Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Primus
‹Green Naugahyde›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGreen Naugahyde
Wykonawca / KompozytorPrimus
Data wydania12 września 2011
Wydawca Mystic Production
NośnikCD
Czas trwania50:46
Gatunekrock
EAN822550001920
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Prelude To A Crawl
2) Hennepin Crawler
3) Last Salmon Man
4) Eternal Consumption Engine
5) Tragedy’s a’ Comin’
6) Eyes Of The Squirrel
7) Jilly’s On Smack
8) Lee Van Cleef
9) Moron TV
10) Green Ranger
11) HOINFODAMAN
12) Extinction Burst
13) Salmon Men
Wyszukaj / Kup

Już nie taki „Antypop”
[Primus „Green Naugahyde” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Prawie dwanaście lat – dokładnie sto czterdzieści trzy miesiące. Tyle trzeba było czekać na nowy długograj Lesa Claypoola i jego Primusa. Warto było. Choćby z tego powodu, że jest to płyta lepsza od „Antipop” i przynajmniej o dwie klasy przewyższająca „Rhinoplasty”.

Jakub Stępień

Już nie taki „Antypop”
[Primus „Green Naugahyde” - recenzja]

Prawie dwanaście lat – dokładnie sto czterdzieści trzy miesiące. Tyle trzeba było czekać na nowy długograj Lesa Claypoola i jego Primusa. Warto było. Choćby z tego powodu, że jest to płyta lepsza od „Antipop” i przynajmniej o dwie klasy przewyższająca „Rhinoplasty”.

Primus
‹Green Naugahyde›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGreen Naugahyde
Wykonawca / KompozytorPrimus
Data wydania12 września 2011
Wydawca Mystic Production
NośnikCD
Czas trwania50:46
Gatunekrock
EAN822550001920
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Prelude To A Crawl
2) Hennepin Crawler
3) Last Salmon Man
4) Eternal Consumption Engine
5) Tragedy’s a’ Comin’
6) Eyes Of The Squirrel
7) Jilly’s On Smack
8) Lee Van Cleef
9) Moron TV
10) Green Ranger
11) HOINFODAMAN
12) Extinction Burst
13) Salmon Men
Wyszukaj / Kup
Można „Green Naugahyde” postawić obok albumów nagranych przez trio w latach 1991-1997. Co prawda poziomem nie sięga ona „Pork Soda”, a brzmienie jest kontynuacją ostatniego LP, to jednak czuć w tej muzyce prawdziwą radość grania, z jaką mamy do czynienia w przypadku scenicznych debiutantów. Muzycznie mamy tu wszystko, czego należało się spodziewać – przepełnioną basowymi motywami, pełną absurdalnego humoru funk-rockową mieszankę. Niestety – i tu największy zarzut wobec tego materiału – nic więcej. Poza przyjemnością obcowania z dobrze brzmiącymi instrumentami i dowodami technicznych umiejętności muzyków, nowy krążek legendy alternatywnego grania nie daje zbyt wiele. Brak rwących schematyczne ramy progresywnych pochodów, metronomicznych wygibasów i rytmicznych połamańców; większość utworów ogrywa bardzo podobny kompozycyjny schemat, wokal Lesa ogranicza się do zaledwie dwóch, trzech sposobów artykulacji, a do tego, słuchając jego partii, ma się wrażenie, że gdzieś po drodze zagubił się producent. Dzisiejszy Primus nie jest już najdziwniej grającą ekipą. No i co z tego? W sumie nic, bo słucha się tych trzynastu kompozycji z przyjemnością i radością, choć po kilku razach z „Green Naugahyde” można ograniczyć się do kilku wybranych. Zwłaszcza tych, gdzie Claypool, LaLonde i Lane stawiają na klimat i/lub po prostu dobrą zabawę. Każdy fan ucieszy się jak dziecko, gdy po preludium następują pierwsze takty „Hennepin Crawler”, neurotyczno-narkotykowego funku. Tuż za nim wyłania się „Last Salmon Man (Fisherman’s Chronicles, Part IV)” i przez sześć minut trzyma w napięciu dzięki ciekawym dialogom basowo-perkusyjnym, humorystycznym, knajpiano-cyrkowym wstawkom i psychodelicznej wycieczce w trakcie solowej partii gitary. To udana kontynuacja „Kronik Rybaka”. Do najlepszych momentów zaliczyć trzeba także klimatyczny, wciągający pulsującym i plumkającym basem oraz kapiącą gitarą, „Eyes Of The Squirrel”, który oparty jest na bardzo dobrym bicie. Słuchając tego ostatniego, wydaje się, jakby „Pork Soda” wydano rok temu. W „Moron TV” panowie sięgają jeszcze dalej, bo aż do czasów „Frizzle Fry”, lecz już bez takiego polotu i błysku, a szkoda. Dobrze wypada „Eternal Consumption Engine”, gdzie usłyszymy tę bardziej absurdalną stronę wyobraźni autorów. Również ciekawie robi się w drugiej części „Tragedy’s A’ Comin’”, kiedy instrumentaliści wchodzą w orientalne skale; mimo że sam kawałek jest za długi jak na to, co ma do zaoferowania. Ostatnim wartym przesłuchania jest „Extinction Burst”, w którym każda partia bliska jest szaleństwu, a całość galopuje w kierunku czystego obłędu; obok „Last Salmon Man” i „Eyes Of The Squirrel” to najlepsza rzecz na „Green Naugahyde”. Reszta to tylko odbicie dawnego blasku, jak np. „Jilly’s On Smack”, któremu blisko do Primusowej łamigłówki, jednak brak mu wyrazu.
Trudno nie zauroczyć się i nie pochylić głowy przed indywidualnymi umiejętnościami muzyków. LaLonde czasem uraczy zeppelinowym riffem, czasem zachwyci hendriksową barwą. Co najważniejsze, ma świetne wyczucie chwili i nastroju – jemu nie potrzeba tysiąca dźwięków, by wprowadzić odpowiednie napięcie i pożądaną dramaturgię. Oczywiście, gitara pełni rolę drugich skrzypiec, gdyż Primus to przede wszystkim bas, a tym razem również i perkusja, która jest tu instrumentem pierwszoplanowym, na równi z grą Lesa. Jay Lane, powracający do składu pierwszy pałker grupy jeszcze z czasów poprzedzających debiutancki „Suck on This”, to prawdziwe zaskoczenie in plus. To właśnie on był współtwórcą „brzmienia Primusowego” i, proszę państwa, kłaniam się uniżenie przed jego grą, bo sposób, w jaki Lane potrafi wykorzystać hi-hat, może zawstydzić i zniechęcić wielu młodych adeptów tego instrumentu. Mamy zatem prawdziwy powrót do korzeni, wszystko zdaje się być na miejscu, a mimo tego czegoś tu brak. Kolejne numery wpadają w ucho od razu, melodie dają się bez problemu zanucić, a rytmika w poszczególnych kawałkach nie bawi się ze słuchaczem w chowanego. Bardziej konwencjonalne granie sprawia, że całość jest łatwa w odbiorze i po kilku przesłuchaniach zaczyna się nudzić, przez co radość z wyczekiwanej płyty maleje. Nieraz, słuchając tych kompozycji, pomyślałem: „Kurcze, jak oni jadą!”, ale ani razu nie przemknęło mi przez głowę: „O rany, jak oni to wymyślili?” – co do dziś zdarza mi się, gdy słucham „Pork Soda” czy „Brown Album”.
Pomijając to małe rozczarowanie, należy podkreślić, że Primus ciągle ma jaja, choć teraz podane są one na miękko. Jeśli ktoś spodziewał się, że po tylu latach przerwy Claypool i spółka powrócili, gdyż mieli coś nowego do powiedzenia, to będzie zawiedziony i chyba lepiej by było, gdyby ostatnim wydawnictwem grupy pozostała EP-ka z 2003 roku, a na kolejny pełny album fani grupy wciąż czekali. Dla tych natomiast, dla których jest to pierwsze zetknięcie z muzycznym światem Lesa Claypoola i jego załogi (przecież od największych sukcesów grupy wyrosło już całe nowe pokolenie słuchaczy), „Green Naugahyde” może być awangardową petardą. Niestety, świadczy to o miałkości całej dzisiejszej sceny rockowej i potwierdza tezę Lesa: „Everything is made in China”. Również w odniesieniu do jego Primusa.
koniec
22 listopada 2011

