Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Konrad T. Lewandowski
‹Żywa woda›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKonrad T. Lewandowski
TytułŻywa woda
Gatunekgroza / horror

Żywa woda

Konrad T. Lewandowski
1 2 3 6 »
Konary schylonego nad nurtem, niewidocznego w ciemnościach drzewa przegarnęły ich jak sękate palce. Potężne uderzenie w burtę pchnęło kajak ostro w prawo. Zatrzeszczał niebezpiecznie wgniatany laminat. Krzysztof skontrował zamaszyście i wtedy dziób kajaka opadł nienaturalnie głęboko, jakby trafił w dół w wodzie.

Konrad T. Lewandowski

Żywa woda

Konary schylonego nad nurtem, niewidocznego w ciemnościach drzewa przegarnęły ich jak sękate palce. Potężne uderzenie w burtę pchnęło kajak ostro w prawo. Zatrzeszczał niebezpiecznie wgniatany laminat. Krzysztof skontrował zamaszyście i wtedy dziób kajaka opadł nienaturalnie głęboko, jakby trafił w dół w wodzie.

Konrad T. Lewandowski
‹Żywa woda›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKonrad T. Lewandowski
TytułŻywa woda
Gatunekgroza / horror
„Bądź jak drzewo rosnące nad brzegiem”, uczyli buddyści. Wszystko przepływa obok i przemija, ty trwasz spokojny i niewzruszony. To drzewo rosło nad samym brzegiem rzeki, ale stanowiło zaprzeczenie sensu buddyjskiej maksymy. Pień i gałęzie trwały zastygłe w spazmatycznej konwulsji. Tadeusz Młynarczyk, syn Stefana, z zawodu grabarz, obecnie na urlopie, siedząc w przytulonym do brzegu kajaku, z dłonią wczepioną w kępę trawy, przyglądał się drzewu z rosnącą fascynacją. Wyglądało jak nadmorskie świerki czy sosny, zaplątane w supły przez sztormowe wichury. Tyle że to była jabłoń, zdziczała, mało powiedziane. Jej owoce na pierwszy rzut oka kojarzyły się z trucizną. Gdyby coś takiego rosło w raju, pramatka Ewa po dziś dzień byłaby wzorem posłuszeństwa. Poza tym tutaj, wszystkie inne drzewa w okolicy niczym się nie wyróżniały, rosły tylko ciut dalej od rzeki, szerokiej na rzut kamieniem. Zatem wygląd tej jabłoni nie mógł być dziełem wiatrów. Młynarczyk przyglądając się powykręcanym wielokrotnie gałęziom, mimowolnie wyobraził sobie, jak powinny były wyglądać normalnie, po czym w myśli odtworzył ruch, który musiał doprowadzić je do obecnego stanu. Aż przeszły go ciarki. Ujrzał istotę wijącą się w strachu i bólu, w niewyobrażalnym cierpieniu, które potęgował upływający czas. Bez możliwości ucieczki, wydania krzyku, za granicami ostatecznego obłędu, z jednym tylko szaleńczym pragnieniem – by wyrwać z ziemi korzenie!
Młynarczyk otrząsnął się. Drzewo stało nieruchomo, nie zadrżał ani jeden liść. Ot, wybryk natury. Młynarczyk zmobilizował zdrowy rozsądek. Pewnie od Czarnobyla tak się porobiło, brakuje tylko wisielca, znaczy świętej pamięci klienta, poprawił się w duchu i spojrzał na resztę uczestników spływu kajakowego.
Właśnie zbierali się pięćdziesiąt metrów przed nim. Młynarczyk stwierdziwszy, że został na końcu, odepchnął się od brzegu i po chwili dołączył do grupy.
– Niemożliwe, rzućcie jeszcze kilka patyków! – wołała Agniecha.
– Przecież mówię ci, że to klasyczna bifurkacja – odpowiedział jej Krzysiek, zwany Syreną, łamiąc w rękach gałązkę.
