Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Drugi kwartał 2010
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 2 3
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Michał Perzyna [80%]
Mosqitoo to formacja nienowa, bo powstała już w 2002 roku. Duet, w skład którego wchodzą wokalistka i autorka tekstów Monika Głębiewicz, a także kompozytor i producent Rafał Malicki, przez kilka ostatnich lat gościł co prawda na polskiej scenie (i to raczej tej popularnej), ale znajdował się w cieniu kilku innych ekip. „Synthlove” to trzecia w jego dorobku płyta, będąca dowodem na to, że i nad Wisłą można nagrać naprawdę dobry krążek zawierający pokaźną dawkę pulsującego electro. Jak sama nazwa wydawnictwa sugeruje, całość brzmień krąży w stylistyce synthpopu, z dużymi odchyleniami w stronę zarówno lekkiego disco, house i popu (często z wyczuwalnym zwrotem w kierunku lat 80.), a motywem przewodnim jest naturalnie miłość. Najważniejsze, że wszystko wyprodukowane jest w taki sposób, że ciężko znaleźć punkt zaczepienia do krytyki i wytykania czegokolwiek – przez komplet jedenastu kawałków przepływa się swobodnie, a krążek może być dla wielu innych muzyków przykładem spójności. Co najmniej niezłym trzeba też określić wokal Moniki, aczkolwiek nie da się ukryć, że odgrywa on na „Synthlove” drugoplanową rolę, co bynajmniej nie stanowi zarzutu. Wręcz przeciwnie: głos artystki świetnie wkomponowany w klubowe brzmienia dopełnia dzieła i jest uzupełnieniem błogiego, kołyszącego klimatu, którego uzyskanie jest największym osiągnięciem duetu. Mosqitoo zasłużyło na naprawdę wielkie brawa, a słuchacze na więcej utworów o jakości „Colour Is Blue” i „Getting Closer”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jakub Stępień [60%]
The National z płyty na płytę ewoluują, małymi kroczkami dodając kolejne elementy do swojej indierockowej układanki. Klimaty znane z albumów Joy Division, the Cure, REM czy Tindersticks, adoptowane przez kapelę na poprzednich krążkach, wypełniają także najnowszy „High Violet”. Szerokie instrumentarium doskonale urozmaica melancholijne, lecz pozbawione banału kompozycje. Smyczki i dęciaki tworzą tło dla głębokich dźwięków basu i perkusji, gitarowych zagrywek czasem schowanych, czasem wysuwających się na plan pierwszy. Nad tą spójną mozaiką dźwiękową i bogactwem brzmieniowym oraz aranżacyjnym króluje oczywiście głos Matta Berningera. Bohater tekstów lidera – niegdysiejszy buntownik zdający się w końcu godzić z życiową porażką i serią spotykających go zawodów, pasuje do smutnej i przejmującej muzyki zawartej na „High Violet”. Dzięki dźwiękowo-literackiej zgodności krążek potrafi wciągnąć słuchacza i pochłonąć mu kilka wieczorów, lecz niestety brak mu czegoś, co zostałoby na dłużej, i po jakimś czasie chęci by do niego wracać mijają.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Mieszko B. Wandowicz [90%]
Kiedy cztery lata temu Newsom wydała „Ys”, wielu oniemiało. Czarujący, dziewczęcy głos młodej kompozytorki tłumaczył w nieprzyzwoicie długim utworze, przy akompaniamencie harfy i orkiestry, że meteor to tylko świetlista smuga przecinająca niebo, a meteoroid – skalny okruch przemierzający przestworza. Było w tym – jak i w pozostałych numerach – coś niesamowitego. I mimo że album został zmieszany z błotem przez niejednego krytyka, zasłużenie pojawia się dziś w większości zestawień najważniejszych płyt XXI wieku. Świeży krążek jest więc wydarzeniem, do którego wypada się odnieść. A zatem: po pierwsze, wbrew plotkom, nowy album Joanny Newsom nie jest za długi, chociaż zawiera trzy dyski. (Zwłaszcza że rozmieszczenie utworów – czasowo zmieściłyby się na dwu nośnikach – sugeruje, by słuchać kompaktów osobno). Po drugie, nie jest kopią dokonań Kate Bush, mimo iż to jak dotąd najbliższe dokonaniom Brytyjki dzieło utalentowanej harfistki. Po trzecie wreszcie, „Have One on Me” nie sprawia wrażenia materiału wymuszonego. Stylistycznie lokuje się gdzieś między „Ys” a „The Milk-Eyed Mender” – jest znacznie mniej awangardowe i bardziej przystępne niż poprzedni długograj, ale zachowuje jego monumentalność. Niekiedy zresztą Newsom uśmiecha się do słuchaczy, cytując charakterystyczne zagrania z „Ys”. Mniej jest tu harfy, mniej klasycznych inspiracyj, więcej jazzu, a może i rocka progresywnego – tak, w sumie trochę przearanżowane, mogłoby być „Have One on Me” wybitnym albumem z lat 70. To krążki bardziej niż poprzednie nagranie zróżnicowane klimatycznie, ale równiejsze, trochę mniej oryginalne, ale dojrzalsze, choć najlepsze momenty nie dorównują najlepszym z „Ys”. Szkoda tylko, że wraz z tą dojrzałością stracił głos Newsom trochę swojej dziewczęcości, a z nią – uroku. Nadal wszakże tworzy panna Joanna muzykę po prostu – banalnie – przepiękną. Znakomity album wyjątkowej artystki.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jacek Walewski [60%]
Kiedy ma się w składzie muzyków Zu czy The Thing, można zaszaleć. Panowie Massimo Pupillo, Paal Nilssen-Love i Terrie Ex postanowili pójść na całość i w swoim pobocznym zespole nie pisać zwykłych utworów. Każdy ich występ na żywo to ponoć zupełnie nowe, freejazzowe improwizacje. Czy to prawda, sprawdzą zapewne tylko jeżdżące za zespołem groupies albo zapaleni bootlegowicze. „Slap & Tickle” to zapis koncertu, który grupa dała na norweskim Kongsberg Jazzfestival. Dwa długie umieszczone na płycie numery to rzecz ciężkostrawna i przeznaczona dla koneserów gatunku. Czasami ma się wrażenie, że muzycy trochę przesadzają z wyżywaniem się na swoich instrumentach. Co jednak począć? Adrenalina w czasie występu buzuje! Posłuchać warto. Szczególnie w celu przygotowania się na występ grupy na tegorocznym Avant Art Festival.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Mieszko B. Wandowicz [60%]
Podstawowa stylistyczna różnica między trzecią płytą Red Sparowes a poprzednimi nagraniami polega na tym, że poszczególne utwory zamiast trzydziestoma, nazwane są średnio trzema słowami. To spory zawód – gargantuiczne tytuły stanowiły charakterystyczny dodatek do masywnych postrockowych kompozycyj grupy. Jeśli porzucić drwiny, zostanie album, który z postępem ma niewiele wspólnego – bo trudno takowym nazwać stworzenie krążka nieco może lżejszego niż wcześniejsze. I bardziej rozlazłego. „The Fear is Excruciating, But Therein Lies the Answer” to 40 minut muzyki, mogącej sprawić przyjemność entuzjastom nurtu, w którym dziś bardziej od oryginalności liczy się nastrój, w jaki wprowadzać mają przestrzenne, instrumentalne utwory; muzyki nadal zręcznie zrobionej i świetnie sprawdzającej się jako tło do pracy, ale nijak nie wciągającej. Ot, trochę przyjemnego mogwajowania i floydowania.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Piotr „Pi” Gołębiewski [60%]
Szwedzcy militaryści powracają z nową płytą. Jak zwykle skupiają się na niej na wydarzeniach związanych z II wojną światową. Mamy więc opisane losy bitwy o Midway („Midway”), bitwy o Anglię („Aces in Exile”), wojny grecko-włoskiej („Coat of Arms”), amerykańskiej 101 Dywizji Spadochronowej zrzuconej w 1944 roku w Belgii („Screaming Eagles”), norweskiego oddziału, który wysadził w powietrze niemiecką fabrykę ciężkiej wody, potrzebnej do stworzenia bomby atomowej („Saboteur”), i fińskiego snajpera nazywanego przez Rosjan „Białą Śmiercią” („White Death”). Interesującymi utworami są „Wehrmacht”, będący hołdem dla wojskowego profesjonalizmu niemieckiego, i „The Final Solution”, opowiadający o holokauście. Na szczęście muzycy nie starają się być na siłę kontrowersyjni, nie ma więc mowy o gloryfikacji nazizmu itp. Dla nas najważniejszym kawałkiem jest „Uprising”, odnoszący się do wydarzeń związanych z powstaniem warszawskim. To już drugie po „40:1” nawiązanie Sabatonu do polskiej historii. Pod względem muzycznym na „Coat of Arms” nie mamy do czynienia ze specjalną rewolucją w stylu grupy. Wciąż jest to podniosły i energetyczny power metal, nieodbiegający jednak daleko od ogólnie przyjętych standardów. Miłośnicy będą zachwyceni, przeciwnicy zdegustowani, a wszystkim chciałbym przypomnieć, że mimo wszystko twórczości Sabaton nie należy brać śmiertelnie poważnie, czego dowodem jest metalowy hymn zamykający krążek „Metal Ripper”, którego wersy składają się ze zlepków metalowych standardów.
Jacek Walewski [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
W sumie to, co grają, zdefiniowali już w tytule swojego piątego albumu. To jednak duże uproszczenie. Na „Blackjazz” ekscentryczni członkowie Shining połączyli ze sobą elementy jazzu, black metalu, muzyki elektronicznej oraz wariacje na temat twórczości King Crimson i Mike’a Pattona. Tym samym nagrali swoje opus magnum, a także jedną z najlepszych płyt w tym roku.

