodę i natknął na kolejny ślad dawnego biegu rzeki, też w kształcie półksiężyca, ale wygiętego w przeciwną stronę niż poprzednie. Ten meander był już całkiem suchy, przypominał zwykły wąwóz, którego koniec ginął w leśnym mroku. Jednak przez najbliższe sto metrów na byłe koryto nie kładł się cień ani jednego drzewa. Zaciekawiony Młynarczyk zszedł nad dół i zaczął iść po dawnym dnie, pokrytym warstwą chrzęszczących liści. Gliniaste brzegi koryta nie zdążyły jeszcze zarosnąć trawą i chwastami, tak, że zieleń krawędzi i dna płytkiego rowu przecinały co chwila buro-brązowe warstwy iłów i gliny.
Już po kilkunastu krokach dostrzegł znajomy kształt. Z nagiej ściany wąwozu wystawała ludzka kość udowa. Dalej piszczeli było więcej, pojawiły się żebra i obrośnięta trawą czaszka.
Cmentarz… – rozpoznał Młynarczyk na pierwszy rzut oka. Rozmyty cmentarz…
Przed wielu laty, rzeka zmieniając bieg i tworząc to koryto, rozryła położone w głębi lasu groby. Cmentarz musiał być bardzo stary i zupełnie zapomniany. Gdy woda rozpraszała szczątki, na powierzchni ziemi nie było już pewnie ani śladu mogił. Młynarczyk bacznie przyjrzał się kościom, próbując ocenić ich wiek. Piszczel, który wziął do ręki był lekki i porowaty, zatem musiał leżeć w ziemi przynajmniej sto, dwieście lat, niewykluczone, że znacznie dłużej. Szukając dalej wypatrzył szczątki trumien, były jednak tak zbutwiałe, że z trudem dało się poznać kształt desek.
Z tym większym zdumieniem odkrył trumnę w stanie niemal idealnym, jedynie silnie poczerniałą. Po prostu stała na dnie wyschłego starorzecza, nieznacznie zagłębiona w podłoże i stok. Jedno spojrzenie fachowca wyjaśniło sprawę. Trumna była z odpornej na gnicie dębiny, która w kontakcie z wodą zamieniła się w heban. Z zewnętrznych, metalowych, chyba cynowych ozdób pozostały tylko jaśniejsze zacieki na powierzchni wieka. Jedynym sposobem określenia czasu pochówku, było zerknąć do środka.
Nie był to problem, bo z gwoździ czy też śrub mocujących wieko pozostały nieliczne grudki rdzy. Drewno wprawdzie zachowało twardość, ale wypaczyło się tak, że między dolną częścią trumny a wiekiem powstały szpary, w które bez trudu dało się włożyć palce.
Młynarczyk bez wahania odwalił nagrzane w upale wieko. Odskoczył gwałtownie, a łoskot drewna przeszedł w gwałtowny syk. Było tu całe gniazdo żmij, którym stojąca na słońcu skrzynia stworzyła cieplarniane warunki do życia. Całe szczęście, gady ulokowały się w nogach nieboszczyka, w przeciwnym razie grabarz nie uniknąłby ukąszenia. Żmije ani myślały uciekać. Trzy największe tylko podniosły łby i wyszczerzyły na intruza jadowe zęby. Dwie mniejsze rozwidlonymi językami nerwowo badały nowy zapach. Były tak ze sobą splątane, że nie sposób było ocenić, czy razem jest ich kilka, czy kilkadziesiąt.
Klnąc w duchu Młynarczyk odsunął się od węży najdalej, jak było można i zajrzał do trumny. Roiła się od robactwa, które podobnie jak żmije zagnieździło się tutaj po wyschnięciu starorzecza. Na szkielecie nie pozostały żadne ślady odzieży, a grzebać w kościach i szukać metalowych przedmiotów Młynarczyk nie miał ochoty. Jego uwagę przykuło nienaturalne ułożenie szkieletu. Kości rąk i dłoni leżały obok czaszki, jakby człowiek w trumnie zakrywał kiedyś twarz ramionami. Jako doświadczony grabarz Młynarczyk widywał już taki układ zwłok u ludzi pochowanych żywcem… Cofnął się, splunął i przywalił wieko z powrotem. W czarnej skrzyni aż zawrzało od furii rozjuszonych żmij.
Parę kroków dalej była następna trumna, tym razem z ołowianej blachy, którą ciężar ziemi zgniótł w nieforemny brykiet. Większa część skrzyni tkwiła w stoku, ale szerszy koniec sterczał na zewnątrz, z pół metra nad dnem wąwozu. W górnej części wieka Młynarczyk dostrzegł coś, co sprawiło, że nie bacząc na poprzednią przygodę, czym prędzej rozgiął blachy. Czaszka była całkiem zmiażdżona, ale widać było wyraźnie zęby przemieszane z kośćmi palców. Te palce próbowały kiedyś od wewnątrz rozerwać blachę wieka, tłocząc w niej guzy i bruzdy…
Znów klient pochowany w letargu. Jeden obok drugiego! Młynarczyk cofnął się o krok i wytarł dłonie o szorty. Podrapał się w głowę, rozejrzał dookoła. Czy na tym cmentarzu chowano ludzi za życia? Czy może coś sprawiło, że trupy zaczęły ożywać i próbowały wyłazić z grobów? Przypomniał sobie snute przy wódce opowieści starych grabarzy. Ponoć był jeden taki cmentarz, gdzie wszystkie odnalezione przypadki nieboszczyków oprzytomniałych w trumnie, układały się wzdłuż jednej linii, jakby pod ziemią przepłynął strumień żywej wody…
