Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 8 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

E-L-R
‹Mænad›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMænad
Wykonawca / KompozytorE-L-R
Data wydania27 września 2019
Wydawca Prophecy Productions
NośnikCD
Czas trwania47:22
Gatunekmetal, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Colin H. Van Eeckhout, Ryanne van Dorst
Utwory
CD1
1) Glancing Limbs08:48
2) Devotee05:43
3) Above the Mountains There is Light10:10
4) Ambrosia06:17
5) Lunar Nights07:40
6) The Wild Shore08:44
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Helwecki mrok w księżycowej nocy
[E-L-R „Mænad” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Żyjemy w dobrych czasach dla muzyki postrockowej, także tej o rodowodzie metalowym. Czego dowodzi między innymi pełnowymiarowy debiutancki album szwajcarskiego tria E-L-R, które w swej twórczości postanowiło połączyć wpływy japońskiego Mono, francuskiego Alcest, a nawet… islandzkiego Sólstafir. Wyszła z tego bardzo przejmująca płyta o skandynawskim – duńskim? norweskim? – tytule „Mænad”.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Helwecki mrok w księżycowej nocy
[E-L-R „Mænad” - recenzja]

Żyjemy w dobrych czasach dla muzyki postrockowej, także tej o rodowodzie metalowym. Czego dowodzi między innymi pełnowymiarowy debiutancki album szwajcarskiego tria E-L-R, które w swej twórczości postanowiło połączyć wpływy japońskiego Mono, francuskiego Alcest, a nawet… islandzkiego Sólstafir. Wyszła z tego bardzo przejmująca płyta o skandynawskim – duńskim? norweskim? – tytule „Mænad”.

