Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Iron Maiden
‹Senjutsu›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSenjutsu
Wykonawca / KompozytorIron Maiden
Data wydania3 września 2021
Wydawca Warner Music Poland
NośnikCD
Gatunekmetal
EAN190295015947
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Długość i jakość
[Iron Maiden „Senjutsu” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Senjutsu”, nowy album Iron Maiden, na pierwszy rzut oka (ucha) nie wygląda zachęcająco (nie mam na myśli Eddiego w stroju samuraja, spoglądającego z okładki). Dwie płyty, utwory po 10–12 minut, to nie jest coś, co rozpala emocje fanów zespołu z czasów, kiedy panowie serwowali killerskie króciaki. A jednak jest moc!

Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Długość i jakość
[Iron Maiden „Senjutsu” - recenzja]

„Senjutsu”, nowy album Iron Maiden, na pierwszy rzut oka (ucha) nie wygląda zachęcająco (nie mam na myśli Eddiego w stroju samuraja, spoglądającego z okładki). Dwie płyty, utwory po 10–12 minut, to nie jest coś, co rozpala emocje fanów zespołu z czasów, kiedy panowie serwowali killerskie króciaki. A jednak jest moc!

Iron Maiden
‹Senjutsu›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSenjutsu
Wykonawca / KompozytorIron Maiden
Data wydania3 września 2021
Wydawca Warner Music Poland
NośnikCD
Gatunekmetal
EAN190295015947
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Przyznam, że nie do końca odpowiada mi ambicja muzyków Iron Man, by tworzyć jak najwięcej epickich utworów, kosztem przebojowych kawałków o singlowym potencjale. Kiedy proporcja ta była zachowana i na takiego długasa przypadał oddział smakowitych króciaków („Seventh Son of a Seventh Son”, „Powerslave”, „The X Factor”), to się nawet całkiem dobrze sprawdzało. Niemniej gdzieś od wysokości albumu „A Matter of Life an Death” strategia ta zaczęła być zaburzana. Albumy stawały się coraz dłuższe, a muzyka zespołu monotonna. „The Final Frontier”, pomimo niezłego początku ciągnie się jak flaki z olejem. Z drugiej strony na dwupłytowym „The Book of Souls” o wiele chętniej sięgam po CD z najdłuższym dokonaniem w dorobku Ironów – „Empire of the Clouds”.
W każdym razie kiedy okazało się, że „Senjutsu” to ponownie pozycja dwupłytowa, na której połowa utworów przekracza osiem minut długości, nie wywołało to u mnie specjalnego entuzjazmu. Niesłusznie, ponieważ okazało się, że nie liczy się długość, ale jakość, jak mówią fachowcy, a z tą zespół nie miał problemu. Powiedziałbym nawet, że wena muzykom bardzo dopisała, a biorąc pod uwagę, że średnia wieku w zespole to około 65 lat, mogą pochwalić się niesamowitą energią. Bruce Dickinson po wyleczeniu guzków u nasady języka i po pracy nad gardłem odzyskał moc dzwonu w swoim głosie, najstarszy zaś w drużynie – perkusista Nicko McBrain – gra partie życia.
Zaczyna się od potężnego strzału w postaci utworu tytułowego. To właśnie tutaj Nicko daje z siebie wszystko, nadając swojej perkusji brzmienie plemiennych bębnów, nawołujących do walki. Towarzyszy mu wyraźny, basowy pochód Steve’a Harrisa i waleczny zaśpiew Dickinsona. Nic dziwnego, skoro treścią piosenki jest sztuka wojenna. Pikanterii całości dodają zadziorne zagrywki gitarzystów, które nie zamieniają się jednak w serię masturbacyjnych solówek. Tak, „Senjutsu” to jedna z najlepszych kompozycji Ironów w całej ich dyskografii i gdyby reszta materiału na płycie okazała się średnia, to warto byłoby po nią sięgnąć tylko dla tego utworu.
Na szczęście dalej też jest dobrze, a momentami nawet bardzo. W ramach uspokojenia emocji po niestandardowym „Senjutsu” dostajemy tradycyjną Maidenową galopadę w postaci „Stratego”. Niby nic niezwykłego, ale zagrany został z werwą, która przywołuje na myśl podobne torpedy z „Powerslave”, czy „Piece of Mind”. W tym klimacie utrzymany jest również znany z singla „Days of Future Past”.
