Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Causa Sui
‹Vibraciones Doradas›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułVibraciones Doradas
Wykonawca / KompozytorCausa Sui
Data wydania17 listopada 2017
Wydawca El Paraiso Records
NośnikCD
Czas trwania37:14
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Jonas Munk Jensen, Rasmus Rasmussen, Jess Kahr, Jakob Skøtt
Utwory
CD1
1) The Drop07:12
2) El Fuego11:24
3) Viborera02:08
4) Seven Hills07:25
5) Vibraciones Doradas09:05
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Przyczyna samego siebie
[Causa Sui „Vibraciones Doradas” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Tak się z jakiegoś powodu składa, że formacje psychodeliczne i spacerockowe zaliczają się do najbardziej pracowitych na świecie. Oczywiście jeśli za przejaw pracowitości uznamy liczbę wydanych płyt. Bo czy ktoś – poza Tangerine Dream – jest w stanie konkurować z Hawkwind bądź Øresund Space Collective? W przyszłości być może duński kwartet Causa Sui, który – począwszy od 2005 roku – wydał już trzynaście albumów. Ten najnowszy to „Vibraciones Doradas”.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Przyczyna samego siebie
[Causa Sui „Vibraciones Doradas” - recenzja]

Tak się z jakiegoś powodu składa, że formacje psychodeliczne i spacerockowe zaliczają się do najbardziej pracowitych na świecie. Oczywiście jeśli za przejaw pracowitości uznamy liczbę wydanych płyt. Bo czy ktoś – poza Tangerine Dream – jest w stanie konkurować z Hawkwind bądź Øresund Space Collective? W przyszłości być może duński kwartet Causa Sui, który – począwszy od 2005 roku – wydał już trzynaście albumów. Ten najnowszy to „Vibraciones Doradas”.

Causa Sui
‹Vibraciones Doradas›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułVibraciones Doradas
Wykonawca / KompozytorCausa Sui
Data wydania17 listopada 2017
Wydawca El Paraiso Records
NośnikCD
Czas trwania37:14
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Jonas Munk Jensen, Rasmus Rasmussen, Jess Kahr, Jakob Skøtt
Utwory
CD1
1) The Drop07:12
2) El Fuego11:24
3) Viborera02:08
4) Seven Hills07:25
5) Vibraciones Doradas09:05
Wyszukaj / Kup
Causa Sui i Øresund Space Collective łączy całkiem sporo. Raz, że obie grupy mają swoją bazę wypadową w Kopenhadze; dwa, że grają zbliżoną stylistycznie muzykę. Ale jest też trzeci wspólny mianownik – to pracowitość muzyków tworzących oba zespoły. Poza tym, że bardzo regularnie wydają oni nowe płyty pod swymi podstawowymi nazwami, to na dodatek angażują się w wiele projektów pobocznych (w przypadku drugiej z wymienionych formacji są to chociażby Dr. Space’s Alien Planet Trip czy West, Space & Love). W przypadku pierwszej natomiast… cóż, jeszcze do tego wątku wrócimy. Causa Sui narodziło się w 2004 roku z inicjatywy perkusisty Jakoba Skøtta, który zaprosił do współpracy wokalistę Kaspera Markusa, gitarzystę Jonasa Munka Jensena oraz basistę Jessa Kahra. Z dwoma z nich – Munkiem i Kahrem – Jakob znał się już wcześniej; na początku XXI wieku współtworzyli oni bowiem postrockowy kwartet (tym czwartym był klawiszowiec Rasmus Rasmussen, o którym będzie jeszcze mowa) Limp. Jego żywot był krótki, a i dorobek – minialbum „Orion” (2002) – nie powalał na kolana.
