Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Grudzień 2012 (2)
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Drugi grudniowy odcinek cyklu „Esensja słucha” to – podobnie jak poprzednie odsłony – spore gatunkowe zróżnicowanie. Tym razem w naszych głośnikach gościli King Dude, The Helio Sequence, Kamelot, Morbid Angel, Kreator i Colour Haze. Ponownie nie zabrakło wysokich not. Miłego słuchania!

Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Esensja słucha: Grudzień 2012 (2)
[ - recenzja]

Drugi grudniowy odcinek cyklu „Esensja słucha” to – podobnie jak poprzednie odsłony – spore gatunkowe zróżnicowanie. Tym razem w naszych głośnikach gościli King Dude, The Helio Sequence, Kamelot, Morbid Angel, Kreator i Colour Haze. Ponownie nie zabrakło wysokich not. Miłego słuchania!
King Dude „Burning Daylight” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Amerykański piosenkarz folkowy, który w tej chwili jest bardziej popularny w Europie” – takimi słowami zamieszczonymi na stronie internetowej TJ Cowgill opisuje jedno ze swoich wcieleń. Na co dzień to szef marki odzieżowej Actual Pain i frontman blackmetalowego Book of Black Earth, solo występuje zaś jako King Dude. Jego płyta „Burning Daylight” przynosi ciekawy mariaż gatunków: głównie przyciężkiego neofolku oraz americany, z prawdziwą fantazją doprawionych najróżniejszymi brzmieniami. Tak jak niegdyś Frank Zappa zagrał w TV na rowerze, a Beach Boys rejestrowali dźwięk zgniatanych puszek Coca-Coli na potrzeby albumu „Pet Sounds”, tak King Dude, aby ubarwić swoje utwory, używa odgłosów dzwonów kościoła w Stuttgarcie, włoskiego pociągu, zepsutego wentylatora czy pożaru wysamplowanego z internetowego filmiku. Raz śpiewa gardłowo lub jęczy, by w kolejnym kawałku czystym głosem, do wtóru wygrywających miarowe rytmy gitary i bębnów, opowiadać o poważnych sprawach: przemijaniu, ulotności życia czy potrzebie czerpania radości z rzeczy nas otaczających. Przyznaje się przy tym do inspiracji śmiercią, religią, Lucyferem oraz pierwotnymi uczuciami. Efektem tego jest mieszanka, z której wyłaniają się na przykład: miarowy i melodyjny „Barbara Anne"; hałaśliwy „I′m Cold”, ozdobiony kobiecym wokalem (podobnym w barwie do Lydii Lunch, należącym jednak prawdopodobnie do żony Cowgilla, Emily); przywodzący na myśl styl Julee Cruise, rozmarzony „My Mother Was The Moon” (ta ostatnia wraca tu zresztą w sferze muzycznej na „You Can Break My Heart”). Tajemnicę popularności pewnych artystów akurat w Europie można prawdopodobnie wytłumaczyć poprzez analogię z wiadomym zjawiskiem w kinematografii: otóż gusta odbiorców ze Starego Świata są podobno bardziej wyrafinowane, skłonni są oni zachwycać się eksperymentalnymi formami i poszukują dzieł ambitniejszych. Jeśli to prawda, to King Dude jest tego intrygującym, klimatycznym przykładem.
Łukasz Izbiński
The Helio Sequence „Negotiations” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Mają spore doświadczenie i umiejętność kreowania niezwykle eterycznego nastroju. The Helio Sequence, czyli w rzeczywistości Brandon Summers oraz Benjamin Weikel, nagrywają wspólnie od 1999 roku. Do dzisiaj dorobili się pięciu studyjnych albumów, a ostatni z nich, „Negotiations”, ukazał się we wrześniu nakładem Sub Pop. Amerykanie – jak na duet – potrafią stworzyć całkiem szeroko zakrojone brzmienie, oscylujące wokół indie rocka, lecz naznaczonego zwiewną i przestrzenną elektroniką (zahaczając przy tym o dream pop). Oczywiście w umiarkowanym tempie, które na szczęście nie usypia, a raczej miło kołysze. Co ciekawe, trochę niewyraźnie i nijako wypada początek krążka – zwłaszcza otwierający „One More Time”, lecz już dzięki niemu w ucho wpadają wycofane gitary, przewijające się przez cały materiał. Nie porywa także nijaki, choć w gruncie rzeczy solidny, wokal Summersa, jednak z czasem, pod wpływem nastrojowości i zwiewności płyty, wrażenie to schodzi gdzieś na drugi plan. Okazuje się bowiem, że duet potrafi zagrać zmysłowo, jednocześnie żywo i nieco ostrzej, jak na przykład w „Downward Spiral” lub „When The Shadow Falls”. Mimo tego, najwartościowsze wydają się