Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 czerwca 2022
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Mortka
‹Świt po bitwie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułŚwit po bitwie
Data wydania5 lipca 2007
Autor
Wydawca RUNA
CyklTrylogia Nordycka
ISBN978-83-89595-34-8
Format368s. 125×185mm
Cena29,50
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Świt po bitwie

Esensja.pl
Esensja.pl
Marcin Mortka
1 2 »
Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Marcina Mortki „Świt po bitwie”. Objęta patronatem Esensji książka ukaże się nakładem Agencji Wydawniczej RUNA.

Marcin Mortka

Świt po bitwie

Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Marcina Mortki „Świt po bitwie”. Objęta patronatem Esensji książka ukaże się nakładem Agencji Wydawniczej RUNA.

Marcin Mortka
‹Świt po bitwie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułŚwit po bitwie
Data wydania5 lipca 2007
Autor
Wydawca RUNA
CyklTrylogia Nordycka
ISBN978-83-89595-34-8
Format368s. 125×185mm
Cena29,50
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
• • •
Tej nocy twierdza znów milczała, jak od wielu, wielu tygodni. Fale rzeki pluskały cicho, jakby zuchwałe na ogół niksy obawiały się pląsać przy domostwie morskich zbójców, a sine smugi mgły, ciągnące się wzdłuż brzegów, pochłaniały wszelkie hałasy nocy. Ani blade gwiazdy, ani wąski rożek księżyca nie rozświetlały ciemności grodu, na wałach nie płonęły też żadne pochodnie. Jedynie w wąskich oknach krótkiej halli przytulonej do wieżycy oraz kilku budynków gospodarczych migotało światło, równie niespokojne jak prowadzone w środku rozmowy.
Ég er kalt – wymruczał stary Gunnulf i naciągnął niedźwiedzią skórę na ramiona, wciąż szerokie mimo sędziwego wieku.
Upił łyk mocnego piwa z rogu, po czym powiódł półprzytomnym spojrzeniem po reszcie towarzyszy.
Ég er kalt – powtórzył i się wzdrygnął.
– Dorzucę drew do paleniska, jeśli chcecie, Gunnulfie. – Młody woj o rzadkiej, rudej brodzie i bladoniebieskich oczach podniósł się z ławy.
Okropna, stara blizna ziejąca na jego prawym policzku oraz chłodne, wzgardliwe spojrzenie zdradzały, że jego sercem powodowała duma i gwałtowność. A głos – chropowaty i zgrzytliwy – dopowiadał, że ów mąż nie nawykł do miłosierdzia czy serdeczności.
– Siedź, Gunnar. – Gunnulf machnął sękatą, wykręconą artretyzmem dłonią. – Żaden ogień nie rozgrzeje zimna, które czuję. Żaden ogień nie przegna starości z mych członków. A czuję ją, bracia, z każdym dzionkiem coraz bardziej. Nadchodzi…
– Któż taki? – Gunnar skrzywił się, ale usiadł, posłuszny słowom starca. Jedynie jego oczy, skrzące się niczym gwiazdy na zmarzniętym śniegu, tchnęły lodowatą drwiną.
– Hel – odparł z powagą Gunnulf, tocząc po wszystkich niedowidzącym spojrzeniem. – Bogini śmierci. Bo ona jedyna nie zginęła, bracia. Ona jedyna wciąż czuwa, by zabrać wszystkich posłusznych wierze naszych ojców, aż…
Ég hef fengið nóg! – ryknął nieoczekiwanie Gunnar i cisnął kuflem o drewnianą ścianę. Naczynie odbiło się z głuchym stuknięciem od sosnowych bali, przetoczyło po ławie i zamarło przy żarzącym się palenisku. – Odkąd pamiętam, Gunnulfie, gadacie o Ragnarokku i śmierci naszych bogów, a durnotą…
Þegiðu!
Jedno krótkie słowo osadziło zapalczywego młodzieńca w miejscu. Z niechęcią spojrzał ku trzeciemu biesiadnikowi – chudemu mężczyźnie z garbatym nosem, szczupłą, jakby szczurzą twarzą i rzadkimi jasnymi włosami. Jego niezbyt urodziwe oblicze budziło niechęć, lecz prawdziwie odpychał dopiero jego głos, tak zgrzytliwy i nieprzyjemny, że tym, którzy słuchali go po raz pierwszy, przechodziły ciarki po plecach. Człowiek z takim głosem nie musiał krzyczeć, by być słyszanym, obojętnie, czy podczas hucznej uczty, czy też w zgiełku bitewnym. Choćby mówił w niezrozumiałym języku, jego słowa przejmowały niepokojem i przeganiały spokój z serc słuchających. Nic więc dziwnego, że wszędy słynął jako wielki skald i znawca runów.
Þegiðu, Gunnar – powtórzył dobitnie jasnowłosy. – Nie będziesz starszym a mądrzejszym ubliżał, kpie, choćbyś tu przywlókł za pysk i samego Fenrisa.
– Fenris ubity. – Gunnulf wykrzywił wargi i przymknął niedowidzące oczy. – Usieczon, jak przepowiedziane było. Wszyscy bogowie martwi, ich ciała rozwłóczone, okrutnymi ciosy porąbane. Nie dziwota, że nikt ofiar nie przyjmuje, nikt modlitw nie słucha… Wszyscy pomarli, powiadam wam – powtórzył starzec i zacisnął żylaste dłonie. – Pomarli, zadeptani przez olbrzymy, pochłonięci płomieniami Surta. Na nic obiaty, na nic modły i śpiewy, wszystko to jeno czcze gesty. Czcze, powiadam wam…
Gunnar potrząsnął płową czupryną i z szyderczym uśmiechem spojrzał na kapłana. Jednocześnie sięgnął po miecz, który leżał na ławie obok niego, i zaczął polerować klingę kawałkiem skóry.