Szefowa spływu, Beata Mocek, ksywa Rzepa, absolwentka psychologii, pośpiesznie wertowała rozłożone na kolanach mapę i przewodnik. Lechu trzymał jej kajak, żeby nie spłynęła z prądem.
– Tu nic o tym nie ma – stwierdziła. – Taki fenomen powinien być główna atrakcją turystyczną. Bifirkujące rzeki w całej Polsce można policzyć na palcach jednej ręki!
Młynarczyk zrównał się z nimi i zobaczył, że rzeka rozwidla się kilkanaście metrów dalej. Ostry występ brzegu dzielił koryto na dwie równe odnogi.
– Tego rozwidlenia nie ma na mapie – kontynuowała Rzepa.
– Rzucam! – zawołał Krzysiek i cisnął garść patyków dokładnie na środek rzeki.
Parę metrów dalej miniaturowa flotylla rozdzieliła się na dwie grupy, z których każda znikła w innej odnodze.
– Rzucaj pojedynczo – poleciła podekscytowana Agnieszka. Siedzący za nią Rysiek, jej chłopak, bardziej interesował się faktem, że krzak, o który zakotwiczył kajak właśnie wyłazi z korzeniami z grząskiego gruntu.
Patyczki rzucane kolejno do wody wpływały raz w jedną gałąź rozwidlenia, raz w drugą, z prawdopodobieństwem bliskim podziału pół na pół. Nurt nie wpływał w obie odnogi na raz, lecz przełączał się rytmicznie, płynąc raz w prawo, raz w lewo.
– To bifurkacja, jak nic – podsumował Syrena.
– E tam, pewnie wyspa, zaraz za nią nurt znowu się łączy – wzruszył ramionami Leszek.
– Nie, już sprawdziłam – zaprzeczyła Rzepa – rzeka rozdziela się na dobre. Pewnie obie części niezależnie wpadają do jeziora.
– To którędy płyniemy? – odezwał się Młynarczyk.
– Przynajmniej Tadzik powiedział coś sensownego – podsumował Rysiek, z zawodu kierowca ciężarówki.
– Zdajmy się na los – zaproponowała Agnieszka.
– Wtedy prąd nas rozdzieli – zauważyła Rzepa.
– Popłyniemy tam, gdzie będzie większość!
– Jest pięć kajaków, więc nie będzie po równo… – głośno myślał Krzysiek.
– Ustawcie się dokładnie na środku nurtu! – Agniecha przejęła dowodzenie. – Puszczamy się na trzy, cztery i zdajemy na bifurkację. No już! Trzy… cztery…
Minutę później wszyscy znaleźli się w jednej odnodze, tej po lewej.
– To sprzeczne z rachunkiem prawdopodobieństwa – stwierdził Syrena.
– Zwykła statystyczna fluktuacja – odparła Agnieszka. – No, to płyniemy!
Ruszyli z prądem i przez jakiś czas słychać było tylko plusk wioseł.
– Wiecie co, do kitu ta mapa! – odezwała się nagle zirytowana Rzepa. – Wynika z niej, że płyniemy pod górę… – mocniej chwyciła wiosło i nie wypuszczając z rąk płachty papieru, energicznie odepchnęła się od pochylonego nad nurtem pnia.
– Uważaj, żeby nie zamoczyć tej mapy – prychnął Lechu. – Przyda się na podpałkę. A teraz postarajcie się wszyscy nie gadać za dużo, spróbuję złowić coś na kolację… – chwycił wiosło jedną ręką, drugą wyciągnął zwój żyłki i zaczął manipulować przy haczyku.
– Masz kartę wędkarską? – zainteresowała się Rzepa, rozprostowując zmiętą mapę.
– To dobre dla frajerów – odparł beztrosko Lechu, nadziewając dżdżownicę.
Beata dała spokój i ruszyła na czele spływu. Młynarczyk rozparł się wygodnie w siedzisku kajaka, ograniczając wiosłowanie do niezbędnego minimum. Zadarł głowę i wpatrzył w korony drzew, chwytając wzrokiem błyski słońca. Było luzacko, przyjemnie, znajomo. Jak na cmentarzu, pomyślał leniwie, nie zastanawiając się głębiej nad tą myślą. Istotnie, jak zazwyczaj na cmentarzu, nie śpiewał tu żaden ptak. Ten stan był dla grabarza tak normalny, że aż nie godny uwagi.