Na usprawiedliwienie czwórki panów można dodać, że w tym samym czasie prawie każdy z nich „dłubał” też coś na boku, zabawiając się elektroniką (Munk jako Manual, Skøtt pod pseudonimem Syntaks, a Rasmussen – Aerosol). Biorąc pod uwagę tę odnogę ich działalności, można się zdziwić, jakim cudem doszło do powstania Causa Sui. Być może jednak wpłynęła na to moda na psychodeliczny stoner rock. Chociaż, gwoli ścisłości, wśród swoich najważniejszych inspiracji Duńczycy wymieniają wprawdzie amerykański Kyuss i australijski Tame Impala, ale jednocześnie jednym tchem dorzucają takich klasyków krautrocka, jak Can i Popol Vuh, oraz Milesa Davisa z jego „elektrycznego”, jazzrockowego okresu. Muzyka zawarta na debiutanckim albumie – zatytułowanym po prostu „Causa Sui” (2005) – była więc dość eklektyczna. Takich zespołów było wówczas na pęczki, trudno się więc dziwić, że Skandynawom nie udało się przedrzeć do szerszej świadomości słuchaczy. Jedynym pozytywnym skutkiem wydania debiutu było podpisanie kontraktu z niezależną monachijską wytwórnią Elektrohash Schallplatten.
Z jej logiem na okładce ukazał się jeszcze jeden utrzymany w tej samej poetyce longplay – „Free Ride” (2007). Ale i o nim muzycy wolą już dzisiaj nie pamiętać. Okazało się bowiem, że droga, którą obrali kilka lat wcześniej, poprowadziła na manowce. Konieczne były zmiany. I to radykalne. Dlatego rozstano się z wokalistą; nawiązano natomiast współpracę z… Rasmusem Rasmussenem. Początkowo był on jednak tylko muzykiem „dochodzącym”, na stałe dołączył do Causa Sui w 2010 roku. Do tego momentu dyskografia formacji wzbogaciła się o trzy płyty z cyklu „Summer Sessions, Vol. 1, 2, 3” (2008-2009), na których usłyszeć można dodatkowo niemieckiego saksofonistę Johana Riedenlowa. Stylistycznie zespół wykonał znaczącą woltę w stronę psychodelii oraz space i post-rocka. Muzycy poczuli się przy tym na tyle mocni, że w 2011 roku powołali do życia własną firmę – El Paraiso Records – pod szyldem której publikują wszystkie krążki Causa Sui i licznych projektów pobocznych (a z czasem też produkcje innych wykonawców). Odchodząc z Elektrohash Schallplatten, zabrali jednak ze sobą koncept na opracowanie graficzne okładek płyt.
Od momentu powstania El Paraiso kariera Duńczyków nabrała rozpędu. Regularnie ukazują się kolejne wydawnictwa: nagrane we współpracy ze specem od elektroniki Ronem Schneidermanem „Pewt’r Sessions, Vol. 1, 2, 3” (2011-2014), „Euporie Tide” (2013), „Return to Sky” (2016) oraz koncertowe „Live at Freak Valley” (2014) i „Live in Copenhagen” (2017). A jeśli do tego dodamy jeszcze produkcje solowe Skøtta („Doppler”, 2012; „Amor Fati”, 2014; „Taurus Rising”, 2014; „All the Colours of the Dust”, 2016) oraz kierowanego przez niego duetu Videodrones („Mondo Ferox”, 2016; „Nattens Hævn”, 2017) – okaże się, że fani Causa Sui naprawdę mają w czym przebierać. Co w niczym nie zmienia faktu, że z największą niecierpliwością, jak i niżej podpisany, czekają na płytę macierzystej grupy Jakoba. Longplay „Vibraciones Doradas” – zarówno w wersji kompaktowej, jak i winylowej – ujrzał światło dzienne w połowie listopada ubiegłego roku i na pewno ucieszył niezmiernie tych wszystkich, którym marzyła się kolejna psychodeliczna podróż w towarzystwie szalonych Duńczyków.
Dlaczego „szalonych”? Cóż, wystarczy sięgnąć po którąkolwiek z płyt zespołu (od czasu pierwszego „Summer Sessions”), by zyskać odpowiedź na to pytanie. Jakob, Jonas, Jess i Rasmus nie szczędzą bowiem swoim fanom ekstatycznych przeżyć. Nawet jeśli najnowsza produkcja nie przygważdża czasem trwania – zawiera zaledwie trochę ponad trzydzieści siedem minut muzyki – to nadrabia intensywnością. I to od pierwszej do ostatniej sekundy. Otwierający album utwór „The Drop” zaczyna się od perkusyjnej kanonady Skøtta, którą niebawem wzmacnia jeszcze stonerowa gitara Munka. Nieco tylko upraszczając: Causa Sui są jak wyścigowy samochód najwyższej klasy; rozpędzają się do „setki” w kilkanaście sekund. A potem robią wszystko, aby utrzymując prędkość, dokonywać jednocześnie kaskaderskich sztuczek. Odpowiada za nie przede wszystkim gitarzysta, co rusz wymyślający nowe motywy, które następnie – wzorem swych postrockowych mistrzów – zapętluje. Może sobie na to pozwolić, mając wsparcie nie tylko sekcji rytmicznej, ale również subtelnie wypełniającego tło swoimi klawiszami Rasmussena.
