Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 8 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Apocalypse Orchestra
‹The End is Nigh›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe End is Nigh
Wykonawca / KompozytorApocalypse Orchestra
Data wydania12 maja 2017
Wydawca Despotz Records
NośnikCD
Czas trwania59:14
Gatunekfolk, metal
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Erik Larsson, Jonas Lindh, Mikael Lindström, Rikard Jansson, Andreas Skoglund
Utwory
CD1
1) The Garden of Earthly Delights08:40
2) Pyre06:33
3) Flagellants’ Song08:23
4) Exhale07:34
5) Theatre of War07:00
6) The Great Mortality07:33
7) To Embark02:50
8) Here Be Monsters10:44
Wyszukaj / Kup

Koniec jest blisko. Coraz bliżej…
[Apocalypse Orchestra „The End is Nigh” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Łączenie muzyki średniowiecznej z heavy metalem – czy to w formie black- czy doommetalowej – nie jest już żadną nowością. Praktykowane bywa – głównie w Niemczech i Skandynawii – od ponad dwóch dekad. Co jakiś czas trafia się jednak wykonawca, który potrafi tchnąć w ten gatunek nowe życie. Jak Szwedzi z zespołu Apocalypse Orchestra, który przed tygodniem opublikował swój debiutancki album – „The End is Nigh”.

Sebastian Chosiński

Koniec jest blisko. Coraz bliżej…
[Apocalypse Orchestra „The End is Nigh” - recenzja]

Łączenie muzyki średniowiecznej z heavy metalem – czy to w formie black- czy doommetalowej – nie jest już żadną nowością. Praktykowane bywa – głównie w Niemczech i Skandynawii – od ponad dwóch dekad. Co jakiś czas trafia się jednak wykonawca, który potrafi tchnąć w ten gatunek nowe życie. Jak Szwedzi z zespołu Apocalypse Orchestra, który przed tygodniem opublikował swój debiutancki album – „The End is Nigh”.

