Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Luty 2013
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W pierwszej tegorocznej odsłonie cyklu „Esensja słucha” oprócz czterech płyt zeszłorocznych przypominamy o dwóch nieco starszych. Tradycyjnie już jest bardzo eklektycznie – piszemy o albumach artystów tak różnych, jak Jeff Wayne, Of Monsters and Men, The Blood of Heroes, Pablopavo i Ludziki, Paprika Korps czy Golden Void.

Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Esensja słucha: Luty 2013
[ - recenzja]

W pierwszej tegorocznej odsłonie cyklu „Esensja słucha” oprócz czterech płyt zeszłorocznych przypominamy o dwóch nieco starszych. Tradycyjnie już jest bardzo eklektycznie – piszemy o albumach artystów tak różnych, jak Jeff Wayne, Of Monsters and Men, The Blood of Heroes, Pablopavo i Ludziki, Paprika Korps czy Golden Void.
Golden Void „Golden Void” (2012) [60%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
W przypadku takich płyt jak ta zawsze pojawiają się oskarżenia o ucieczkę w oczywiste muzyczne patenty, wykorzystywane „dzieści” lat temu. Golden Void z pozoru wydawać się może zwykłym hołdem dla lat 70., z obowiązkową manierą retro: przesterowanymi gitarami i stylizowanym winylowym soundem. Debiut muzyków z Bay Area nie wstydzi się jednak swoich inspiracji i już sama nazwa zespołu, zaczerpnięta z utworu Hawkwind, sugeruje mniej więcej, z czym będziemy mieć do czynienia. Nie ma tutaj co prawda aż tak rozbudowanych spacerockowych improwizacji. Całość ma raczej zwartą strukturę i zamknięta jest w siedmiu charakterystycznych, wypełnionych hardrockowo-stonerowym sznytem, kompozycjach. Z pewnością łatwo odczytać tutaj wpływy protoplastów z Black Sabbath i ci bardziej złośliwi mogliby powiedzieć, że brzmi to po prostu jak następna płyta Brytyjczyków, tyle że nagrana z odświeżonym składem. Uwidacznia się to zwłaszcza w świetnych partiach basu i rewelacyjnej perkusji (chociażby „Virtue”). Jest też miejsce dla The Doors i klasycznego rockowego instrumentarium. Taki „Badlands” brzmi niczym odprysk pierwszych płyt Morrisona i spółki, a klawiszowe echa do bólu kojarzą się z grą Manzarka. To co ratuje ten zespół, to bardzo dobra sekcja rytmiczna i wokale Mitchella. Pomimo zapatrzenia się w klasyków gatunku są na tyle świadomi w swoich wyborach, że dodają odrobinę własnego charakteru do muzyki. Jest odpowiedni ciężar („The Curve”), pojawia się czasem doommetalowa ornamentyka („Art Of Invading”), a całość jest na tyle zróżnicowana, że słucha się debiutu z zainteresowaniem. Taką właśnie płytę powinien nagrać Witchcraft na „Legend”. Warto o Golden Void pamiętać. Miejmy tylko nadzieję, że nie jest to jednorazowy wybryk na fali popularnego trendu i usłyszymy jeszcze od nich kompozycje na miarę przestrzennego, zamykającego krążek „Atlantis”.
Przemysław Pietruszewski
Jeff Wayne „Jeff Wayne′s Musical Version of the War of the Worlds. The New Generation” (2012) [90%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
