Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Wolski
‹Antybaśnie z 1001 dnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAntybaśnie z 1001 dnia
Data wydania22 marca 2004
Autor
Wydawca superNOWA
ISBN83-7054-162-3
Format336s.
Cena26,50
Gatunekfantastyka, humor / satyra
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Bardzo wielki detektyw

Esensja.pl
Esensja.pl
Marcin Wolski
1 2 »
Prezentujemy opowiadanie Marcina Wolskiego wchodzące w skład zbioru „Antybaśnie z 1001 dnia” przygotowywanego do druku przez wydawnictwo Nowa.

Marcin Wolski

Bardzo wielki detektyw

Prezentujemy opowiadanie Marcina Wolskiego wchodzące w skład zbioru „Antybaśnie z 1001 dnia” przygotowywanego do druku przez wydawnictwo Nowa.

Marcin Wolski
‹Antybaśnie z 1001 dnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAntybaśnie z 1001 dnia
Data wydania22 marca 2004
Autor
Wydawca superNOWA
ISBN83-7054-162-3
Format336s.
Cena26,50
Gatunekfantastyka, humor / satyra
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Rajmund II był, nawet jak na Regenta Amirandy, wyjątkowo kapryśny. Potrafił tego samego dnia rano dać alchemikowi Wiktorynowi z Hubbu nagrodę za wybitne osiągnięcia na polu nauk ścisłych, po południu spalić go na stosie za czary, a wieczorem zlecić rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Jednak poza ową, w końcu dość drobną przywarą, był to, zważywszy na ponurą epokę, w której przyszło mu żyć, władca wyjątkowo oświecony, o umyśle żywym i ruchliwym jak zając w rui; miłośnik sztuk wszelakich, dobrych trunków i pięknych kobiet, co nie dotyczyło czwartków, kiedy naukową ciekawością wiedziony, zwykł „kochać inaczej”. W piątki pościł.
Ciekawość owa skłaniała go do zadawania pytań, na które odpowiedzi nie znał ani dwór, ani senat Akademii Regentsburskiej, ani nawet ojciec Fidelius, pulchny spowiednik monarchy – aliści ten, poza cennikiem pokut (od prostej zdrowaśki aż po pielgrzymkę na klęczkach na szczyt góry z naturalnego szmergla), świata nie widział.
Podnoszone przez Najjaśniejszego Pana kwestie nie były zresztą łatwe do rozstrzygnięcia – Rajmund chciał bowiem wiedzieć, co było wcześniej, jajko czy kura, jak również, ile diabłów zmieści się w uszku igielnym, przez starych Amirandczyków ciągle jeszcze tradycyjnie pizdą nazywanym. Interesowało go, czy wszechświat jest skończony. Kto rozkradł królewszczyzny? I co się stało z pożyczką na cele ministerstwa wojny, której Majestatowi udzielił był bankier Abraham Łapka, a ponieważ nie miano z czego oddać, musiała się władza ze wstrętem, podkreślmy, ze wstrętem, do pogromu uciec, aby chociaż spłatę odsetek prolongować?
Jednak od dłuższego czasu odpowiedzi na te i inne kwestie nie stało, Regent więc kaprysił jeszcze bardziej i pojawiła się nawet obawa, że jak się wkurzy do imętu, może demokrację na złość wszystkim wprowadzić.
Aż pewien zapoznany poeta, dorabiający (w czwartki!) jako halabardnik, podsunął Rajmundowi myśl, aby z któregoś z alternatywnych światów, a są ich miliony (powiadają, że jest ich tyle, co gwiazd na niebie, a może i dwa razy więcej), ściągnąć do Amirandy prywatnego detektywa, który by przynajmniej część spraw wyświetlił.
– A jak nie zechce przybyć, tłumacząc, że jest prywatny?
– To się go upaństwowi – powiedział halabardnik, całując królewską dłoń, a potem całą resztę.