E-L-R
‹Mænad›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMænad
Wykonawca / KompozytorE-L-R
Data wydania27 września 2019
Wydawca Prophecy Productions
NośnikCD
Czas trwania47:22
Gatunekmetal, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Colin H. Van Eeckhout, Ryanne van Dorst
Utwory
CD1
1) Glancing Limbs08:48
2) Devotee05:43
3) Above the Mountains There is Light10:10
4) Ambrosia06:17
5) Lunar Nights07:40
6) The Wild Shore08:44
Wyszukaj / Kup
Dotąd Szwajcaria nie kojarzyła nam się raczej z post-rockiem czy post-metalem. Owszem, jazz czy heavy metal – co to, to tak, ale brzmienia nawiązujące do francuskiego Alcest („Spiritual Instinct”), australijskiego We Lost the Sea („Triumph & Disaster”), japońskiego Mono („Nowhere Now Here”) czy też – milczącego od dwóch lat – islandzkiego Sólstafir („Berdreyminn”) trudno było uświadczyć w kraju Helwetów. Wszystko jednak ma swój koniec i ten brak został właśnie uzupełniony. Wszystko za sprawą powstałego przed trzema laty w Bernie tria o tajemniczej nazwie E-L-R. Tajemniczy w jego przypadku jest zresztą nie tylko szyld, ale również członkowie zespołu, którzy ukrywają swoje prawdziwe imiona i nazwiska, występując jedynie pod inicjałami.
I tak ze wszystkich dostępnych na temat zespołu źródeł dowiadujemy się, że tworzą go: wokalistka i gitarzystka solowa S.M., wokalista i gitarzysta basowy I.R. oraz perkusista M.K. Po raz pierwszy dali znać o sobie w grudniu ubiegłego roku, kiedy to własnym sumptem opublikowali kasetę z dwoma utworami demonstracyjnymi: „Glancing Limbs” oraz „The Wild Shore”. Jak można się domyślać, rozesłali ją następnie do różnych wytwórni płytowych i czekali na odpowiedź. Na szczęście nie trwało to długo i po paru miesiącach podpisali umowę z niezależną niemiecką firmą Prophecy Productions, której siedziba mieści się w malutkim miasteczku Zeltingen-Rachrig (w Nadrenii-Palatynacie). Działa ona jednak już od ponad dwóch dekad, specjalizując się w mrocznym metalu i folku. Co oznacza, że profil artystyczny E-L-R pasował do niej idealnie.
Nagrań na debiutancki album, który otrzymał tytuł „Mænad” (i ujrzał światło dzienne w ostatni piątek września tego roku), muzycy dokonali w „domu”, czyli w mieszczącym się w Bernie studiu Hidden Stash. Do współpracy w tym dziele zaprosili dwoje gości: Belga Colina H. Van Eeckhouta, który w jednym utworze zagrał na… lirze korbowej, a w innym zaśpiewał, oraz holenderską wokalistkę Ryanne van Dorst. Ten pierwszy wiele już na rynku muzycznym zdziałał, grając w swojej karierze zarówno w grupach hardcore’owych (Spineless) i punkowych (Blind to Faith), jak i sludge’owych (Amenra) oraz łączących doom metal z post-rockiem (Kingdom). Z uwagi na to ostatnie doświadczenie, był jedną z najlepszych osób, jakie mogły wesprzeć swym talentem młodych Szwajcarów. Ryanne z kolei dała się poznać z electro-punkowego projektu Elle Bandita oraz psychodeliczno-gotyckiego Dool. Co dla nich wszystkich, włączając E-L-R, jest wspólnym mianownikiem?
Odpowiedź jest oczywista: mrok! A raczej: MROK!
„Mænad” to bowiem prawie pięćdziesiąt minut rozdzierającego serce, niezwykle posępnego i kasandrycznego post-metalu o doomowej proweniencji. Pełnego zgrzytliwych i przesterowanych gitar, ale jednocześnie pięknych melodii. Inkrustowanego dźwiękami natury (płonące ognisko, szum wiatru lub morskich fal) i zwiewnymi żeńskimi wokalizami, które łagodzą brutalność tej muzyki. Otwierający płytę „Glancing Limbs” trwa niemal dziewięć minut, ale praktycznie połowa utworu to elegijna introdukcja prowadząca do przesilenia, po którym… nie, wcale nie następuje uspokojenie, lecz rzecz dokładnie odwrotna – potężny gitarowy atak. W „Devotee” natomiast doom metal (vide wolne – przynajmniej początkowo – tempo, „głęboki” bas) miesza się z dark-folkiem (psychodelicznie zamglony głos S.M., z ledwością przebijający się z tła), a ich spoiwem staje się postrockowa gitarowa ściana dźwięku.
Bardziej zróżnicowanie prezentuje się „Above the Mountains There is Light”, okraszony przenikającymi się parokrotnie z jednej strony dynamicznymi wstawkami gitary, z drugiej patetyczną partią perkusji. Obowiązki wokalisty pełni tu Colin H. Van Eeckhout, którego głos przydaje kompozycji złowróżbnego charakteru. Nieco lżejsza (i, chciałoby się rzec, smaczniejsza) jest za to „Ambrosia”, z nastrojową melodią na pierwszym i z mistycznymi szeptami na drugim planie. Atmosfery nie psują nawet gitarowe przestery, które Helweci zdołali perfekcyjnie wprzęgnąć w swoją narrację. Słuchany nocą „Lunar Nights” potrafi z kolei przerazić, zwłaszcza gdy melorecytacja I.R. przechodzi w potępieńczy krzyk zlewający się z gitarowym wrzaskiem S.M. „Mænad” wieńczy pięknie rozwijający się „The Wild Shore”, którego introdukcja potrafi niemal ukołysać do snu, za to finał, nie licząc końcowego szumu fal – doprowadzić do ataku apopleksji.
To piękna, choć mocno depresyjna płyta. Słuchana w długie jesienno-zimowe wieczory może stać się początkiem niezwykłej, transowej podróży do świata duchów i – niekoniecznie przyjaznych człowiekowi – leśnych stworzeń. Łatwo się też w niej zapamiętać, co sprawia, że powrót do rzeczywistości może okazać się bolesny.
koniec
28 listopada 2019
Skład:
S.M. – śpiew, gitara elektryczna
I.R. – śpiew, gitara basowa
M.K. – perkusja

gościnnie:
Colin H. Van Eeckhout – lira korbowa (1), śpiew (3)
Ryanne van Dorst – śpiew (5)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: W mroku zrodzone…
Sebastian Chosiński

7 XII 2021

Biografia młodego duńskiego gitarzysty jazzowego Teisa Semeya jest równie fascynująca jak jego twórczość. Uporawszy się dzięki muzyce ze swoimi demonami, wyszedł na prostą i rozpoczął profesjonalną karierę, która za kilka lat powinna wynieść go na szczyty. Wydany w ubiegłym miesiącu trzeci solowy album artysty – „Mean Mean Machine” – jest kolejnym dowodem na jego nieprzeciętny talent kompozytorski i wykonawczą wirtuozerię.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.