Fabuła „Konklawe”, czyli trzeciego zbiorczego tomu „Lazarusa”, nie wynika bezpośrednio z wydarzeń przedstawionych w poprzednim albumie, ale odnosi się do tego, co scenarzysta Greg Rucka przedstawił na otwarcie serii. Jeżeli więc jakimś cudem pominęliście „Awans”, nie musicie rwać włosów z głowy. Sięgajcie po jego następcę!
Konklawe bez papieża
[Michael Lark, Greg Rucka „Lazarus #3: Konklawe” - recenzja]
Fabuła „Konklawe”, czyli trzeciego zbiorczego tomu „Lazarusa”, nie wynika bezpośrednio z wydarzeń przedstawionych w poprzednim albumie, ale odnosi się do tego, co scenarzysta Greg Rucka przedstawił na otwarcie serii. Jeżeli więc jakimś cudem pominęliście „Awans”, nie musicie rwać włosów z głowy. Sięgajcie po jego następcę!
Michael Lark, Greg Rucka
‹Lazarus #3: Konklawe›
Trzeci integral „Lazarusa” zbiera pięć kolejnych zeszytów serii (od jedenastego do piętnastego), które pierwotnie ukazywały się od września 2014 do lutego 2015 roku. Fabularnie nie nawiązuje jednak, co może być pewnym zaskoczeniem, do poprzedzającego go „
Awansu”, lecz do otwierającej całość „
Rodziny”. Ale kto wie, może scenarzysta Greg Rucka znajdzie jeszcze dla najważniejszych bohaterów poprzedniej odsłony cyklu, przede wszystkim zaś dla Michaela Barreta i adorowanej przez niego Casey, jakiś „przydział” w kolejnych rozdziałach opowieści. W każdym razie wydaje się to nieprawdopodobne, by potencjał, jaki postaci te niosą ze sobą, miał zostać tak po prostu zmarnowany.
Przypomnijmy zatem pokrótce, w jaki sposób Rucka zwieńczył „Rodzinę”, która poświęcona była głównie przedstawieniu zawiłych relacji panujących wewnątrz rodu Carlyle’ów. Na jego czele stoi nestor rodu Malcolm, którego dziećmi są Bethany, Johanna, Stephen, Jonah oraz będąca zmartwychwstańcem, czyli tak zwanym Łazarzem, Forever. Rodzeństwo pozostaje ze sobą w niemal permanentnym, choć tętniącym podskórnie, konflikcie; największe ambicje przejawia Johanna, której marzy się nawet przejęcie pełnej kontroli nad rodem. W tym celu manipuluje słabym psychicznie Jonahem, który ostatecznie ucieka od ojca, stając się tym samym głównym podejrzanym o zawiązanie spisku, choć w rzeczywistości – o czym dowiadują się jednak tylko czytelnicy – jest w zasadzie kozłem ofiarnym swej siostry. Forever przygląda się rozwojowi sytuacji z pewnego dystansu, jako Łazarz ma bowiem do spełnienia inne zadania, ale rejterada brata i jej nie pozostawia obojętną.
Wstęp do rozpisanego na pięć rozdziałów „Konklawe” („Interludium: Wyizolowanie”) zdradza, co stało się z Jonahem po ucieczce od rodziny. Dostaje się on na terytorium konkurującej z Carlyle’ami rodziny Hocków, której przewodzi stary i schorowany Jakob. Marzy mu się powrót do pełnej sprawności, kiedy więc dowiaduje się o przybyciu syna Malcolma, trudno ukryć mu radość. Carlyle’owie znani są bowiem ze swoich odkryć w dziedzinie genetyki – kto wie, może nawet udało im się odkryć kod długowieczności. Badając Jonaha, naukowcy pozostający na usługach Hocka mogliby go złamać, a następnie wyleczyć Jakoba z typowych dla jego wieku schorzeń. Problem w tym, że takie działanie mogłoby zostać uznane za szpiegostwo przemysłowe, co w tym świecie jest jednym z najcięższych przestępstw, nawet skutkującym wojną. Aby rozstrzygnąć tę kwestię formalnie i zgodnie z obowiązującym prawem, Malcolm Carlyle wnioskuje o zwołanie narady przywódców wszystkich rodzin.
Tytułowe konklawe odbywa się na należącej do rodu Armitage’ów, położonej na Morzu Północnym, platformie Tryton Jeden. Udając się na spotkanie, Malcolm zabiera ze sobą Bethany, Forever oraz dwóch doradców. Celem podstawowym jest rozwiązanie konfliktu i zapobieżenie wojnie, ale patrząc na postępowanie Hocków i Carlyle’ów, można mieć wątpliwości, czy naprawdę im na tym zależy. W każdym razie na pewno nie osiągnięciu porozumienia służy tajne zadanie, jakie Malcolm wydaje swojej córce-zmartwychwstańcowi. Forever już od dłuższego czasu trapią wątpliwości dotyczące jej pochodzenia; są one zresztą umiejętnie podsycane przez wrogów rodziny. Podczas pobytu na Trytonie Jeden dziewczyna stara się rozwikłać nurtującą ją zagadkę, co nie jest zresztą do końca zgodne z oczekiwaniami ojca. Tym bardziej że tym samym jej lojalność wobec Malcolma może ulec zachwianiu.
Greg Rucka poczynił w „Konklawe” wiele starań, aby „uczłowieczyć” Forever. By czytelnik nie widział w niej jedynie narzędzia do zabijania. Temu przede wszystkim służy, zasygnalizowany już w „Rodzinie”, a teraz rozbudowany, wątek miłosny związany ze znajomością Forever z Joacquimem, Łazarzem Morrayów. Nie wypada on, niestety, zbyt przekonująco. Zresztą… jesteście w stanie wyobrazić sobie romantyczny spacer pary zmartwychwstańców korytarzem platformy morskiej? Właśnie! A tak zostało to przedstawione przez scenarzystę. Coraz większym problemem staje się też wizualizacja postaci Forever, która praktycznie przez cały czas – z naprawdę małymi wyjątkami – zdaje się przeżywać straszliwe psychiczne katusze, o czym świadczy nieschodząca z jej twarzy mina zbitego psa. Można odnieść wrażenie, że kobieta w każdej chwili gotowa jest rozpłakać się. Co, biorąc pod uwagę profesję, jaką wykonuje, dziwi niepomiernie. Może jednak w kolejnych odsłonach swej opowieści Rucka znajdzie jakieś sugestywne usprawiedliwienie dla jej mazgajenia.
O ile od strony fabularnej „Konklawe” wypada nieco słabiej od wcześniejszych części serii, o tyle graficznie wciąż utrzymuje wysoki poziom (choć i tu pojawiają się pewne zastrzeżenia), co jest oczywiście zasługą Michaela Larka (który wcześniej współpracował z Gregiem Rucką między innymi przy serii „
Gotham Central”) oraz tym razem wspomagającego go okazjonalnie Tylera Bassa. Lark nawiązuje w swoich rysunkach do realistycznego stylu święcącego triumfy w latach 80. XX wieku, który w tej postapokaliptyczno-fantastycznonaukowej serii sprawdza się zaskakująco dobrze. Jedyne, co zgrzyta, to rozpisana na kilkanaście plansz, rozegrana w absolutnym milczeniu, nazbyt statyczna scena finałowego pojedynku. Kolejne kadry przypominają zatrzymane w ruchu klatki, brak jest między nimi ciągłości – w tym znaczeniu, że gdyby je dowolnie pomieszać, być może nawet sam autor nie dostrzegłby tej manipulacji.