Sprowadzenie detektywa poruczono czasoprzestrzennemu przemytnikowi Azeherowi, który nie takich zajęć się już imał. Ten od razu zastrzegł się jednak, że nie da rady ściągnąć Sherlocka Holmesa, Herkulesa Poirot, Philipa Marlowe’a czy nawet porucznika Borewicza z Lechistanu, albowiem zniknięcie tak znamienitych postaci mogłoby zachwiać podstawami wszechświata.
– To są to postacie rzeczywiste, a nie fikcja literacka?! – wykrzyknął zaskoczony Rajmund.
– Naturalnie, Regentuńciu. Nie ma czegoś takiego jak fikcja. Literatom może się wydawać, iż wymyślają ludzi, zdarzenia, światy. W istocie za pomocą podświadomości kontaktują się z realnie istniejącymi alternatywnymi rzeczywistościami, zresztą dosyć podobnymi do tych, w których żyją, i stamtąd czerpią życiorysy swoich bohaterów, w zarozumialstwie swem dumając, że są ich kreatorami, a nie wyłącznie przekaźnikami.
– A co z grafomanami, twórcami postaci papierowych i fabuł nie trzymających się kupy? – wtrącił się halabardnik. – Przecież takie knoty, jakie klecą, w przyrodzie nie występują.
– Są na to dwie interpretacje, mój ty wąskobiodry przystojniaku: albo ich przekaźnik źle działa i jest, nie obraź się, jak mawiają elektrotechnicy, walnięty, albo są gdzieś po zadupiach Galaktyki pochowane marne światy (nie byłem, nie widziałem), które Panu Bogu, delikatnie mówiąc, nie wyszły. Jednakoż trafić do nich może jedynie mózg niezdolnego, ale pracowitego pismaka.
– Dobra, Azeher, nie teoretyzujcie, lecz sprowadźcie mi tego, jak żeście mówili, detektora – przywołał go do tematu Regent. – Cena nie gra roli.
– Mam coś na oku – na sam zapach trzosa ożywił się przemytnik. – Jest niejaki Arthur Darlington, niewiele młodszy od Holmesa, choć żyjący sto lat później. Nie ustępuje mu pod żadnym względem. Geniusz! W dodatku pozbawiony skłonności do narkotyków, młodych lekarzy i gry na skrzypcach.
– Czemu więc nigdy o nim nie słyszeliśmy?
– Człowiek, który myślał, że go wymyślił, nader zdolny licealista George Stone, utopił się w wieku szesnastu lat po opublikowaniu zaledwie jednego opowiadania o Darlingtonie, na dodatek w gazetce szkolnej. Przypadkowo udając się z transportem bezcennych krwawników do Z-11, owinąłem sobie w tę smakowitą nowelę drugie śniadanie.
* * *
Arthur Darlington z zainteresowaniem przyjął propozycję, która pozwoliłaby mu oderwać się od szpiegowania zdradzanych mężów czy odnajdywania pociech z dobrych domów, które uciekały z luksusowych rezydencji Nowej Anglii, by zanurzyć się w bagnie Manhattanu.
– Biorę stówę za dzień plus koszty – rzekł na wstępie.
– Dostaniecie dwieście za godzinę, a kosztami się nie martwcie – odparł Azeher.
– Dużo mi to czasu może zabrać?
– Umowę zawrzemy bezterminowo…
– A daleko wypadnie jechać?
– Dość daleko.
– Bronx, Queens?
– Dalej.
– Baltimore, Waszyngton?
– Dalej!
– Nie mówcie tylko, że będę musiał lecieć samolotem, albowiem na sam widok jumbo jeta czy concorde’a jeszcze na lotnisku popadam w chorobę lokomocyjną.
– Nie będziecie musieli.
Tu, jak twierdził, dla konspiracji, łeb detektywowi szmatą obwiązał i zawiózł do najbliższej szczeliny czasoprzestrzennej na dachu wieżowca w pobliżu Time Square. Bliżej był wprawdzie jeszcze przesmyk na zapleczu pewnej knajpki w Chinatown na dolnym Manhattanie, ale ostatnim razem właściciel lokalu, uznawszy Azehera za złodzieja, po obezwładnieniu omal nie utopił go w zupce won-ton. Westchnąwszy na widok połyskującej reklamy musicalu Miserables, który nieodmiennie przypominał mu jego trudne dzieciństwo w Babilonie, a może Niniwie (zdążył już zapomnieć), Azeher wybił szybę na dwudziestym piętrze i ustaliwszy precyzyjnie kąt i miejsca wlotu, wziął Darlingtona na barana i na oczach wstrząśniętych sprzątaczek wyskoczył przez okno. I zniknął.