melancholijne, majaczące numery: chyba najlepszy z zestawu „Open Letter”, a dalej – rytmiczny „Silence On Silence”, bardziej akustyczny „December” czy w końcu „The Measure”. Żaden z nich wielkim przebojem nie jest, najpiękniejszą z indierockowych ballad również, ale kiedy oddać się w skupieniu ich oddziaływaniu, to okazuje się, że „Negotiations” stanowi ciepłe, nienachalne, naprawdę przyjemne i na dodatek nieprzesłodzone granie, z którym chce się mieć styczność co najmniej kilkukrotnie. A gdy dodamy, że The Helio Sequence supportowali m.in. grupę Keane, to chyba wiadomo, czego po ich najnowszym krążku można się spodziewać.
Michał Perzyna
Kamelot „Silverthorn” (2012) [60%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Kamelot spotkały ostatnimi czasy dwa nieszczęścia: najpierw wypuszczono „Poetry for the Poisoned”, przy którym lepiej poszukać cykuty, następnie z grupy odszedł Roy Khan. Po krótkich zastępstwach z innymi wokalistami do zespołu dołączył Tommy Karevik (czyli podtrzymano skandynawską tradycję wokalistów). Można powiedzieć – na szczęście i niestety. Z jednej strony Tommy świetnie wyrabia dotychczasowe partie Khana (ale bez tej nieszczęsnej teatralnej pretensjonalności, która ostatecznie pogrzebała przedostatni album), z drugiej – chyba postanowił zostać jego kolejną inkarnacją. Problem z „Silverthorn” jest taki, że po pierwszym przesłuchaniu praktycznie nic się nie wyróżnia. Po kilku kolejnych można dostrzec pewne światła na horyzoncie, takie jak singlowe „Sacrimony (Angel of Afterlife)”, tytułowy „Silverthorn” lub „Solitaire”. Problem w tym, że cały album to jedno wielkie yin i yang – o ile „Song for Jolee” to bezpłciowe smęty, o tyle „Falling Like a Fahrenheit” potwierdza (po „House on the Hill” i „The Pendulous Fall”), że ciężkie ballady to najlepszy wyróżnik grupy. I chociaż można trafić na albumie na ciekawe momenty, takie jak główny riff „My Confession” czy też „Solitaire”, to grzebią to tandetne teksty. Kamelot po prostu nagrał ten album… standardowo. Nie ma fajerwerków, utwory są równe i tylko kilka jest równiejszych (zwłaszcza „Fahrenheit”). Czuć też, i to bardzo, brak Simone Simons, której duety z Khanem stały się wręcz legendą (a takie „The Haunted” to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika power metalu). Nie ukrywam, że pierwotnie chciałem napisać pełną recenzję „Silverthorn” i dziękuję Bogu, że zaczekałem z tym, bo inaczej bym zmiażdżył płytę. Być może za rok ocena podskoczyłaby jeszcze o jakieś 5-10%, ale nie zmienia to faktu, że jest po prostu poprawnie. I trudno powiedzieć, czy Kamelot kiedykolwiek dorówna trylogii „Epica"-"Black Halo"-"Ghost Opera”. Nie zapowiada się na to.
Mateusz Kowalski
Morbid Angel „Illud Divinum Insanus” (2011) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Ostatni album grupy zaliczanej do protoplastów death metalu okazał się świadectwem prawdziwej muzycznej bezkompromisowości. Jak w końcu inaczej nazwać śmiałe połączenie brutalnego deathu, z jakiego znani są Amerykanie, z industrialną elektroniką – wliczając w to automat perkusyjny? Nawet jeśli taki eksperyment sam w sobie nie byłby dla kogoś dowodem na odwagę artystyczną, to reakcja zdecydowanej większości „prawdziwych” fanów metalu – już tak. Była ona wprost miażdżąco krytyczna i ogromnie mnie zdziwiła… chociaż właściwie potwierdziła pewne stereotypy, ale nie warto poświęcać im tutaj miejsca. Dziwne w każdym razie jest to, że pełne jadu, niewybredne komentarze w stosunku do „Illud Divinum Insanus”, jak i samych muzyków, wynikały głównie z tego, że Morbid Angel „odważyli się” sięgnąć po inne niż zwykle środki wyrazu. Szerokie wykorzystanie elektroniki przyćmiło nawet fakt powrotu Davida Vincenta na stanowisko wokalisty. To doprawdy niesamowite, jak wielu jest prawdziwie ortodoksyjnych fanów muzyki metalowej nieakceptujących tego typu zmian – nawet jeśli mimo nich zespół może pochwalić się wysoką formą kompozytorską, wykonawczą, a przede wszystkim – zadziwiać i zaskakiwać. „Illud…” to pełen dawnej wściekłości i agresji materiał, tyle że podany w odrobinę innej formie. W dodatku znakomicie pasującej do nieraz bardzo odhumanizowanej muzyki. Porównania do Samaela z pewnością są nieuniknione, choć między innymi mroczniejszy klimat i wirtuozeria gitarowa Treya Azagthotha wciąż przypominają, z jakim zespołem mamy do czynienia.