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jakub Stępień [50%]
Na drugim w swoim dorobku albumie muzycy dali upust pomysłom, które na debiucie były lekko zaintonowane. „Hidden” to wyprawa w świat ciężkich, monotonnych bębnów, orkiestrowych brzmień i mrocznych dźwięków. Całość jest monumentalna, a poszczególne kawałki pełne patosu. To płyta, która może zachwycić, wciągnąć słuchacza i zniewolić, niestety może także przytłoczyć, zniechęcić i spowodować, że na dźwięk nazwy These New Puritans będzie uciekał gdzie przysłowiowy pieprz zasiany. Afrykańskie rytmy, dziecięcy chór, syntezatory, wprawiające całe otoczenie w drżenie dęte basy i nawet jazzowy fortepian znalazły swoje miejsce na tym krążku. Przerost formy nad treścią czy przebłysk geniuszu? Można się spierać, gdyż to bardzo trudna w ocenie rzecz. Warto posłuchać i mieć na ten temat własne zdanie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jakub Stępień [60%]
Nowe dzieło James Lavelle to jedno z bardziej oczekiwanych wydarzeń muzycznych ostatnich trzech miesięcy, mimo że najlepsza rzecz jaka ukazała się pod tym szyldem to wydany 12 lat temu debiut a i poziomu jaki prezentował drugi album nie udało się już nigdy później przeskoczyć. Na szczęście trochę się na „Where Did the Night Fall” dzieje, mamy triphopowe klimaty, rockową energię, nowofalowe transy, orientalne motywy i wpadające w ucho melodie. I mogłaby to być najlepsza od kilku lat płyta UNKLE, z dobrze wyważonymi proporcjami między popowymi zapędami znanymi z „Never, Never, Land” a bardziej awangardowym podejściem do kompozycji i muzycznymi eksperymentami, lecz niestety niepozbawiona jest momentów nużących, niepotrzebnie osłabiających całość, a co ważniejsze – ta stylistyczna mozaika nie posiada żadnego motywu przewodniego: konkretnego spoiwa, które mogłoby pozwolić słuchaczowi zanurzyć się w tych utworach na dłużej.
koniec
« 1 2 3
27 lipca 2010