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Co stanie się „nazajutrz”?
Sebastian Chosiński

27 I 2022

Jeśli nie jesteście zaprzysięgłymi wielbicielami psychodelicznego stoner-metalu, mogliście ten zespół przegapić. Jeśli tak właśnie się stało, naprawcie ten błąd najszybciej, jak to jest możliwe. Big Scenic Nowhere to amerykański kwartet (plus goście spoza USA), który wydał właśnie swój drugi album – „The Long Morrow”. Tytułowa suita zaś to dzieło naprawdę wielkiego formatu!

więcej »

Jesienny spacer po parku
Sebastian Chosiński

25 I 2022

Jak na razie, muzykom duńskiego tria Little North udaje się zachować godną podziwu regularność. Kolejne płyty wydają bowiem w odstępach… jedenastomiesięcznych. Najnowsza – zatytułowana „Familiar Places” – uraduje na pewno wszystkich wielbicieli klasycznego nordic-jazzu spod znaku E.S.T. i Jana Garbarka. Tylko patrzeć, jak po kopenhaski zespół wyciągnie swoje ręce monachijska wytwórnia ECM Records.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Moc i eMOCje
Sebastian Chosiński

20 I 2022

Nie zawsze takie marzenia spełniają się. Historia norweskiego kwintetu Bear Brother udowadnia jednak, że warto marzyć. Na swój pierwszy ważny koncert zaprosili do współpracy szwedzkiego puzonistę Matsa Äleklinta, który nie tylko, że im nie odmówił, to na dodatek obiecał dalszą współpracę. Czego efektem stał się doskonały freejazzowy album „Played Freely with Power and Emotion”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

Anioły są na ziemi. Diabły też
— Jakub Stępień

Fanom – fani
— Jakub Stępień

Jeszcze jedno muzyczne podsumowanie 2011
— Jakub Stępień

Ta Nosowska
— Jakub Stępień

…a będzie coraz lepiej
— Jakub Stępień

Wieści z wariatkowa
— Jakub Stępień

Mgiełki (z) Dzikiego Zachodu
— Jakub Stępień

Wycinanki i wyklejanki
— Jakub Stępień

Niektóre rzeczy się nie zmieniają
— Jakub Stępień

Czymkolwiek ludzie mówią, że są, tym oni nie są
— Jakub Stępień

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.