Dawid Josz
Kreator „Phantom Antichrist” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Niemieccy thrasherzy powrócili po trzech latach promowania poprzedniej płyty, „Hordes of Chaos”, dwuczęściowej koncertówki i rzecz jasna nagrywania nowego materiału, wydanego pół roku temu pod tradycyjnie złowieszczym tytułem: „Phantom Antichrist”. Muzycy postanowili najwyraźniej nieco odświeżyć brzmienie i wpleść w swoje kompozycje jeszcze więcej melodii. Efektem takiego podejścia jest niesamowicie chwytliwa, w Kreatorowym stylu, przebojowa płyta, z jeszcze większą ilością heavymetalowych elementów niż zwykle. Momentami można zapomnieć nawet, że to legenda thrashu zza Odry i pomyśleć, że słuchamy płyty kapeli powermetalowej, jak na przykład w hymnowym „From Flood Into Fire”. Nie zabrakło też kompozycji-zmyłki: pierwsze dwie minuty „Your Heaven My Hell” sugerują, że będziemy mieli do czynienia z rasową balladą, jednak gwałtowny gitarowy wybuch i krzyk Mille Petrozzy przypominają, że to jednak album Kreatora, a nie Scorpions. Mille i Sami Yli-Sirniö, drugi gitarzysta zespołu, wydają się być jeśli nie w życiowej, to na pewno w bardzo wysokiej formie wykonawczej. Niemalże widać iskry sypiące się z gitar podczas solówek: czysta radość grania i oczekiwana od tej kapeli wirtuozeria. Z pewnością jest to płyta, do której będę wracał częściej niż do „Hordes of Chaos” – obie charakteryzują się wysokim poziomem kompozytorskim, ale „Phantom Antichrist” przebija swoją poprzedniczkę świeżością brzmienia. Metalowa płyta roku? Być może. Czołówka końcoworocznych zestawień gwarantowana.
Dawid Josz
Colour Haze „She Said” (2012) [90%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Wielce niedoceniony to zespół w naszym kraju, a trzeba szczerze przyznać, że stoner w jego wykonaniu od 1995 roku godnie zastępuje protoplastów z Kyuss, dodając oczywiście wiele od siebie. Na przestrzeni prawie dwóch dekad grania wydali dziesięć albumów, a na najnowszy, „She Said”, przyszło nam czekać aż cztery lata. Zespół wynagrodził zwłokę dwupłytowym wydawnictwem, które po brzegi wypełnione jest ekspresyjną podróżą po pustynnych terenach. To, co wyróżnia Colour Haze na tle innych, to perfekcyjne budowanie napięcia i niemal tasiemcowe struktury utworów. Już otwierający numer, „She Said”, rozpoczynający się delikatnym klawiszem, daje do zrozumienia, że w tej wycieczce pedał gazu wciskany jest tylko wtedy, kiedy to konieczne. Energia, jaka płynie ze snujących się dźwięków, sprawia, że kompletnie zapominamy o muzykach stojących za instrumentami, a skupiamy się tylko i wyłącznie na piaszczystym klimacie, wydobywającym się z głośników, budowanym za pomocą gitar i rytmicznej perkusji. A to dopiero pierwszy utwór. Dalej jest podobnie, ale wcale nie nużąco. Gdzieniegdzie stuknie klawisz, innym razem pojawi się sekcja smyczkowa, ale jak to Colour Haze ma w zwyczaju, owe akcenty wplatane są z ogromnym wyczuciem, tak aby nie zaburzyć charakteru całości.
Poprzez specyficzne brzmienie, zatopione w psychodelii lat 70., zespół wypracował sobie styl, który stał się inspiracją chociażby dla Sungrazer czy Causa Sui. Nowy krążek z pewnością będzie kolejnym wyznacznikiem dla młodych adeptów stonerowej ornamentyki, a dla bohaterów tematu jest to kolejny krok w doskonaleniu własnego niesamowitego warsztatu. Pomimo hermetycznego gatunku Colour Haze udowadniają, że jest jeszcze przed nimi wiele dróg do odkrycia. Świadczy o tym także wieńczący płytę „Grace”, zakończony orkiestrowym aranżem. Odnosi się wrażenie, że nawet jamowanie gitarzysty i wokalisty – Stefana Kogleka – nabrało szlachetniejszej barwy. 80 minut na „She Said” wymaga od słuchacza cierpliwości, ale kiedy już poświęci się albumowi 100% uwagi, odwdzięczy się z nawiązką. Oby tylko muzycy nie kazali nam ponownie czekać czterech lat na następne wydawnictwo.
Przemysław Pietruszewski
koniec
15 grudnia 2012

