Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Marzec 2013
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W marcu na muzyczną tapetę trafili: Asaf Avidan, Bahamas, How to Destroy Angels, Ludovico Einaudi, Pablopavo oraz Toro Y Moi. 70% to całkiem wysoka średnia z przyznanych przez nas ekstraktów…

Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Esensja słucha: Marzec 2013
[ - recenzja]

W marcu na muzyczną tapetę trafili: Asaf Avidan, Bahamas, How to Destroy Angels, Ludovico Einaudi, Pablopavo oraz Toro Y Moi. 70% to całkiem wysoka średnia z przyznanych przez nas ekstraktów…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Asaf Avidan & The Mojos „The Reckoning” (2012) [70%]
Pierwsza płyta w dorobku Asafa Avidana i zespołu The Mojos ukazała się w Izraelu już w 2008 roku. Niedługo później przyszła kolej na europejską premierę, a wreszcie – wznowienia wynikające ze sporego sukcesu. W najnowszej odsłonie krążek pojawił się wraz z klubowym remiksem największego hitu – „Reckoning Song”. Co najistotniejsze, choć to właśnie oryginalna wersja tej piosenki, przypominana przez rozgłośnie radiowe do znudzenia, odniosła niekwestionowany sukces, to na opisywanym albumie wskazać można co najmniej kilka równie wartościowych i dopracowanych numerów. Nie da się przy tym ukryć, że najbardziej przykuwającym składnikiem folkowo-rockowych kompozycji jest sam wokalista, dysponujący niecodziennym głosem, który niewtajemniczonych może solidnie zaskoczyć; do tego stopnia, że wielu słuchaczy uznaje go za wokal kobiecy. Zresztą wielokrotnie w kontekście Avidana przywołuje się nieśmiertelną Janis Joplin, co, o dziwo, ma więcej sensu, niż mogłoby się początkowo wydawać. Artysta udowadnia to choćby w mocnych „Her Lies”, „Hangwoman”, lecz przede wszystkim w bardziej balladowych „Maybe You Are” i „Weak”. To w nich zachrypnięty głos ma najwięcej uroku, jednak nawet w prostym „Rubberband Girl”, gdzie w refrenie słyszymy głównie „ooh, ooh”, wypada co najmniej interesująco. Dodajmy, że „The Reckoning” to aż 15 piosenek (nie licząc wspominanego remixu), w których usłyszymy naprawdę sporo energetycznego gitarowego grania (zbliżającego się głównie do rocka, ale też bluesa, folku, a chwilami nawet punku). Całość równoważona jest przez pojedyncze, wyjątkowo stonowane numery, jak wykonany wyłącznie przy użyciu akustycznej gitary i wiolonczeli „Devil’s Dance”. Wszystko to każe pisać o debiucie jako o płycie udanej, mimo że dzisiaj niespecjalnie wyróżniającej się spośród ogromu indierockowych wydawnictw. Natomiast jak prezentuje się Asaf Avidan z nowym materiałem, można łatwo sprawdzić, sięgając po „Different Pulses”, który ukazał się całkiem niedawno.
Michał Perzyna
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Bahamas „Barchords” (2012) [80%]
Czego by nie sądzić o poszczególnych muzykach rodem z Kanady, trzeba przyznać, że w ostatnich latach brawurowo przebijają się do świadomości słuchaczy na całym świecie, podbijając w szczególności popowe listy przebojów. Ojczyzna Neila Younga i Paula Anki ma wiele do zaoferowania również w innych gatunkach. Przykładem jest tu młody reprezentant folku – Afie Juvranen, ukrywający się pod pseudonimem Bahamas. Rok 2012 przyniósł drugą w jego karierze płytę, zatytułowaną „Barchords”. 