Otwarcie najdłuższego fragmentu płyty, czyli „El Fuego”, przypomina „The Drop” – w tym sensie, że ponownie głos zabiera perkusista (chociaż tym razem z pomocą Kahra). Od samego początku jednak tempo jest nieco wolniejsze, a gitara Munka jeszcze bardziej nasycona stonerowym brzmieniem. Gdy uszy już się tego przyzwyczają, Duńczycy „dorzucają do pieca” i przez kolejne dwie minuty raczą słuchaczy frazami rodem z klasyki hard rocka. By następnie ukoić ich delikatnymi akordami gitary i syntezatorowymi plamami na drugim planie. Ale to jeszcze wcale nie koniec atrakcji. Bo choć w dalszym ciągu „El Fuego” snuje się powoli, to jednak z czasem, niemal niepostrzeżenie, nabiera mocy i wraca do punktu wyjścia. Finał może zaś przyprawić o ciarki na plecach. Naprawdę nie dziwi fakt, że po takiej porcji rockowego czadu muzycy z Kopenhagi zdecydowali się umieścić na krążku miniaturę w postaci „Viborery”. To zaledwie dwie minuty niepokojących klawiszowych peregrynacji, ale przynajmniej przerywnik ten pozwala wrócić do stanu używalności – rozdygotane serce zwalnia, a umysł zaczyna działać w miarę logicznie.
Jest to tym bardziej niezbędne, że wraz z „Seven Hills” kończy się taryfa ulgowa. Przesterowana gitara i rozpędzona sekcja rytmiczna sprawiają, że świat dokoła ponownie zaczyna wirować. Co ciekawe, w „Siedmiu wzgórzach” znacznie więcej do powiedzenia ma Rasmussen. Raz odpowiada za spacerockowe tło (w stylu Hawkwind), to znów podrzuca świszczące smaczki, które przykuwają uwagę w nie mniejszym stopniu niż kolejny intrygujący, powtarzany jak mantra, motyw zrodzony w głowie Jonasa. Na finał Duńczycy umieścili utwór tytułowy. I był to na pewno zabieg w pełni świadomy. „Vibraciones Doradas” pozostaje bowiem w pamięci jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniej nuty. Tyleż w nim hipnotycznej psychodelii i rozedrganego stoner rocka, co pełnego niepokoju doom metalu. Tyleż nostalgii, co rozsadzającej głośniki energii. Baruch Spinoza – siedemnastowieczny niderlandzki filozof pochodzenia żydowskiego – napisał kiedyś: „Przez przyczynę samego siebie rozumie¬my to, czego istota obejmuje istnienie, czy¬li to, czego naturę pojąć można tylko jako istniejącą”. Jak to się ma do twórczości skandynawskiego kwartetu? To proste: Causa Sui to właśnie owa „przyczyna samego siebie”. Jeśli więc „Vibraciones Doradas” robi na nas wrażenie – znaczy, że istniejemy!
koniec
8 marca 2018
Skład:
Jonas Munk Jensen – gitara elektryczna
Rasmus Rasmussen – instrumenty klawiszowe
Jess Kahr – gitara basowa
Jakob Skøtt – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: W mroku zrodzone…
Sebastian Chosiński

7 XII 2021

Biografia młodego duńskiego gitarzysty jazzowego Teisa Semeya jest równie fascynująca jak jego twórczość. Uporawszy się dzięki muzyce ze swoimi demonami, wyszedł na prostą i rozpoczął profesjonalną karierę, która za kilka lat powinna wynieść go na szczyty. Wydany w ubiegłym miesiącu trzeci solowy album artysty – „Mean Mean Machine” – jest kolejnym dowodem na jego nieprzeciętny talent kompozytorski i wykonawczą wirtuozerię.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.