Komentarze

27 VII 2010   22:38:44

"Before Today" - faktycznie rewelacyjna! Słyszałem jeszcze takie określenia "hypnagogic rock" (które kazały mi się tylko krzywo uśmiechnąć) ale jak zwał, tak zwał, a muzyka dobra na wszystko: i do odpłynięcia ciemną nocą, i w 40-stopniowym upale w zatłoczonym autobusie (solówka w Butt-House Blondies - oh yeah!). Czy płyta roku? Nie wiem. Ale zaskoczenie roku na pewno.

27 VII 2010   23:55:20

Dzięki Michał za Kyte. Nie znałem, a dobre:)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Kiedyś tutaj (znów) będziemy
— Przemysław Pietruszewski

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Ministerialny blask awangardy
— Sebastian Chosiński

Najdłuższy utwór w archiwum
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tu miejsce na labirynt…: No mercy!
— Sebastian Chosiński

Kolorowy eklektyzm
— Dawid Josz

Powtórka z rozrywki
— Bartosz Polak

Aż po grób
— Przemysław Pietruszewski

Pot i Kreff – Made in Poland: Nagranie nie tylko do celów domowych
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Kazik grać, k… mać!!!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Jest nowy Kult. Hura?
— Jakub Stępień

Archiwum stanów depresyjnych
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż autora

Po komiks marsz: Grudzień 2021
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Marcin Knyszyński, Marcin Osuch

Przygoda, humor i oldschool
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stulecie Stanisława Lema: Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

Ach, ta Cicca!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stulecie Stanisława Lema: O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

Starzeć się z godnością
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tradycja i postmodernizm
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Po komiks marsz: Listopad 2021
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Sławomir Grabowski, Marcin Knyszyński, Marcin Osuch

Poznajmy ich jeszcze raz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

12 najbardziej szokujących morderstw Michaela Myersa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.