Od czasu jak Egmont przejął wydawanie serii Hugona Pratta, kolejne tomy opowieści o przygodach Corto Maltese pojawiają się w księgarniach bardzo regularnie. Do końca 2019 roku powinny ukazać się wszystkie oryginalne albumy, natomiast w przyszłym – dwie kontynuacje. Na razie jednak możemy cieszyć oko „Młodością” – tomem dziewiątym w kolejności publikacji, ale chronologicznie przedstawiającym wydarzenia najwcześniejsze.
Nie ma takiego miasta, jak London! Jest Mukden
[Hugo Pratt „Corto Maltese #9: Młodość” - recenzja]
Od czasu jak Egmont przejął wydawanie serii Hugona Pratta, kolejne tomy opowieści o przygodach Corto Maltese pojawiają się w księgarniach bardzo regularnie. Do końca 2019 roku powinny ukazać się wszystkie oryginalne albumy, natomiast w przyszłym – dwie kontynuacje. Na razie jednak możemy cieszyć oko „Młodością” – tomem dziewiątym w kolejności publikacji, ale chronologicznie przedstawiającym wydarzenia najwcześniejsze.
Hugo Pratt
‹Corto Maltese #9: Młodość›
Seria „Corto Maltese” to już historia komiksu europejskiego. Ale historia wciąż żywa, bo choć włoski twórca Hugo Pratt tworzył swą serię przed dekadami, do dzisiaj prezentuje się ona nadzwyczaj atrakcyjnie i świeżo. Przez długie lata nie miała jednak w Polsce szczęścia. Pomiędzy rokiem 2004 a 2008 w naszym kraju ukazały się cztery (z dwunastu oryginalnych) albumy – w tym doskonałe „
Ballada o słonym morzu” (1967) i „
Corto Maltese na Syberii” (1974) – a po trzech kolejnych dorzucono jeszcze piąty, czyli „
Złoty Dom w Samarkandzie” (1980). A potem nastąpiło… sześcioletnie milczenie. Na szczęście w 2017 roku za publikację cyklu Pratta wziął się Egmont i od tamtej pory regularnie trafiają do rąk wygłodniałych czytelników kolejne woluminy. Zebranie całej serii – zgodnie z zapowiedzią wydawnictwa – będzie możliwe do grudnia. A potem jeszcze w formie bonusów Egmont ma zamiar dorzucić współczesne kontynuacje cyklu, to jest „Pod słońcem północy” (2015) oraz „Equatorię” (2017) autorstwa Hiszpanów Juana Díaza Canalèsa (scenariusz) i Rubéna Pellejero (rysunki).
„Młodość” – jeszcze z czarno-białymi rysunkami – miała swoją premierę w 1981 roku (od razu po „
Złotym Domu…”), cztery lata później komiks pokolorowano – i właśnie po tę wersję sięgnął Egmont. Czy dobrze, o to akurat można się spierać, ale łatwo zrozumieć, że współczesnemu czytelnikowi mimo wszystko atrakcyjniejsze wydają się opowieści rysunkowe skrzące się barwami. Aczkolwiek w przypadku tego konkretnego dzieła mamy do czynienia z kolorami (za które odpowiadała Patrizia Zanotii) bardzo stonowanymi, dalekimi od tego, do czego przyzwyczaiły nas superbohaterskie serie Marvela czy DC Comics. A z nieco innej beczki… przyzwyczailiśmy się również do tego, że tworząc kolejne tomy Corto Maltese Hugo Pratt nie trzymał się chronologii wydarzeń. Mimo to nieco zaskakuje fakt, że w dziewiątej odsłonie przygód włoskiego awanturnika postanowił opowiedzieć historię najwcześniejszą, z początku XX wieku.
Akcja „Młodości” rozgrywa się w Mandżurii w ostatnich dniach wojny rosyjsko-japońskiej. Jest początek marca 1905 roku, armia carska doznaje upokarzającej klęski (w komiksie symbolizuje ją klęska pod Mukdenem) i powoli zaczyna tracić wpływy na Dalekim Wschodzie (częściowo odzyska je dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej). Wojsko Mikołaja II Romanowa jest zrewoltowane, w tym samym czasie zresztą w europejskiej części kraju trwa krwawo tłumiona rewolucja. Nerwowa atmosfera i niepewność tego, co stanie się z nimi po pójściu do niewoli japońskiej, udziela się żołnierzom rosyjskim. Jeden z nich już po przerwaniu walk strzela do emisariusza strony przeciwnej, w efekcie ma zostać ukarany przez swego kapitana. Nie ma jednak również, co jak najbardziej zrozumiałe, najmniejszej ochoty stanąć przed własnym plutonem egzekucyjnym, zabija więc oficera i przekrada się na drugą stronę barykady. Nie, wcale nie po to, aby zdradzić ojczyznę, chce po prostu, wykorzystując ogólne zamieszanie na linii frontu, przedrzeć się do Portu Artura i stamtąd odpłynąć w świat.