12 utworów utwierdza w przekonaniu, że muzyk wie, dokąd zmierza i w jakim stylu chce to czynić, zgrabnie łączy bowiem wspominany folk z mocniejszymi, gitarowymi dźwiękami i okrasza spokojnym, lekko melancholijnym śpiewem. Doskonałą wizytówką płyty jest już pierwszy utwór – „Lost In The Light” to stonowany kawałek, zaśpiewany z udziałem chórku, którego jedyny głośniejszy moment występuje w refrenie. Charakterystyczne, że poszczególne piosenki można posegregować wg kryterium brzmieniowego. Znajdziemy tu minimalistyczną wręcz balladę, czyli „Montreal”, oraz głośniejsze „Never Again” (gdzie wyraźniej odznacza się refren oraz gitarowy hałas na zakończenie), „Snow Plow” czy „Overjoyed”. Pojawiają się też mocniej zarysowane rytmy w „Okay Alright I’m Alive” (tamże: wspomnienie w tekście „Here Comes the Sun” George’a Harrisona oraz „A Change Is Gonna Come” Sama Cooke’a) oraz „I Got You Babe”. Kolejną dawkę kapitalnej muzyki gitarowej przynoszą „Your Sweet Touch” i zamykający płytę „Be My Witness”. Dwa ostatnie, wraz z pierwszym utworem (wspomnianym „Lost In The Light”), stanowią najmocniejsze punkty tego wypełnionego pięknymi melodiami i świetnie zaśpiewanego albumu. Pomimo zimowych warunków towarzyszących Bahamasowi w ojczyźnie „Barchords” zawiera w sobie mnóstwo ciepła i pozytywnych emocji.
Łukasz Izbiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
How to Destroy Angels „Welcome Oblivion” (2013) [70%]
Trent Reznor wraca z nową płytą! W tym momencie miłośnicy Nine Inch Nails powinni się ucieszyć z wielkiego powrotu twórcy tak wspaniałych albumów jak „The Downward Spiral” oraz „The Fragile”. Projekt How to Destroy Angels był przez artystę promowany już trzy lata temu EP-ką, która w jakiś sposób kojarzyła się z „Year Zero” czy „Ghosts I-IV”, co oznaczało niezbyt śmiałą woltę stylistyczną, ale odrapaną z industrialnej otoczki na rzecz elektroniki. „Welcome Oblivion” to jakby krok dalej i podpięcie się pod glitchowe inspiracje z Alva Noto na czele.
I byłoby to wydawnictwo rewelacyjne, gdyby nie swego rodzaju częściowe rozwarstwienie aranżacyjne i muzyczna niepewność. Momentami odnosi się wrażenie, że Reznor, jego żona Marqueen Maandig i Atticus Ross nie za bardzo wiedzą, w którą stronę podążyć z albumem. Podoba mi się jego „mechaniczne” brzmienie. Wplatane nieśmiało blipy, kliki czy krótkotrwałe cyfrowe, rytmiczne sprzężenia nadają debiutowi dość eterycznego charakteru, co bardzo zgrabnie komponuje się z delikatnym głosem Maandig. Większość utworów cechuje podobna struktura, oparta o podstawowy bit, wymieszany z syntezatorowym kolażem, mogąca się nawet kojarzyć z tym, co robi Alan Wilder w Recoil. Nie jest to oczywiście wada, dzięki temu płyta próbuje zachować spójny charakter. Niemniej jednak przeszkadza brak zdecydowania. Czasem nie wiadomo, czy ma to być soundtrack do kolejnego filmu, próba złapania popowej publiki, czy też retrospektywa po Nine Inch Nails. Znakomite utwory przeplatają się tutaj z dość miałkimi, których na szczęście jest mniej. Znajdzie się tu miejsce na dobre melancholijne struktury – jak „Keep It Together”, „On the Wing” czy „Hallowed Ground” ze wspomnianym wcześniej ciepłym wokalem. Zdarza się agresywniejsza jazda w „Welcome Oblivion” i „The Loop Closes”, dzięki której zostajemy wybici z romantycznego snu, a Reznor zdaje się przypominać, że podróż po jego muzycznym świecie nigdy do najprzyjemniejszych nie należała. Zaskakującym punktem są także trip-hopowe wariacje w „We Fade Away” czy „Ice Age”, nadające gatunkowi nowy szlif. Największą bolączką „Welcome Oblivion” jest niestety jego zachowawczość, z koszmarnym singlowym „How Long?”, który nijak nie pasuje do całości, a wręcz, poprzez wpadnięcie w popowy banał, osłabia jego zawartość. Podobnie rzecz wygląda w „Strings and Attractors” z rozmytym podkładem w refrenie.
Nazwa zespołu to niejako hołd dla grupy Coil, która w 1984 roku wydała debiutancki singiel pod tym samym tytułem, i trzeba przyznać, że How to Destroy Angels dość wyraźnie stara się te inspiracje zaakcentować. Niestety, to, co świetnie wychodzi współtwórcom ezoterycznego industrialu, nie do końca sprawdza się na opisywanym krążku, choć może niekoniecznie taki cel mu przyświecał. Summa summarum, „Welcome Oblivion” to jedna z jaśniejszych gwiazd na muzycznym nieboskłonie Reznora, ale do snu nadal niech koją nas magicy „urokliwych” melodii z „Musick to Play in the Dark” na czele.