Komdu, láttu það eiga sig – syknął. – Dajcie pokój temu gadaniu. Od lat nosaście z Jomsborga nie wyściubili, chłód kurhanu z wolna czujecie, tedy myśli ponure was ogarniają. A myśmy w Englandzie obiaty złożyli, to Odyn dał nam zwycięstwo, łupów nie poskąpił…
– Nie Odyn dał wam zwycięstwo, Gunnar, jeno Englandczycy – burknął Snorri i upił łyk piwa, nie patrząc na zapalczywego młodziana. – Toż to ciemięgi i łachudry, miecza ni topora w garści utrzymać niezdolne. Kijem ich rozgonisz kiej barany. Myślisz, coby Jednookiemu chciało się przeciwko takiej zgrai was wspierać?
– Krakanie starej wrony! – warknął Gunnar. – W bebechach mi się przewraca, gdy…
– A mnie się przewraca, kiedy tych twoich przechwałek co wieczór słucham – przerwał mu skald i skrzywił się z niesmakiem. – Chełpisz się swą wyprawą, Gunnar, jak najbrzydsza dziewoja we wsi, co ją ktoś wreszcie wychędożyć raczył. Dumasz, smarku jeden, że cię podziwiać będziemy? Za to, żeś zakaz naszego jarla złamał i parę kościołów spalił i trzy wsie złupił? My, starzy piraci z Jomsborga?
– Juści, że starzy. Pozostało wam ino na stołkach siedzieć, dawne dni wspominać i na wodza czekać, co już szmat czasu temu zaginął i…
– Zawrzyj gębę. – Głos Snorriego zabrzmiał zgrzytliwie niczym zardzewiały miecz przeciągany po stalowym pręcie. – Bo powiesz coś, czego powiedzieć nie chcesz. A Gunnulfa nie lżyj, bo mądrzejszy od siebie, młokosie.
– Mądrzejszy? – Gunnar odłożył miecz i wsparł się obiema dłońmi na ławie, jakby gotował się do skoku na skalda. – Zaliby naprawdę mądry był ten, który służy bogom całe życie, a u jego schyłku trupami ich zwie? Baczcie lepiej, Gunnulfie, by was Thor za bluźnierstwa młotem w łeb pusty nie wyrżnął!
– A czemu jeszcze tego nie uczynił? – odezwał się niespodziewanie czwarty z biesiadników i otworzył oczy, bladoniebieskie i zamglone.
Nerwowym, przypominającym skurcz ruchem zarzucił bujne, rude włosy na ramię i sięgnął po zapomniany kufel z piwem.
– Czemu? – powtórzył i powiódł spojrzeniem po pozostałych biesiadnikach. Na jego przystojnej, lecz tchnącej chłodem twarzy pojawił się wyraz szyderczej kpiny.
Przy ławie zapadła cisza, przerywana jedynie cichym świstem wiatru między belkami halli i pluskiem fali muskającej burty zacumowanych w przystani okrętów. Mało kto miał odwagę rozmawiać z Einarem Zaklętym, szalonym wojownikiem, którego elfy porwały do swej niewidzialnej sadyby, ledwie skończył piętnaście wiosen. Gdy powrócił do świata ludzi, był całkiem odmieniony – co rusz zapadał w zadumę i tkwił w niej długie godziny, obojętny na cały świat. Na jego okrutnej twarzy pojawiał się wówczas rozkojarzony, nieobecny uśmiech, a ludzie szeptali, że ani chybi wspomina cudowne dni wśród elfów. Obchodzili go wówczas szerokim łukiem, gdyż dobrze wiedzieli, że wpadał w obłąkańczą wściekłość za każdym razem, gdy ktoś przerywał jego marzenia. Na jawie również nie był dobrym kompanem. Lata spędzone w niewidzialnej siedzibie elfów całkowicie pozbawiły go ludzkich emocji. Nie potrafił współczuć, żałować ani się cieszyć, a zabijał niczym żmija, bez namysłu, na zimno. Każdy wojownik jomsborskiej drużyny wiedział, że Einara nie wolno prowokować.
Gunnar zapewne również, lecz dzisiaj był zanadto wzburzony, by o tym pamiętać.
– Bo żal mu Mjollnir krwią tego wieprza brukać! – parsknął. – A ty co, Einar? Też stronę tego spasłego moczymordy bierzesz, ty nędzny, odmieniony…
W zmrużonych, niemalże skośnych oczach Einara błysnął szał. Odmieniec wskoczył na ławę, roztrącając naczynia. W jego prawicy znalazł się miecz – w chwili krótkiej jak myśl wziął zamach, aż zahuczało powietrze, i spuścił oręż na głowę Gunnara. Ten, choć zaskoczony, zdążył się zasłonić własnym, który dotąd trzymał na kolanach. Wokół strzelił snop iskier. Jedyną przeszkodą, jaka dzieliła miecz Odmieńca od głowy młodego wojownika, było teraz drżące, trzymane z rozpaczliwym wysiłkiem ostrze.
– Spokój, szaleni! – ryknął Snorri.
Żaden go nie posłuchał, ani Gunnar z nabrzmiałą, wykrzywioną ze strachu i zawziętości twarzą, ani bezlitosny Einar. Odmieniec jedynie wydął wargi, jakby z zainteresowaniem przyglądał się swej przyszłej ofierze.
Ramię Gunnara zadygotało mocniej. Miecz Einara był coraz bliżej jego czaszki.
– Einarze, odłóż miecz! – zgrzytnął Snorri i uniósł rękę, jakby chciał chwycić Zaklętego za ramię, ale się zawahał.
Naraz ostry podmuch wiatru szarpnął płomieniami pochodni, gasząc niektóre.
– Tak, Einarze. Odłóż miecz.
Obcy głos, który rozległ się w nagle pociemniałej halli, ciął niczym bicz. Einar odwrócił głowę ku wejściu, lecz napór jego mięśni na miecz nie osłabł ani odrobinę. Tymczasem na obliczach Snorriego i starego Gunnulfa pojawiła się radość przemieszana z nabożnym szacunkiem.
– Puść, szaleńcze! – wycedził przez zaciśnięte zęby Gunnar.
Choć trzymał swój miecz oburącz, klinga Einara opierała się już niemal o jego czoło.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Seksapokalipsa