W ponad 100 lat od wydania „Wojny Światów” autorstwa H.G. Wellsa opisana w niej historia ataku Marsjan na Ziemię nie budzi już takich emocji jak kiedyś, wciąż jednak stanowi inspirację dla pisarzy, filmowców i muzyków. Jeff Wayne po raz pierwszy wziął powieść na warsztat w 1978 roku, co zaowocowało powstaniem rock-opery „Jeff Wayne′s Musical Version of the War of the Worlds”. Płyta cieszyła się ogromnym zainteresowaniem i na dzień dzisiejszy plasuje się na 38. miejscu najlepiej sprzedających się albumów na Wyspach, w notowaniu obejmującym wydawnictwa od 1958 roku. Niedawno artysta postanowił przedstawić interpretację „Wojny Światów” kolejnemu pokoleniu słuchaczy, czego efektem jest wypuszczona pod koniec 2012 roku odświeżona wersja z podtytułem „The New Generation”. Już w pierwszą odsłonę przedsięwzięcia zaangażowani byli znani muzycy i aktorzy, m.in. Phil Lynott, Justin Hayward, Chris Thompson czy Richard Burton. Również tym razem lista płac jest imponująca: główną rolę Dziennikarza/Narratora powierzono Liamowi Neesonowi, któremu towarzyszą Joss Stone, Ricky Wilson czy Maverick Sabre, zaś znany z zespołu Take That Gary Barlow wyręcza Irlandczyka we fragmentach śpiewanych.
Poszczególne utwory wzbogacono o wstawki elektroniczne, a wybrane instrumenty wyszły z tła i brzmią odpowiednio soczyście, odgrywając jednocześnie ważniejszą rolę niż w pierwszej wersji płyty i nadając całości głębi. Jest w co się wsłuchiwać, bo oprócz żelaznego kanonu w postaci gitar, basu i perkusji o uwagę walczą klawisze, mandolina czy egzotyczne santur, cytra i tar. Jeff Wayne starał się odtworzyć na potrzeby „The New Generation” i towarzyszącego mu tournée oryginalny skład grupy The Black Smoke Band oraz orkiestry ULLAdubULLA, zasłużonych przy powstaniu albumu z 1978 roku. Kosmetyczne poprawki poczyniono jedynie w warstwie tekstowej, uzupełniając gdzieniegdzie linie dialogowe. Podobnie jak przed 30 laty utwór „The Eve of the War” zachwyca porywająco zaaranżowanymi smyczkami; przysłużyły mu się również dodane elementy elektroniczne. Popularna już wtedy ballada „Forever Autumn” nadal urzeka, ale najbardziej zyskał „The Spirit of Man” ozdobiony dwugłosem Joss Stone i Mavericka Sabre. Wielki projekt został zrealizowany z należytym rozmachem, o którym świadczy choćby planowane tournée zawierające hologramowego Liama Neesona i plujące ogniem marsjańskie maszyny bojowe.
Łukasz Izbiński
Of Monsters and Men „‎My Head is an Animal” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„King And Lionheart”, „Little Talks” oraz „Sloom” to chyba najlepsze z kawałków, które znalazły się na „My Head Is An Animal”. Pewności jednak nie ma, ponieważ na debiutanckim krążku Islandczyków z grupy Of Monsters And Men nie brakuje energetycznych, gitarowych i – co najważniejsze – przebojowych utworów wpisujących się gdzieś między pop, rock i folk. W tej chwili w zespole pozostało pięciu muzyków. Ich twórczość promieniuje pozytywnymi wibracjami i emocjami, które produkowane są nie tylko przy pomocy gitar (na płycie usłyszeć można choćby instrumenty dęte, klawisze, bębny lub akordeon), choć te oczywiście odgrywają tutaj czołową rolę. Ważniejsze są jednak wokale – zdarzają się chóralne śpiewy, lecz całości ton nadają przede wszystkim Ragnar Þórhallsson oraz Nanna Bryndís Hilmarsdóttir. To po prostu świetnie dobrany duet – z odmiennymi, ale przy tym dopasowanymi głosami i dostrzegalną chemią. W dużej mierze dzięki nim przez blisko godzinę ma się ochotę (niemal bez przerwy) ochoczo pląsać i podśpiewywać pod nosem. Małymi wyjątkami są naturalnie numery bardziej balladowe („Love Love Love”, „Sloom”, „Yellow Light”), bo bez takich tego rodzaju wydawnictwo obyć się przecież nie mogło, ale nie są to przesadnie melancholijne i spowolnione kompozycje. Charakterystyczne, że nawet od nich bije przyjemne ciepło, które w organizmach słuchaczy powoduje wzrost poziomu endorfin i już sam ten fakt doskonale świadczy o twórczości utalentowanych debiutantów z Of Monsters And Men. A że w gruncie rzeczy prosty materiał obfituje także w wiele stricte muzycznych walorów, to zwyczajnie nie ma się nad czym zastanawiać.