Przemysław Pietruszewski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Ludovico Einaudi „In a Time Lapse” (2013) [50%]
Po raz kolejny słucham „In a Time Lapse” i nachodzi mnie taka myśl, że współczesna muzyka klasyczna zaczyna zjadać własny ogon. Zbyt ogólna to teza, ale jeśli Włoch wszem i wobec uznawany jest za jednego z najciekawszych kompozytorów nowej ery, to minimalizm w jego wykonaniu robi się do bólu przewidywalny i – co gorsza – banalny. Każda płyta Einaudiego zostaje nagrana według podobnego schematu: trochę przejmującego stukania w klawisze, obowiązkowe smyczki, szczypta dramaturgii, chwilowa zmiana tempa i powrót do motywu otwierającego. A może, z drugiej strony, publika potrzebuje takich płyt: bez silenia się na ekwilibrystykę rodem z Konkursów Chopinowskich, z wyraźną i prostą linią melodyczną, którą można też wykorzystać jako podkład do pierwszego tańca weselnego?
Za kompozytorem przemawia specyficzna, filmowa aura jego utworów. Nic więc dziwnego, że twórcy produkcji „Intouchables” (u nas „Nietykalni”) zaprosili muzyka do współpracy nad ścieżką dźwiękową. Tam sprawdził się doskonale. Problem polega na tym, że zostały w nim wykorzystane numery z najlepszych jego płyt: „Divenire” oraz „Nightbook”. I to, co rzeczywiście brzmiało energetycznie na tych krążkach, na „In a Time Lapse” staje się momentami nieznośne. Za każdym rogiem mamy uczucie muzycznego déjà vu, które mówi nam: „Gdzieś to już słyszałem, tylko zagrane lepiej”. Brak tutaj tak porywających melodii jak „Fly” czy „Lady Labyrinth”, albo snujących się balladowo rozwlekłych pasaży jak „Oltremare” czy „Bye Bye Mon Amour”. Godny wspomnienia jest z pewnością teatralny „Newton’s Cradle”, który mógłby posłużyć jako soundtrack do jednej z baśni braci Grimm. „Time Lapse” z kolei swoją strukturą bardzo przypomina „Nightbook” z poprzedniej płyty, tyle że tutaj jest spokojniej, osobliwiej, a rytmika utworu jakby chciała nawiązać do tytułu i wręcz z zegarmistrzowską precyzją odmierza kolejne sekundy upływającego czasu. Pewne zaskoczenie przynosi także oniryczny „Orbits”, gdzie klawisze idealnie komponują się ze smyczkami i ksylofonem, a całość może kojarzyć się ze scenerią znaną z filmów Tima Burtona. Niestety, większość tej płyty wypełniają wspomniane już schematyczne zagrywki, od których, jak widać, Ludovico Einaudi nie ma zamiaru zbytnio uciekać. Artyście zdecydowanie przydałby się nowy garnitur aranżacyjny, być może przypominający przedsięwzięcie Krzysztofa Pendereckiego z Radiohead podczas Europejskiego Kongresu Kultury we Wrocławiu. Co prawda w tym projekcie uczestniczyła ponad stuosobowa orkiestra, ale bardziej chodzi o zderzenie dwóch odmiennych światów, które odświeżyłoby lekko zdartą już formułę włoskiego pianisty. Na tym etapie bowiem Ludovico Euinaudi zaczyna powoli wyrastać na Paulo Coelho klawiszowych truizmów.
Przemysław Pietruszewski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Pablopavo i Praczas „Głodne kawałki” (2011) [80%]
Płyta wydana kilka miesięcy po „10 piosenkach” – albumie Pablopavo nagranym z zespołem Ludziki. Chociaż oba krążki ujrzały światło dzienne w tym samym roku, to znajdują się na dwóch muzycznych biegunach. „10 piosenek” to utwory tętniące zespołowym graniem i na swój sposób staromodne, „Głodne kawałki” zaś to zestaw bardzo nowoczesny, oparty o szeroko pojętą muzykę elektroniczną. Z drugiej strony jednak nie brakuje w nim żywych instrumentów, nagranych przez wielu gości z różnych muzycznych rejonów, nieraz dość zaskakujących. Poza spajającym wszystkie utwory wokalem Pablopavo mamy zatem niezwykły eklektyzm. Zdecydowanie więcej niż na płycie z Ludzikami jest tutaj rapu wokalisty i świetnych, hip-hopowych bitów, za które odpowiedzialny jest producent Rafał „Praczas” Kołaciński. Wymieszane