W podziemnym kręgu:

Seksapokalipsa
— Marcin Knyszyński

Odwieczna dialektyka
— Marcin Knyszyński

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym
— Marcin Knyszyński

Bulwar Zachodzącego Słońca 2
— Marcin Knyszyński

Borat Dzong-Un z pasem szahida
— Marcin Knyszyński

Rozkład i rozkładówka
— Marcin Knyszyński

Nowoczesny mit
— Marcin Knyszyński

Horror rzeczywistości
— Marcin Knyszyński

Osaczona
— Marcin Knyszyński

Pan życia i śmierci
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Wpadnij do wikingów
— Eryk Remiezowicz

Tegoż twórcy

Krótko o książkach: Pościg, a zarazem ucieczka
— Wojciech Gołąbowski

Krótko o książkach: W kosmos – na złamanie karku!
— Wojciech Gołąbowski

Mała Esensja: Powrót trudny w dwójnasób
— Wojciech Gołąbowski

Mała Esensja: Zdziwniej i zdziwniej
— Wojciech Gołąbowski

Mała Esensja: Perypetie szkolne i ogrodowe
— Marcin Mroziuk

Krótko o książkach: Miasteczko Nonstead
— Jarosław Loretz

Ahoj marynarzu!
— Magdalena Kubasiewicz

Ostrze przeznaczenia
— Beatrycze Nowicka

Grzechot kości
— Beatrycze Nowicka

Nie będzie Wiking pluł nam w twarz
— Michał Foerster

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.