• • •
Krzysztof Rodrigez, pseudonim Syrena, był studentem etnografii. Syreną nazwała go jedna z jego dziewczyn, z którą kochał się ze spuszczonymi do kolan spodniami, co szalenie ją rozśmieszyło. Zaczęła pieszczotliwie nazywać go swoją syrenką, a pozostali znajomi szybko podchwycili przezwisko. Rodrigez zdecydowanie unikał odpowiadania na pytania o pochodzenie ksywki, ale nie próbował jej zmienić. Przezwisko trwało, choć zmieniały się kolejne narzeczone, a Krzysiek pilnował się, by przed pójściem do łóżka zawsze zdejmować spodnie.
Czekając, aż Agniecha i Lechu zrobią kanapki, wywlókł z kajaka plecak, a z niego zabrane do czytania pod namiotem ksero. Czuł, że musi coś sprawdzić. Ta rzeka dziwnie mu się nie podobała, a ściślej przestała mu się podobać, od kiedy napotkali bifurkację. Sam rzucał patyki i widział, jak działa fenomen podziału nurtu. Po prostu nie mogli wszyscy zostać zniesieni w jedną odnogę! Teoretycznie była jedna szansa na trzydzieści dwie, prawie jak numer w ruletce, ale żeby udało się za pierwszym razem? Nie, Rodrigez nie mógł w to jakoś uwierzyć, a zastanawiając się nad tym, coś sobie przypomniał…
„Świadectwa opętania mocą szatańską, upiorów y żywiołaków, spisane y zaświadczone przez wielebnego…”. Na tym barokowy tytuł się kończył. W oryginale po prostu oddarto dolną połowę karty tytułowej, razem z nazwiskiem autora, drukarza, miejscem i rokiem wydania. Tłumacz, który w XIX wieku przełożył dzieło na polski, podpisał się na ostatniej stronie tylko inicjałami: „A hr. P”. Rodrigez w duchu nazywał go „hrabią Potockim”, ale nie udało się potwierdzić tożsamości. Bez autora, tłumacza i wydawcy dzieło nie było wiarygodnym źródłem, nadającym się do cytowania w pracy magisterskiej. Ewentualnie, na coś takiego mógł się powołać doktor, który nie miał zamiaru robić habilitacji. Księga stała zatem lekceważona w kącie wydziałowej biblioteki, skatalogowana jako „literatura, apokryf” z dużym znakiem zapytania. Z racji wieku zaś nigdy jej nie wypożyczano. Rodrigez zdołał jedynie zrobić kserokopię. Już lektura pierwszego rozdziału nasunęła mu myśl, że ktoś celowo okaleczył tę książkę, uniemożliwiając jej stanie się przedmiotem poważnych naukowych badań…
Fragment, który odszukał Rodrigez nosił tytuł: „Opętane wody”. Autor rozwodził się tu nad opisami powodzi, twierdząc, iż w przypadku niektórych klęsk wodny żywioł objawiał demoniczną inteligencję, z rozmysłem atakując ludzkie domostwa i szczególnie zajadle miejsca święte – jak kościoły oraz cmentarze. Dokonując bluźnierczego dzieła desakralizacji, masy wody potrafiły zachowywać się sprzecznie z prawami natury, płynąc niekiedy pod górę.
Skojarzenie ze spostrzeżeniami Rzepy było jednoznaczne. Oczywiście, trudno było polegać na średniej jakości mapie turystycznej skali 1:50 000. Wątpliwości mogła rozstrzygnąć tylko dokładna mapa wojskowa, której nie mieli. Ale wtedy na pewno okazałoby się, że poziomnice na mapie Rzepy są pochrzanione i tak dobrze zapowiadający się gotycki nastrój diabli by wzięli. No, może gdyby w pobliżu był zrujnowany kościół lub cmentarz… Syrena uśmiechnął się i zaczął pakować ksero.
Z lasu wyszedł Tadeusz, który na początku spływu, przedstawiając się grupie, po imieniu i nazwisku dodał jeszcze: „syn Stefana”, skończony idiota! Na temat swojego zawodu stwierdził tylko, że „robi w zieleni miejskiej”. Pewnie strzygł trawniki i nie było z nim o czym gadać, ewentualne miejskie opowieści, którymi mógł służyć, nie wchodziły w zakres etnograficznej specjalizacji Rodrigeza. Z pozostałymi nie było lepiej – Lechu, mały cwaniaczek, żyjący – jak to określił – z „przetykania kominów”, choć na pewno nie był kominiarzem, cholerna męska dziwka. Ryśka interesowało tylko pieprzenie Agnieszki, kiedy inni chodzili zwiedzać zabytki, oni wyłącznie w krzaki. Agniecha, z zawodu sekretarka, nie była głupia, ale najwyraźniej narkotycznie uzależniona od ryśkowego kutasa. Tylko Rzepa, znaczy Beata, wydawała się perspektywiczna… Żeby nie ona, Syrena pożałowałby, że zamiast imprezy klubowej, wybrał spływ otwarty dla ludzi z ulicy. Nie było z kim gadać, no ale też nie warto było robić sobie kwasów.
« 1 2 3 4 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Grudzień 2014
— Miłosz Cybowski, Daniel Markiewicz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Komisarz Drwęcki w trasie. Przystanek Łódź
— Wojciech Woźniak

Komisarz Drętwy
— Michał Foerster

Zaczyn
— Eryk Remiezowicz

Klapa „Ramzesa Wielkiego”
— Marek Pawelec

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.