są z mnóstwem syntetycznych dźwięków – Praczas sięga między innymi po popularne również w mainstreamie patenty dubstepowe czy drum’n’bassowe (chociażby w „Kupuj”), jednak jest to tylko dodatek, smakowicie urozmaicający strukturę utworów. Najciekawsze jest właśnie wykorzystanie w kompozycjach z tej płyty instrumentów kojarzonych przede wszystkim z world music, takich jak santur, sitar, oud czy drumle. Obecność muzycznej egzotyki na „Głodnych kawałkach” to z pewnością wynik wielu lat pracy Kołacińskiego zarówno w ramach kolektywu Masala, jak i tworzenia muzyki do programu telewizyjnego Wojciecha Cejrowskiego „Boso przez świat”. Poza tym nie brakuje również nieco bardziej powszechnych instrumentów: sekcji dętej (trąbka, puzon, saksofony, klarnety), skrzypiec, akordeonu i klimatów reggae, z których Pablopavo jest najbardziej znany. Ponadto w „Stówie” zaśpiewał wokalista Lao Che, Hubert „Spięty” Dobaczewski. Prawdziwy muzyczny zawrót głowy, ale na szczęście nie chaotyczny, a stanowiący wyśmienitą układankę złożoną z pozornie skrajnie różnych elementów.
Dawid Josz
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Toro Y Moi „Anything in Return” (2013) [70%]
Kojarzony przede wszystkim z nurtem chillwave Chazwick Bundick przygotował na początek bieżącego roku kolejny krążek studyjny. „Anything in Return” stanowi chyba najbardziej dopieszczony aranżacyjnie i konsekwentny muzycznie album Amerykanina, lecz trudno orzec, czy najlepszy w jego dorobku. Zresztą nie jest to wielce istotna kwestia, wystarczy, że materiał z jednej strony kontynuuje wcześniejsze dokonania, a z drugiej – pozwala zauważyć producencki rozwój, większą dojrzałość i narastającą precyzję w budowaniu złożonych kompozycji. Nowa płyta to spójny kolaż stworzony z elementów czerpanych z chilloutu, ale również r&b, house’u albo po prostu muzyki tanecznej poprzednich dekad. Co ważne, „Anything in Return” charakteryzuje się właśnie sporą tanecznością i choć całości znacznie bliżej do downtempowych kołysań, to longplay prezentuje odświeżającą i lekko pobudzającą zawartość. Chazowi nie udało się jednak uniknąć także słabszych momentów, gdyż poza świetnymi i rzeczywiście zapadającymi w pamięć kawałkami (zwłaszcza „Say That”, „So Many Details”, „Grown Up Calls” lub „Cake”), słuchacz ma prawo do kilku chwil zwątpienia. Znamienne, że nie jest to wynik kompozytorskich zgrzytów czy błędów, a raczej efekt płynący z odbioru 13 podobnych do siebie numerów. W tak obszernym zestawie pojawiają się niestety przestoje, mniej interesujące fragmenty, a w końcu znudzenie, co jest nawet naturalne, ale jednocześnie pozwala odróżnić produkcje wybitne od tych zaledwie solidnych i dobrych. „Anything in Return” to album zaliczający się do tych ostatnich; oparty głównie na klawiszach, zwiewnych wokalach oraz kojącym, dość ekskluzywnym nastroju. Wypełniony przez przemyślane i przepełnione dźwiękowymi niuansami popowe utwory, jednak na tyle jednostajne i nieporywające, że Toro Y Moi na kolejny, jeszcze wyższy poziom po prostu nie wskoczył. Przynajmniej nie teraz.
Michał Perzyna
koniec
16 marca 2013

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Listopad 2012 (2)
— Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Tegoż autora

Największe rozczarowania muzyczne 2015 roku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Przemysław Pietruszewski

Muzyczny list do domu
— Łukasz Izbiński

W poszukiwaniu oszczędności
— Przemysław Pietruszewski

Wysoki lot
— Przemysław Pietruszewski

Jaśniejsza strona Bruce’a
— Łukasz Izbiński

Msza dla ortodoksyjnych wyznawców
— Przemysław Pietruszewski

Wypełnić pustkę
— Przemysław Pietruszewski

Bez noży, krzyży i polowań
— Michał Perzyna

Siostry na wznoszącej fali
— Michał Perzyna

Hard rock z brodą
— Łukasz Izbiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.