Inni też nic nie spostrzegli. Rysiek najpierw wodził ręką pod bluzką mocno odchylonej do tyłu Agnieszki, po czym ich kajak znalazł się na końcu konwoju i nie pojawił po kolejnym zakręcie. Beata dzieliła uwagę między wypatrywanie drogi i studiowanie mapy. Leszek co chwila zerkał na żyłkę wleczoną za kajakiem, Syrena wiosłował w milczeniu. Było sielsko, a parze z tyłu zapewne jeszcze anielsko. Najbliższe pół godziny wypełniła kwintesencja relaksu. Kołysanie, złote fale słońca na wodzie i chwilami wręcz idealna cisza.
Potem spokój zakłócił nerwowy plusk wody.
– Jasna kurwica! – wybuchnął Lechu.
– Czy ktoś tu przypadkiem nie prosił o spokój? – przygadał mu Tadeusz, prostując się w kajaku.
– Patrzcie no tylko! – Leszek podniósł do góry żyłkę z szamoczącą się na końcu rybą. – Co za kurestwo?!
Podpłynęli do niego. Ryba była wielkości dłoni i składała się przede wszystkim z nieproporcjonalnie dużego, kanciastego łba, z którego sterczał długi na palec, sękaty tułów. Całość pokrywały nierówno przylegające łuski. Stwór miotał się niezbyt energicznie.
– Chyba okoń, chory jakiś… – stwierdził niepewnie Syrena.
– Pokażcie! – dotarła do nich zawracająca pod prąd Rzepa. Dłuższą chwilę przyglądała się rybie. – To forma głodowa okonia – stwierdziła. – Narządy i mięśnie zredukowane do absolutnego minimum, niezbędnego dla przeżycia. Widziałam już takie zagłodzone ryby na hodowli, w stawie rybnym, którego właściciel umarł niespodziewanie. W tej rzece widać nie ma pokarmu…
– Jak to, kurwa, w rzece może nie być pokarmu? – zirytował się Lechu. – Przecież to nie jest zamknięty staw ani żaden basen. Tu musiał mieć czym się żywić! Robale, muchy, narybek…
– Pewnie miał jakąś chorobę i nie mógł łykać – podsunął Krzysiek.
– Nie gadaj, Syrena! Przynętę pożarł tak głęboko, że chyba mu zaraz tyłkiem wyjdzie… – szarpnął brutalnie żyłkę, wywlekając rybie przez pysk połowę wnętrzności. Rzepa odwróciła wzrok. – Won ścierwo! – uwolniwszy haczyk, wyrzucił szczątki do wody. Zaczął zwijać żyłkę.
– Nie będziesz już łowić? – zapytał Tadeusz.
– Odechciało mi się.
Pojawili się Agniecha z Ryśkiem.
– Stało się coś? – spytała zaróżowiona Agnieszka.
– Nie, nic – odarł Leszek spoglądając na nich wyzywająco. – A wam, jak poszło?
Rysiek za plecami dziewczyny pokazał mu uniesiony kciuk.
– Ruszcie się, bo nie zdążymy do jeziora przed zmierzchem! – ponagliła Rzepa.
– Może zrobimy przerwę na drugie śniadanie? – zaprotestowała Agniecha. – Zgłodniałam…
– Za pół godziny – zdecydowała Beata. – Teraz przyłóżcie się do wioseł!
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Grudzień 2014
— Miłosz Cybowski, Daniel Markiewicz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Komisarz Drwęcki w trasie. Przystanek Łódź
— Wojciech Woźniak

Komisarz Drętwy
— Michał Foerster

Zaczyn
— Eryk Remiezowicz

Klapa „Ramzesa Wielkiego”
— Marek Pawelec

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.