Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 sierpnia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Pink Floyd
‹The Endless River›

WASZ EKSTRAKT:
60,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Endless River
Wykonawca / KompozytorPink Floyd
Data wydania10 listopada 2014
Wydawca Columbia Records
NośnikCD
Czas trwania52:47
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Things Left Unsaid4:26
2) It’s What We Do6:15
3) Ebb and Flow1:52
4) Sum4:50
5) Skins2:32
6) Unsung1:06
7) Anisina3:10
8) The Lost Art of Conversation1:43
9) On Noodle Street1:42
10) Night Light1:42
11) Allons-y [1]1:56
12) Autumn’681:37
13) Allons-y [2]1:35
14) Talkin’ Hawkin3:26
15) Calling3:38
16) Eyes to Pearls1:52
17) Surfacing2:47
18) Louder Than Words6:25
Wyszukaj / Kup

Pink Floyd w XXI wieku: Wchodząc do tej samej rzeki

Esensja.pl
Esensja.pl
W XXI wieku zespół Pink Floyd praktycznie przestał istnieć. Panowie jeśli już nagrywali, to raczej na swój rachunek, a o koncertach mowy być nie mogło. Niemniej fani niemal co roku są uszczęśliwiani kolejnymi albumami sygnowanymi nazwą formacji. Na przykład „The Endless River” z 2014 roku.

Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pink Floyd w XXI wieku: Wchodząc do tej samej rzeki

W XXI wieku zespół Pink Floyd praktycznie przestał istnieć. Panowie jeśli już nagrywali, to raczej na swój rachunek, a o koncertach mowy być nie mogło. Niemniej fani niemal co roku są uszczęśliwiani kolejnymi albumami sygnowanymi nazwą formacji. Na przykład „The Endless River” z 2014 roku.