Sporą niespodzianką jest natomiast nieco westernowy „The Writing on the Wall”. Spokojnie, to luźne skojarzenie, ale swoją chwytliwością przypomina „Wanted Dead or Alive” Bon Jovi, tylko bardziej drapieżny. Nie jest to w żadnym razie zarzut, albowiem tak nośnego i wkręcającego się w głowę kawałka Ironi nie mieli chyba od czasów „The Wicker Man” z „Brave New World” (czyli, dla niewtajemniczonych – od jakichś dwudziestu lat). Po kolejnym przesłuchaniu mimowolnie zaczyna się nucić za Dickinsonem refren: „Have you seen the writing on the wall? / Have you seen that writing? / Can you see the riders on the storm? / Can you see them riding?”.
Pierwszą płytę uzupełniają jeszcze dziewięciominutowy „Lost in a Lost World” i siedmiominutowy „The Time Machine”. Ten pierwszy zaczyna się delikatnie, ale gdy potężnym łupnięciem Nicko McBrain powoduje u ukojonego akustycznymi dźwiękami słuchacza atak serca, zaczyna się konkretne granie. Nie jest ani przegadane przez Dickinsona, ani naszpikowane solówkami, jak to niegdyś bywało. Utworu słucha się świetnie i w żadnym momencie nie nuży. Co zaś się tyczy drugiego kawałka, to może nie należy do wybitnych, ale posiada nośny refren i potrafi uwieść podniosłymi, ale bardzo melodyjnymi, gitarowymi zagrywkami.
I w tym miejscu przechodzimy do płyty numer dwa. Ona również zaczyna się nietypowo, bo od szumu morskich fal. „Darkest Hour” to podniosła, rycerska w swojej wymowie pieśń, naznaczona jednak przez widmo rychłego upadku. Jest to zapowiedź tego, że na tym krążku nie znajdziemy zbyt wiele typowego Ironowania, szybkich riffów i basowych pochodów. Wchodzimy bowiem w strefę utworów monumentalnych.
Normalnie bym się tego obawiał, ale dwa z nich na trzy to pozycje rewelacyjne. Pierwszy z nich to „Death of the Celts”, w którym możemy doszukać się klimatów znanych z innych wielkich dokonań grupy, jak „Alexander the Great” czy „Empire of the Clouds”. Muzycy tym razem nie postawili na popisywanie się swoimi umiejętnościami szybkiej gry na gitarach, a stworzyli kolejne nośne motywy, starając się nie zanudzić słuchaczy. Dlatego też instrumentalne momenty nie sprawiają wrażenia ciągnących się w nieskończoność, a wręcz przeciwnie, chciałoby się, by trwały jeszcze dłużej.
Podobnie na pochwałę zasługuje „Hell on Earth”, stanowiący kwintesencję stylu Iron Maiden. Słuchając go, nawet w momentach bez charakterystycznego śpiewu Dickinsona nie sposób pomylić tego zespołu z jakimkolwiek innym. Niby podobne patenty – łącznie z nagłym wyciszeniem i ponownym rozkręcaniem się w stronę wielkiego finału – słyszeliśmy już wcześniej, ale to wciąż robi piorunujące wrażenie.
I wszystko byłoby super, gdyby nie „The Parchment”, suita, którą najchętniej bym wyrzucił, mieszcząc tym samym „Senjutsu” na jednym krążku. Pomimo fajnego, nieco orientalizującego riffu początkowego, jako całość jest przyciężkawa, nie oferując zbyt wielu szlachetnych momentów. To właśnie przykład Iron Maiden wlokącego się, w którym solówki są dla samych solówek i nie sprawiają, że przez nie kompozycja robi się ciekawsza. Szkoda, bo gdyby ją okroić o połowę, na pewno by zyskała, a tak stanowi rysę na ideale.
„Senjutsu” to bowiem najlepszy album Iron Maiden od „Brave New Wold”. Nie wiem, co takiego wydarzyło się w życiu muzyków, że wszyscy nagle zaczęli cieszyć się wspólnym graniem. Nie ma to związku z pandemią, bo album był nagrany wcześniej, ale może dobrze się stało, że zespół przeczekał pierwszy lockdownowy szok z jego publikacją, bo być może zostałby niedoceniony w całym tym zamieszaniu. Dziś z pandemią się oswoiliśmy, a nowe dzieło Iron Maiden może na godzinę i dwadzieścia minut sprawić, że o niej zapomnimy, oddając się przyjemności chłonięcia świetnej muzyki.
koniec
11 grudnia 2021