W swoim długim życiu przemytnik wielokroć stykał się z rozmaitymi reakcjami ludzi, którzy wylądowali w alternatywnej rzeczywistości; jedni mdleli, inni – zwłaszcza naukowcy – wpadali w zachwyt, a pewna niewiasta zeszła… na złą drogę. Darlington zaskoczył go absolutnie. Po zdjęciu szmaty z głowy wpierw kichnął, potem rozejrzał się i rzekł:
– Scenograf jest idiotą.
– Co pan powiedział?
– To, co pan usłyszał, ktokolwiek zbudował tę eklektyczną dekorację, jest postmodernistycznym kretynem, w równym stopniu pozbawionym talentu, jak i wiedzy.
– Ale…
– Weźmy tego centaura pasącego się na skraju łączki. Nie przeczę, model czy hologram jest zręcznie animowany, ale do jasnej ciasnej, skąd na jednym końskim podwoziu wzięły się dwa ludzkie tułowia?
– A jeśli to centaurze bliźniaki?
– Idźmy dalej – Arthur zignorował uwagę Azehera. – Ten zameczek na wzgórzu z ciekawym donżonikiem w stylu mudejar mógłby sugerować, że akcja filmu ma się rozgrywać w średniowieczu, natomiast te ślady, pozostawione na ścieżce niewątpliwie przez dinozaura, wskazują na okres jurajski. Bagatela, sto milionów lat różnicy… Pomieszanie z poplątaniem!
– Ależ panie Darlington, my nie jesteśmy w żadnym studiu.
– To gdzie, w lunaparku?
– W alternatywnej rzeczywistości!
– Powiedz to pan własnej cioci. Nie ma żadnych alternatywnych rzeczywistości. I mogę to panu naukowo udowodnić – odparł z pełnym przekonaniem detektyw. – Jeszcze chwila, a zacznie pan bajdurzyć, że ta grupka obszarpanych statystów, zmierzająca ku nam, to autentyczni zbójcy.
– Oni są autentyczni! – zawołał Azeher. – Wiejmy stąd!
Niestety detektyw koniecznie chciał się dowiedzieć, na planie jakiego kiczowatego filmu, godnego Złotej Maliny, się znalazł, wiec ani się spostrzegli, jak byli już otoczeni, noże im w oczy zaświeciły, garłacze w zęby im wetknięto…
– Tylko nie rańcie go, uduście, skręćcie mu kark, wszelako go nie rańcie! Jego krew was zabije! – wrzasnął histerycznie Azeher, w dialekcie ledwo tylko przypominającym angielski.
– A czemuż to? – brodaty herszt w sukni plugawej obrócił ku niemu twarz, której wyraz harmonijnie łączył w sobie łagodność asasyna z tolerancją taliba.
– Dupna śmierć – wyjaśnił przemytnik. – Widzicie jej symbol. – Tu wskazał wpiętą w klapę Arthura odznakę „Zero Tolerancji” otrzymaną kiedyś przez detektywa od samego burmistrza Nowego Jorku. – Takim znakiem piętnują jej nosicieli.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Ruszyć z posad bryłę Amirandy
— Wojciech Gołąbowski

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Czerwiec 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Listopad 2016
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Smoleńsk Fiction, czyli jestem w kropce
— Konrad Wągrowski

Dyzma i postępujący regres
— Konrad Wągrowski

Smoleńsk alternatywny
— Konrad Wągrowski

Wielka Druga Rzeczpospolita
— Miłosz Cybowski

Proszę już bez nimfetek
— Konrad Wągrowski

Powiedzmy diabłu dobranoc
— Konrad Wągrowski

Agentów ci u nas dostatek
— Sebastian Chosiński

Na początku była zdrada
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.