Pink Floyd
‹The Endless River›

WASZ EKSTRAKT:
60,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Endless River
Wykonawca / KompozytorPink Floyd
Data wydania10 listopada 2014
Wydawca Columbia Records
NośnikCD
Czas trwania52:47
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Things Left Unsaid4:26
2) It’s What We Do6:15
3) Ebb and Flow1:52
4) Sum4:50
5) Skins2:32
6) Unsung1:06
7) Anisina3:10
8) The Lost Art of Conversation1:43
9) On Noodle Street1:42
10) Night Light1:42
11) Allons-y [1]1:56
12) Autumn’681:37
13) Allons-y [2]1:35
14) Talkin’ Hawkin3:26
15) Calling3:38
16) Eyes to Pearls1:52
17) Surfacing2:47
18) Louder Than Words6:25
Wyszukaj / Kup
O tym, że podczas pracy nad krążkiem „The Division Bell” z 1994 roku, trzem ówczesnym członkom Pink Floyd pracowało się bardzo dobrze, mówili wielokrotnie. Słychać to także w muzyce. Powróciła magia wspólnego grania w studio i jamów, z których wyłaniały się poszczególne kompozycje. Nick Mason po premierze albumu mówił, że powstało wówczas tak dużo materiału, że zastanawiają się nad jego opublikowaniem jako osobnego wydawnictwa. Podawał nawet tytuł, pod którym miało się ono ukazać, a mianowicie „The Big Spliff”.
Lata jednak mijały, zespół nie koncertował, a panowie skupili się na swoich projektach. Sprawa wydawała się więc zamknięta. Choć występ na Live 8 rozpalił na moment wyobraźnię fanów, szybko okazał się on jednorazowym zrywem. Kiedy w 2008 roku zmarł Richard Wright, David Gilmour publicznie oświadczył, że bez jego charakterystycznej gry na organach Pink Floyd nie może istnieć, co ucinało wszelkie spekulacje na temat ewentualnej reaktywacji.
Dlatego lakoniczna informacja opublikowana 5 lipca 2014 r. przez Polly Samson, żonę gitarzysty, o tym, że nagrywana jest nowa płyta, mająca nosić tytuł „The Endless River”, wywołała niemałe poruszenie. Fani pytali: co, gdzie, jak, a przede wszystkim, czy usłyszymy na niej Rogera Watersa. Szybko okazało się, że nie. Będzie za to gra Ricka Wrighta.
Wszystko zaczęło się w 2012 roku, kiedy to Gilmour i Mason postanowili ponownie przesłuchać pozostałości z sesji do „The Division Bell”. A było tego trochę, ponieważ z jamów z lat 1993 – 1994 pozostało około dwudziestu godzin materiału, z którym można było coś zrobić. Panowie uznali, że wkład Wrighta w tamtą sesję był tak duży i istotny, że nie można tego tak zostawić. Zapadła więc decyzja o skompletowaniu z tych fragmentów ostatniej płyty Pink Floyd, będącej hołdem dla zmarłego klawiszowca.
Nie oznacza to jednak, że praca w studio odbyła się bez problemów. Był moment, kiedy Mason i Gilmour dotarli do ściany, nie mając pomysłu na sklejenie pourywanych motywów w jedną całość. Po sześciu tygodniach spędzonych na barce Astoria, gdzie gitarzysta sporządził prywatne studio nagrań, pomimo wsparcia producentów Andy’ego Jacksona i Phila Manzanery, okazało się, że potrzebna jest pomoc. Ta pojawiła się w osobie znanego z Killing Joke Martina „Youth” Glovera. Po tym, jak zaprezentował swoją wizję całości, nagrania ruszyły pełną parą. Zarządził bowiem dogrywki instrumentów oraz żeńskich wokali, a całości nadał niezwykłe, przestrzenne brzmienie.
To, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem 10 listopada 2014 roku. Po dwudziestu latach od ukazania się „The Division Bell”, Pink Floyd mógł pochwalić się nową płytą studyjną. Otrzymała tytuł „The Endless River”, od zwrotu wieńczącego ostatnią zwrotkę „High Hopes”, który to utwór zamykał poprzedni krążek. Jak łatwo się domyślić, natychmiast podbiła rynki muzyczne na całym świecie, choć nie zabrakło głosów krytyki. Zarzucano jej, że nie wnosi nic nowego do wizerunku grupy i stanowi odcinanie kuponów od sławy.
Ja się z takimi opiniami nie zgadzam. Po pierwsze bardzo się cieszę, że znów można było usłyszeć dobrze znajome dźwięki, a po drugie, takie przecież było założenie. Gilmour i Mason nie stworzyli materiału od podstaw, tylko wykorzystali to, co nie zmieściło się na „The Division Bell”. W efekcie otrzymaliśmy materiał przede wszystkim instrumentalny, nacechowany ambientową ulotnością i choć nie tak przebojowy, jak inne dokonania Floydów, to jednak równie wciągający. Trzeba mu tylko poświęcić więcej uwagi.
Całość to cztery dłuższe bloki, składające się z krótszych utworów, powiązanych ze sobą i gładko przechodzących jeden w drugi. Głównie to pasaże o pastelowym charakterze, co nie znaczy, że brakuje w nich życia, czy pięknych dźwięków. Najważniejszą rzeczą jest jednak to, że czuć, iż mamy do czynienia z pracą zespołową. Każdy z członków zespołu dostał trochę czasu dla siebie, choć wydaje się, że najważniejszymi osobami są Gilmour i Wright. Ten pierwszy jest niemal cały czas obecny, jeśli nie na pierwszym planie, to gdzieś z tyłu, dorzucając leniwe gitarowe frazy. Klawiszowiec natomiast miał sporo pomysłów, które pomysłowo wykorzystano w czasie produkcji. A już absolutnym mistrzostwem i jednocześnie jednym z najpiękniejszych momentów albumu jest fragment zatytułowany „Autumn ’68”, w którym wykorzystano partię Ricka Wrighta z 1968 roku, zagraną na organach piszczałkowych. Ciarki na plecach murowane.
Nie oznacza to, że Nick Mason nie jest obecny w tych kompozycjach. Jego charakterystycznej gry nie da się podrobić i momentami można się uśmiechnąć do siebie, kiedy sięga po swoje ulubione patenty. A już prawdziwą rewelacją jest „Skins”, w którym serwuje pełne ognia solo perkusyjne. Nie wymiatał tak od czasu, kiedy Floydzi całkiem pożegnali się z psychodelą na początku lat 70.
Choć „The Endless River” to głównie kolaże instrumentalne, materiał zamyka normalna piosenka „Louder Than Words”. Nie jest to może szczytowe osiągnięcie zespołu, niemniej posiada sporo uroku. Jest miejsce dla podniosłego refrenu i sola gitarowego, na które czekali wszyscy miłośnicy zespołu. Do tego dochodzi poetycki tekst autorstwa Polly Samson, idealnie podsumowujący całe przedsięwzięcie. Co ciekawe, początkowa partia gitary może kojarzyć się z „Each Small Candle” Rogera Watersa, ale to raczej przypadek, niż celowy zabieg.
Jestem więc gorącym zwolennikiem tej płyty, którą lubię sobie odpalić raz na jakiś czas. Na przykład by uspokoić zszargane nerwy, stojąc w rozgrzanym samochodzie w niekończącym się korku. Niemniej przestrzenne brzmienie i cała masa dźwiękowych smaczków, sprawia, że te kompozycje rewelacyjnie sprawdzają się także do kontemplacji w słuchawkach z zamkniętymi oczami. I jeśli już czegoś miałbym się czepiać, to okładki z mężczyzną płynącym łódką po morzu chmur. Wieloletni współpracownik zespołu Storm Thorgerson zmarł w 2013 roku i tym razem Floydzi musieli poszukać kogoś w jego miejsce. Tym kimś okazał się egipski artysta Ahmed Emad Eldin. Niestety wydaje mi się, że nie był to trafny wybór. Jego praca jest nachalnie oczywista i zbyt „gładka” formalnie, przez co nie wypada równie intrygująco, co inne okładki zespołu.
Warto dodać, że krążek ukazał się także w wersji kolekcjonerskiej, wzbogaconej o kartonowe pudełko, zawierające, poza materiałem podstawowym, 24-stronicową książeczkę w twardej oprawie z wcześniej niepublikowanymi zdjęciami z sesji nagraniowych w 1993 roku, trzy kolekcjonerskie pocztówki, z czego jedną trójwymiarową, a także DVD z albumem w technologii 5.1 Surround (Dolby Digital i DTS), plus wersję stereo w technologii 48kHz /24 bit oraz sześć wideoklipów i trzy numery w wersjach audio, nigdzie indziej niedostępne.
„The Endless River” nie jest pozycją, od której polecałbym zapoznawanie się z twórczością Pink Floyd. To raczej zabawa dla zaawansowanych, którzy będą potrafili docenić wewnętrzną harmonię, jaka towarzyszyła muzykom w czasie nagrań. Gilmour i Mason nie musieli sięgać po ten materiał. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, wystarczyłoby im to, co zarobili na reedycjach ich dotychczasowych albumów. Chcieli jednak ocalić od zapomnienia chwile, które były dla nich istotne, kiedy po raz ostatni mogli poczuć się prawdziwym zespołem. I chwała im za to.
Dla laików: * * * /5
Dla koneserów: * * * * * /5
koniec
15 czerwca 2022