Komentarze

15 I 2022   00:30:48

The Parchment to trzeci najlepszy utwór na płycie, tuż po Hell or Earth i Senjutsu.

08 II 2022   23:23:13

No Panowie! To i poprzednie wydawnictwo pokazują, że prochu ani koła już nie wymyślicie. Album wsteczny, o uroku kotleta sprzed tygodnia. Kompletny brak refleksji i innowacji. Te same zgrane od lat motywy. Harris powinien mieć sądowy zakaz pisania riffów. Słuchać, że muzycy zasypiają przy swoich instrumentach. Do bólu zły i niepotrzebny album, który jedyne co wnosi do kariery zespołu to swoją obecność. Nuda!! 2/10 za okładkę...

10 II 2022   19:01:17

Od "Final Frontier" grają jakby za karę. Można powiedzieć, że jakość muzyki IM spada wprost proporcjonalnie do rosnącej długości ich utworów. Jedyne dobre co wydarzyło się jeśli chodzi o IM w ostatnich latach to powrót do starego, dobrego logo z czasów gdy panowie (wtedy chłopaki) mieli w sobie ogień niezbędny do grania heavy metalu.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Na płaskowyżu lepiej widać
Sebastian Chosiński

24 V 2022

To supergrupa, którą w Polsce chyba mało kto zna (co wcale nie musi być wstydem). Teraz jednak może się to szansę zmienić, albowiem swój czwarty w dyskografii pełnowymiarowy album – zatytułowany „Tellus” – kwartet Action & Tension & Space nagrał dla renomowanej wytwórni Rune Grammofon. A ona na pewno zadba o odpowiednią dystrybucję i promocję.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Świętość zgrzytliwa i awangardowa
Sebastian Chosiński

19 V 2022

Pięć lat temu, gdy ukazała się pierwsza płyta Weserbergland, zastanawiałem się, czy będzie to jedynie efemeryczny projekt Ketila Vestruma Einarsena i Mattiasa Olssona, czy też zespół zagości na scenie na dłużej. Trzy lata później światło dzienne ujrzał kolejny album, a przed paroma miesiącami trzeci. Jego tytuł – „Sacrae Symphoniae Nr. 1” – sugeruje, że za jakiś czas możemy spodziewać się następnych.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Częstotliwość ma znaczenie!
Sebastian Chosiński

17 V 2022

Nie ma wątpliwości, że pochodzący z Częstochowy Krzysztof Majchrzak to jeden z najbardziej konsekwentnych polskich artystów. Chociaż zaczynał jako jazzman, jego obecne zainteresowania artystycznej wykraczają daleko poza jazz improwizowany. Aczkolwiek nie odżegnują się od niego. Najnowszy album muzyka – „432 Hz” – może zainteresować zarówno wielbicieli free jazzu, jak i elektroniki.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja słucha: Trzeci / czwarty kwartał 2010
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Kuba Sobieralski, Jakub Stępień

Ostateczna granica?
— Przemysław Dobrzyński

Pot i Kreff – Made in Poland: Polska dla niego krzyczała!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Na pokładzie lotu „666”
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż autora

Bombastyczne łowy Kravena
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bagno wciąga
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Powielanie grzechów przeszłości
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Babcia na dworze Króla Artura
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

To nie mój „LastMan”
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

30 polskich piosenek przeciw wojnie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zjedz mnie, jeśli potrafisz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Czy Galactus jest magiczny, czy wysoki?
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gra o Port
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Złowieszcza Szóstka… znaczy Piątka
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.