Michał Perzyna
Pablopavo i Ludziki „10 piosenek” (2011) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Dość przewrotnie zatytułowana płyta, „10 piosenek” Pablopavo i Ludzików, to drugi album zespołu. Przewrotnie, bo nie licząc pierwszego na liście „Rozpoczęcia”, mamy tutaj 11 piosenek, w tym zamieszczony jako ostatni utwór, specyficzny cover – „Ballada o Okrzei”. Jest to nowe, aczkolwiek bazujące na wersji wykonywanej przez Stanisława Grzesiuka, opracowanie pieśni anonimowego autora. Wielu jest zapewne przeciwników tego utworu, z racji podtekstów politycznych, ale one nie mają tutaj żadnego znaczenia – „Ballada…” jest na płycie istotnym elementem warszawskiego folkloru czy, ogólniej, historii stolicy i tak powinna być postrzegana. Jest tu jeszcze przynajmniej jedna kompozycja nawiązująca wprost do Warszawy i jej charakterystycznych postaci czy miejsc. „Oddajcie kino Moskwa” to tekstowo sentymentalna wycieczka do, jak się można domyślać, czasów młodości Pablopavo. Podobna w lirycznym klimacie jest piosenka „Iście iście”, nieco mroczniej wypada gorzkie, najbardziej rapowe „Złoto”, z gościnnym udziałem Mariki. Ciekawe są też: refleksyjne, zahaczające o temat przemijania „Dajcie mi spokój” czy mocno krytykujący biznes muzyczny utwór tytułowy. Jaka jest ta płyta w warstwie muzycznej? Eklektyczna, żywa, organiczna. Jedynym bardziej elektronicznym jej fragmentem jest wspomniane „Złoto”, w większości kawałków zaś prym wiodą gitary (Daddy Raffi), perkusja (Jakub Kinsner), bas i instrumenty klawiszowe (Emiliano Jones), uzupełniane o różne przeszkadzajki Bartosza Krajewskiego. Nieraz obok głosu Pablo możemy usłyszeć śpiewającego z nim Earla Jacoba czy wzbogacające brzmienie utworów skrzypce i wiolonczelę. Do tego sporo skreczy i innych smaczków, poukrywanych w miksie. Może się wydawać, że to niemalże chaotyczny zbiór nieprzystających do siebie elementów, lecz tak nie jest – „10 piosenek” to doskonały przykład na łączenie różnych stylistyk, gatunków i prawdziwe otwarcie na wiele muzycznych wpływów: od reggae (w końcu Pablopavo jest członkiem Vavamuffin) przez rocka po folk, dopełnionych znakomitymi, dojrzałymi tekstami.
Dawid Josz
Paprika Korps „Metalchem (2010)” [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Ostatni jak dotąd album polskiego zespołu, który swoją muzykę określa mianem heavy reggae. Został przez muzyków zadedykowany „budowniczym opolskiego Metalchemu”, nie dziwi zatem forma wydania płyty – digipak z bardzo klimatyczną, zimną i metaliczną oprawą graficzną, w której wykorzystano kilka świetnych, archiwalnych zdjęć Zakładu Aparatury Chemicznej APC Metalchem w Opolu. Ważniejsza jest jednak sama muzyka, przepełniona dźwiękami nowofalowymi i nawiązująca chociażby do twórczości Izraela. Można ją bardzo ogólnie opatrzyć etykietką „rockowego reggae”. Przeważa jednak mniej rockowe granie, dominuje muzyka przestrzenna, nierzadko w dubowym sosie. Najbardziej słychać to chociażby w „The Concrete Dub”, umieszczonym tuż po bardziej rockowym, surowym „The Concrete” czy w mocno reggae′owym „Follow Follow”. Ciekawym urozmaiceniem są zatem soczyste, ostre riffy w otwierającym „Navigator”, który jednak wbrew pozorom w stu procentach rockowym utworem nie jest – zwrotki to już typowe, bujające reggae. Jest też krótka, punkowa petarda w postaci „Kolejnego