Długa introdukcja może być pewnym zaskoczeniem. Tym bardziej że jej bohaterem nie jest wcale postać tytułowa. Pratt wykorzystuje ją natomiast po to, aby wprowadzić na arenę innego bohatera, bez którego trudno byłoby wyobrazić sobie serię o Corto Maltese – Rasputina. Od tego momentu mamy już pewność, że w końcu zostanie rozwikłana zagadka, w jakich dokładnie okolicznościach doszło do pierwszego spotkania włoskiego awanturnika z jego syberyjskim odpowiednikiem. Z tą jednak zasadniczą różnicą, że o ile Corto Maltese jest figurą ze wszech miar zasługującą na pochwały, o Rasputinie na pewno nie można tego powiedzieć. Jego najpaskudniejsze cechy dają o sobie znać już na początku znajomości obu panów. Chociaż tym razem przynajmniej jednej osobie wychodzi to na dobre. Co ciekawe, w „Młodości” bohater tytułowi serii wcale nie jest pierwszoplanowym. Ba! trudno byłoby go nawet określić mianem drugoplanowego. W tej hierarchii bowiem zdecydowanie wyprzedza go… Jack London. Tak, autor „Zewu krwi”, „Białego Kła” i „Martina Edena” – zgodnie zresztą z faktami historycznymi – pojawia się w tym komiksie.
London – kolejny (tyle że tym razem istniejący w rzeczywistości, bo o komiksowej wersji Rasputina, wymyślonej przez Pratta, nie możemy tego jednak powiedzieć) awanturnik – imał się w swoim życiu wielu zajęć. Gdy został dziennikarzem, wysłano go jako korespondenta wojennego między innymi do Mandżurii. Czy naprawdę popadł w podobne do przedstawionych przez Pratta tarapaty – nie wiem, ale jeżeli Włoch to wymyślił, dobrze się stało, bo ten wątek (obok zdrady Rasputina) jest kołem napędowym fabuły. Fabuły, która nie jest szczególnie skomplikowana. Rozgrywa się w ciągu zaledwie kilku dni i ogranicza w zasadzie do dwóch miejsc: okopów na linii frontu (we wprowadzeniu) i Mukdenu (w dalszej części). W porównaniu z innymi opowieściami trochę brakuje tu rozmachu, jaki cechował chociażby – pokrewne tematycznie – „
Corto Maltese na Syberii” i „
Złoty Dom w Samarkandzie”. Nie oznacza to jednak wcale, że „Młodość” nie zasługuje na uwagę; trzeba tylko pamiętać o tym, iż bohatera tytułowego jest tu tyle, co kot napłakał.
Graficznie nie dostajemy nic ponad to, czego byśmy się nie spodziewali, znając albumy wydane wcześniej. Hugo Pratt był wprawdzie (czy też raczej bywał) świetnym scenarzystą, ale rysownikiem mimo wszystko o klasę słabszym. Dlatego najlepiej w jego dorobku prezentują się te dzieła, za ilustrowanie których odpowiadali inni twórcy, jak chociażby Milo Manara (vide „
Indiańskie lato” i „
El Gaucho”). Jeżeli jednak ktoś zdążył się przyzwyczaić do uproszczonego, szkicowego stylu Włocha (praktycznie bez drugiego planu, bez szczegółów twarzy) – ten narzekał nie będzie. Tym bardziej że po pokolorowaniu rysunki – dosłownie – zyskały na wyrazistości. Podsumowując: „Młodość” to przede wszystkim album, po który powinni sięgnąć wielbiciele cyklu Pratta. Kto się do nich (jeszcze) nie zalicza, a chciałby poznać bliżej twórczość Włocha, na pewno nie powinien zaczynać od tego albumu (mimo że opowiada on historię chronologicznie najwcześniejszą) – może się bowiem niepotrzebnie zrazić. Zwłaszcza jeśli wcześniej słyszał bądź czytał pod jego adresem same peany.