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Subtelny ornament krewnego z prowincji
Sebastian Chosiński

13 VIII 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj drugi album Terjego Rypdala nagrany w ramach projektu The Chasers.

więcej »

Pink Floyd w XXI wieku: Wczesne kiełkowanie
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 VIII 2022

W XXI wieku zespół Pink Floyd praktycznie przestał istnieć. Panowie jeśli już nagrywali, to raczej na swój rachunek, a o koncertach mowy być nie mogło. Niemniej fani niemal co roku są uszczęśliwiani kolejnymi albumami sygnowanymi nazwą zespołu. Na przykład opublikowanym osobno fragmentem boksu „The Early Years 1965-1972” pod tytułem „1968: Germin/ation” z 2017 roku.

więcej »

Non omnis moriar: U boku Terjego na jazzowe salony…
Sebastian Chosiński

6 VIII 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy (z trzech) album Terjego Rypdala nagrany w ramach projektu The Chasers.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

50 najlepszych płyt 2014
— Esensja

Prezenty świąteczne 2014: Mikołaju, zapodawaj muzę!
— Jacek Walewski, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Po płytę marsz: Listopad 2014
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z tego cyklu

Wczesne kiełkowanie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Najwcześniejsze z wczesnych
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Programowe uczucie niedosytu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rysa na murze
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wyjść poza oczekiwania
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ich pierwszy rhythm’n’blues
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Oko z monitora wciąż patrzy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zderzenie ze ścianą
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szkoda, że nieco chaotycznie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

TEN album na to zasługiwał
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż twórcy

Pot i Kreff – Oni czasem wracają: Szkoda, że ich tu nie ma
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż autora

Komiksowe Top 10: Lipiec 2022
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dziecko, które pamiętało gwiazdy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Po komiks marsz: Sierpień 2022
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Marcin Knyszyński, Marcin Osuch

Świat Ultimate jest już zmęczony
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Drobna usterka w maszynce
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tygielek, nie tygiel
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gdzie są „Yansy” z tamtych lat?
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Komiksowe Top 10: Czerwiec 2022
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Znajomość serialu nie jest niezbędna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szefowa z piekła rodem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.