Komentarze

15 XII 2012   12:20:26

Problemem z ostatnim albumem MA nie jest zmiana stylu, inkorporacja nowych elementów czy wąskie gusta słuchaczy, tylko to że jest to album żenująco wręcz słaby pod względem muzycznym. I na dodatek te buńczuczne wypowiedzi muzyków o tym jakie to innowacyjne i rewolucyjne granie. Takie innowacje to ja pamiętam z początku lat dziewięćdziesiątych kiedy industrial był na topie.

15 XII 2012   13:29:13

Ani innowacyjne, ani rewolucyjne. Za to dostarczające masy dobrej rozrywki. Nigdy nie podejrzewałem, że będę się świetnie bawił przy Morbid Angel, a tu owszem, przydarzyło się.

15 XII 2012   14:06:37

Rewolucyjne nie, w obrębie ich dyskografii mimo wszystko tak, a walor rozrywkowy jak najbardziej. Nie zapominajmy, że to muzyka rozrywkowa przede wszystkim, prawda? :)

16 XII 2012   01:49:31

@R.F. piszesz tak,jakby David Vincent pierwszy raz w tak megalomański sposób wychwalał swój album. Przecież on od zawsze się pysznił. Nic się na tym froncie nie zmieniło. A sam album nie jest ani słaby ani bardzo dobry. Czuć nadal ten sam Morbid Angel tyle że z dużą dozą eksperymentu i... tyle. Koncertowo nowe utwory świetnie dają radę. Z płyty niektóre nawiązują praktycznie do Domination. Pewne patenty brzmią nieudolnie, ale z oceną Dawida jak najbardziej się zgadzam.

16 XII 2012   17:08:06

@forkiada

No tak, ale pysznienie się Altars of Madness czy Blessed are The Sick jest jak najbardziej na miejscu ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Listopad 2012 (2)
— Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Tegoż autora

Największe rozczarowania muzyczne 2015 roku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Przemysław Pietruszewski

Muzyczny list do domu
— Łukasz Izbiński

W poszukiwaniu oszczędności
— Przemysław Pietruszewski

Wysoki lot
— Przemysław Pietruszewski

Jaśniejsza strona Bruce’a
— Łukasz Izbiński

Msza dla ortodoksyjnych wyznawców
— Przemysław Pietruszewski

Bezkrólewie
— Mateusz Kowalski

Wypełnić pustkę
— Przemysław Pietruszewski

Bez noży, krzyży i polowań
— Michał Perzyna

Siostry na wznoszącej fali
— Michał Perzyna

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.