kroku”. Nieco ponad połowa płyty zaśpiewana jest po angielsku, resztę stanowią kompozycje z polskimi tekstami. Jedynym mankamentem, którego nie rozumiem, jest opatrzenie „Tokarza” angielską warstwą liryczną – być może to takie mrugnięcie okiem do słuchaczy. Wszystkie teksty stanowią pewną całość, jak nietrudno się domyślić, konceptualnie związaną z Zakładem Metalchem, któremu płyta jest poświęcona, zatem wykorzystanie stylistyki nowofalowej w utworach to strzał w dziesiątkę. Jeśli do kogoś nie do końca docierają lansowane w bardziej mainstreamowych kanałach odmiany reggae, to jest to płyta dla niego: surowa i niestojąca aż tak daleko od szeroko pojętego rocka.
Dawid Josz
The Blood of Heroes „‎The Waking Nightmare” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Projekt speców od takich zespołów jak Godflesh, Jesu, Techno Animal, Painkiller znów uderzył – przy debiucie udało się zauważyć wpływy i cytaty z powyższych, z domieszką Curse of the Golden Vampire czy The Bug. „The Waking Nightmare” to rozwinięcie tychże retrospektyw, tyle że tym razem apokaliptyczna atmosfera wyraźnie podkreślona została profetycznymi melodeklamacjami Dr′a Israela. Jest ich zdecydowanie więcej, a cały materiał zyskuje przez to na plemienności. Muzycznie to nadal mieszanka industrialu, breakcore′u, dubu czy nawet raggi, tylko odnosi się wrażenie, że cały klimat przeniósł się z wielkiej metropolii zaszytej gdzieś na południu Afryki do bardziej niedostępnych dla współczesnej cywilizacji rejonów. Taki „The Last Forest” brzmi niczym elegia dla zaginionego starożytnego ludu, tyle że przybrana w elektronikę nadaje utworowi zupełnie nowego, miejskiego wymiaru. Z kolei dubowy „War” brzmi niczym ascetyczna pieśń zagrzewająca plemię do walki przeciwko technicyzacji. Ogromnym pozytywem „The Waking Nightmare” jest jego różnorodność. Dzieje się tutaj naprawdę dużo. Często wsamplowane partie przenikają się z ciężkimi rytmicznymi gitarami, czego doskonałym przykładem może być „Dogtown” czy „Everything Undone” z pięknie wpasowanymi wokalizami. Innym razem przypomni o sobie, wyjęty żywcem z Submerged, breakcore′owy szlif, jak ma to miejsce w „I Love You But I Chose Darkness”. To, co z jednej strony wydaje się pozytywem, z drugiej trochę razi w kontekście spójności. W gatunkowym tyglu przeplatają się różne wzorce i idee, przesiąknięte inspiracjami każdego członka projektu, co przekłada się na dysharmonię całości. Często podczas odsłuchu mamy do czynienia z przeciąganiem liny na konkretną szalę tematyczną, co ostatecznie albo prowadzi do pewnego znużenia, albo zupełnie wytrąca „The Waking Nightmare” z klimatu. Niemniej jednak jest to płyta na tyle oryginalna, że warto dać jej szansę.
Przemysław Pietruszewski
koniec
9 lutego 2013

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Listopad 2012 (2)
— Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Tegoż autora

Największe rozczarowania muzyczne 2015 roku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Przemysław Pietruszewski

Muzyczny list do domu
— Łukasz Izbiński

W poszukiwaniu oszczędności
— Przemysław Pietruszewski

Wysoki lot
— Przemysław Pietruszewski

Jaśniejsza strona Bruce’a
— Łukasz Izbiński

Msza dla ortodoksyjnych wyznawców
— Przemysław Pietruszewski

Wypełnić pustkę
— Przemysław Pietruszewski

Bez noży, krzyży i polowań
— Michał Perzyna

Siostry na wznoszącej fali
— Michał Perzyna

Hard rock z brodą
— Łukasz Izbiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.