Apocalypse Orchestra
‹The End is Nigh›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe End is Nigh
Wykonawca / KompozytorApocalypse Orchestra
Data wydania12 maja 2017
Wydawca Despotz Records
NośnikCD
Czas trwania59:14
Gatunekfolk, metal
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Erik Larsson, Jonas Lindh, Mikael Lindström, Rikard Jansson, Andreas Skoglund
Utwory
CD1
1) The Garden of Earthly Delights08:40
2) Pyre06:33
3) Flagellants’ Song08:23
4) Exhale07:34
5) Theatre of War07:00
6) The Great Mortality07:33
7) To Embark02:50
8) Here Be Monsters10:44
Wyszukaj / Kup
Zespół istnieje od czterech lat. Miejscem jego narodzin było położone na wschodzie kraju, nad Zatoką Botnicką, mniej więcej siedemdziesięciotysięczne miasto Gävle, które dotąd nie za bardzo miało kim pochwalić się w rockowym światku. Mimo to muzycy wcale nie mają zamiaru, przynajmniej na razie, go opuszczać, szukając szczęścia na przykład w dającym znacznie większe możliwości zaistnienia Sztokholmie. I słusznie. Dzięki temu mają bowiem spore szanse rozsławić swą „małą ojczyznę”. Zwłaszcza teraz, gdy światło dzienne ujrzała ich debiutancka płyta zatytułowana złowieszczo „The End is Nigh” („Koniec jest blisko”). Motorem napędowym grupy jest wokalista i gitarzysta Erik Larsson, który jednak bardzo chętnie sięga również po inne instrumenty, tyleż kojarzące się z folkiem, co muzyką dawną – cytry, lutnię i mandolę (to kuzynka mandoliny, strojona jednak o kwintę niżej). Wspiera go w tym wydatnie Mikael Lindström, który dodatkowo wzbogaca muzykę zespołu o dźwięki dud, liry korbowej, harfy klawiszowej oraz… rauschpfeife, szesnastowiecznego instrumentu dętego drewnianego, który jest niemiecką odmianą szałamai.
Pozostała trójka artystów wierna jest dużo bardziej klasycznemu rockowemu instrumentarium: na gitarze solowej gra Jonas Lindh, a sekcję rytmiczną tworzą Rikard Jansson (bas) i Andreas Skoglund (perkusja). Poza tym w niektórych nagraniach usłyszeć można jeszcze organy i mellotron – w rzeczywistości jednak dźwięki te zostały zaprogramowane komputerowo przez Larssona. Chór natomiast jest jak najbardziej „żywy”. By zabrzmiał jak najbardziej okazale, jego ścieżki zarejestrowano w zabytkowym kościele w Gävle. Wszystko po to, by „The End is Nigh” zabrzmiało z odpowiednią mocą. Choć to oficjalny debiut Apocalypse Orchestra (wreszcie padła nazwa grupy!), sporą próbkę swoich możliwości, Szwedzi pokazali już dwa lata temu, wydając własnym sumptem trzydziestominutową EP-kę demonstracyjną „The Garden of Earthly Delights”. Znalazły się na niej cztery kompozycje, które w takim samym układzie, chociaż oczywiście w odświeżonych i dopracowanych wersjach, trafiły także na pierwszy pełnowymiarowy album.
Płyta ujrzała światło dzienne dzięki niezależnej sztokholmskiej wytwórni Despotz Records, która też do szczególnie znanych – podobnie zresztą jak kwintet z Gävle – nie należy. Chyba że teraz to się zmieni… „The End is Nigh” to dzieło bardzo spójne w przekazie: począwszy od samej muzyki, poprzez teksty, aż po stronę wizualną – wszystko układa się w konsekwentną całość. Album otwiera nawiązujący do legendarnego tryptyku niderlandzkiego malarza Hieronima Boscha utwór „The Garden of Earthly Delights” („Ogród ziemskich rozkoszy”). Z głębokiego wyciszenia stopniowo docierają najpierw dudy, a potem kolejne średniowieczne instrumenty, które jednak wkrótce muszą, przynajmniej na jakiś czas, ustąpić miejsca ogniście rockowym gitarom i sekcji rytmicznej. Zmienia się tym samym forma wyrazu, ale treść, stylistycznie nawiązująca do odległej przeszłości, pozostaje wciąż ta sama. Do tego dochodzi jeszcze stylizowany na średniowiecznych trubadurów śpiew Erika. Jak się okazuje, ludowe melodie w mocno uwspółcześnionych metalowych aranżacjach sprawdzają się znakomicie. Pod warunkiem, że biorą się za nie odpowiednio utalentowani artyści.
Podobnie panowie z Apocalypse Orchestra poczynają sobie również w kolejnych utworach – przeplatają momenty stonowane, delikatne, romantyczne (w których wykorzystują instrumenty sprzed lat) z prawdziwie metalowymi, znaczonymi wdzierającymi się w uszy partiami gitar i przytłaczającymi bębnami. Podział jednak nie zawsze jest tak klarowny – bywa, że i w chwilach bardziej energetycznych rozlegają się dźwięki dud czy liry korbowej, choć najczęściej pojawiają się one wówczas na drugim planie. Mimo to są dobrze słyszalne i wydatnie wpływają na brzmienie całości (jak na przykład w doskonałym, majestatycznym, ale i bardzo nastrojowym „Pyre”). W „Flagellants’ Song” – lirycznej, wzruszającej pieśni poświęconej tak zwanym flagelantom, czyli rozpowszechnionym w XIII i XIV wiekach w całej chrześcijańskiej Europie biczownikom – po raz pierwszy zespół wykorzystuje chór. Dzięki temu utwór staje się w jeszcze większym stopniu podniosły (tak, to możliwe!), co jednocześnie nie staje na przeszkodzie, by ozdobić go jednym z najpiękniejszych i najmocniej zapadających w pamięć refrenów. Z kolei w „Exhale” Szwedzi wprowadzają istotny element niepokoju i na tym neofolkowym motywie muzycznym (z wykorzystaniem hipnotycznych bębnów i harfy klawiszowej) budują w zasadzie całą kompozycję.
W „Theatre of War” na krótko rezygnują z otoczki metalowej; mroczny, aczkolwiek subtelny śpiew Erika przy akompaniamencie gitary akustycznej sprawia, że przynajmniej przez kilka minut zespół podąża w stronę darkwave’u spod znaku Deine Lakaien i Alexandra Veljanova. Im bliżej końca jednak – tej konkretnej kompozycji, jak i całego wydawnictwa – tym bardziej daje o sobie znać metalowa natura Larssona i jego kompanów. „The Great Mortality” i „To Embark” wzniesione są na doommetalowym fundamencie, chociaż w przypadku tego drugiego nieporównywalnie większą rolę odgrywają lira korbowa (vide Mikael Lindström) i cytry (Erik Larsson). Album wieńczy prawie jedenastominutowy „Here Be Monsters” (którego nie należy kojarzyć z identycznie zatytułowaną płytą norweskiego Motorpsycho) – najbardziej zróżnicowany wokalnie i tym samym wymykający się jednoznacznym klasyfikacjom. Erik płynnie przechodzi w nim od klasycznego metalowego śpiewu do recytacji i growlingu; wszystko jest jednak uzasadnione zmieniającym się charakterem tekstu. Ta płyta może Was zauroczyć, ale na pewno nie wprawi w dobry nastrój, zwłaszcza jeżeli zaczniecie analizować słowa poszczególnych utworów. Ich ogólny sens jest jednoznaczny: Apokalipsa jest już blisko… coraz bliżej…
koniec
18 maja 2017
Skład:
Erik Larsson – śpiew, gitara elektryczna, gitara akustyczna, cytry, mandola, lutnia, programowanie
Jonas Lindh – gitara elektryczna, chórki
Mikael Lindström – dudy, lira korbowa, mandola, harfa klawiszowa, rauschpfeife, chórki
Rikard Jansson – gitara basowa, chórki
Andreas Skoglund – perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki

Komentarze

18 V 2017   16:18:56

"Ta płyta może Was zauroczyć, ale na pewno nie wprawi w dobry nastrój, zwłaszcza jeżeli zaczniecie analizować słowa poszczególnych utworów. Ich ogólny sens jest jednoznaczny: Apokalipsa jest już blisko… coraz bliżej…"-i to jest dobra nowina :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: W mroku zrodzone…
Sebastian Chosiński

7 XII 2021

Biografia młodego duńskiego gitarzysty jazzowego Teisa Semeya jest równie fascynująca jak jego twórczość. Uporawszy się dzięki muzyce ze swoimi demonami, wyszedł na prostą i rozpoczął profesjonalną karierę, która za kilka lat powinna wynieść go na szczyty. Wydany w ubiegłym miesiącu trzeci solowy album artysty – „Mean Mean Machine” – jest kolejnym dowodem na jego nieprzeciętny talent kompozytorski i wykonawczą wirtuozerię.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

Poobiednie lenistwo
— Sebastian Chosiński

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
— Sebastian Chosiński

Ballady i impro-romanse
— Sebastian Chosiński

Puma skacząca do gardeł wampirów
— Sebastian Chosiński

Mroczna zatoka
— Sebastian Chosiński

Zdradzona i porzucona
— Sebastian Chosiński

Znaki na niebie i ziemi
— Sebastian Chosiński

Noir w kolorze… żółtym
— Sebastian Chosiński

Miłość w cieniu katastrofy
— Sebastian Chosiński

Na Dzikim Zachodzie i w kraju Łokietka
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.