W piątym tomie sagi o Lucyferze Mike Carey, wzorując się na Dante Alighierim, funduje swojemu bohaterowi prawdziwy Sajgon. W takich tarapatach, jak w zbiorze zatytułowanym „Inferno”, Władca Piekieł do tej pory bowiem jeszcze nie był. Czy wyjdzie z nich obronną ręką? Na czyją pomoc będzie mógł liczyć? A kto zechce mu wbić nóż w plecy?
Lucyfer w tarapatach
[Mike Carey, Christopher Moeller „Lucyfer #5: Inferno” - recenzja]
W piątym tomie sagi o Lucyferze Mike Carey, wzorując się na Dante Alighierim, funduje swojemu bohaterowi prawdziwy Sajgon. W takich tarapatach, jak w zbiorze zatytułowanym „Inferno”, Władca Piekieł do tej pory bowiem jeszcze nie był. Czy wyjdzie z nich obronną ręką? Na czyją pomoc będzie mógł liczyć? A kto zechce mu wbić nóż w plecy?
Mike Carey, Christopher Moeller
‹Lucyfer #5: Inferno›
Wymyślony przez Neila Gaimana Lucyfer, który jako bohater komiksowy po raz pierwszy pojawił się w serii o „Sandmanie”, dzięki Mike’owi Careyowi szybko stał się niezależnym bytem. Nie bez powodu zdobył na całym świecie tysiące – a może i miliony – zaprzysięgłych fanów. Przed dwoma laty jego sława dotarła również do Polski. Wydane przez Egmont pierwsze tomy sagi – „
Diabeł na progu” (2001), „
Dzieci i potwory” (2001), „
Potępieńcze związki” (2002) oraz „
Boska komedia” (2003) – udowadniały, że słane zewsząd pod adresem scenarzysty pochwały nie były w niczym przesadzone. Misterna fabuła, obfitująca w wątki poboczne, tworzące szerokie – chciałoby się rzec: panoramiczne – tło opowieści i idealnie dopełniające całości obrazu, wreszcie tytułowy bohater, o którym można powiedzieć chyba wszystko oprócz tego, że jest nudny, miałki i przewidywalny – to podstawowe atuty tego komiksu. Każda seria przeżywa jednak swoje wzloty i upadki, nie sposób przez cały czas utrzymywać najwyższy poziom; nawet Carey ma więc pełne prawo do chwilowej zadyszki.
Pierwsze jej symptomy dało się już dostrzec w czwartej odsłonie sagi, która nie tylko tytułem całości, ale i poszczególnych części nawiązywała do nieśmiertelnego dzieła Dantego; piąty tom zaś to jej bezpośrednia kontynuacja. Po wizycie w Raju („Paradiso”) i Czyśćcu („Purgatorio”) Lucyfer zstępuje teraz – nomen omen – do Piekła (czteroczęściowe „Inferno”). Poniekąd pada ofiarą własnego, chyba nazbyt pochopnego, działania. Któż bowiem kazał mu otwierać niezliczoną ilość wrót do nowego Wszechświata, który przejął po śmierci Michała Demiurga, dzięki czemu przeniknęły doń także stworzenia marzące o pokonaniu Niosącego Światło i odebraniu mu władzy? Jednym z nich jest działający na zlecenie Boga, od dawna depczący Gwieździe Zarannej po piętach anioł – choć na pewno nie cechuje go anielski charakter – Amenadiel, wspomagany przez swego krajana Remiela. Obaj planują unicestwienie Lucyfera, a pomóc ma im w tym najwyższy lord Arux, tymczasowo rządzący Piekłem pod nieobecność jego prawowitego władcy.
Tymczasem Niosący Światło, który przygotowuje się do mającego odbyć się w krainie Effrul pojedynku z Amenadielem, stara się odzyskać siły w gościnie u Christophera Rudda, księcia Gly. Ale nawet w jego grodzie nie może czuć się bezpieczny; wszędzie bowiem czyhają na niego zamachowcy, pragnący wykorzystać do własnych celów chwilową słabość Pana Piekieł. Aniołowie też zresztą nie grają fair, przywołując na pomoc Braida – profesjonalnego zabójcę o wyjątkowo nieestetycznej aparycji. Jakby tego było mało, na życie Niosącego Światło dybie jeszcze żądny zemsty japoński bóg Susano, któremu Lucyfer również zdążył dać się we znaki. Ten jednak, zamiast wprost zaatakować swego śmiertelnego wroga, uderza z flanki. Planuje bowiem dostać się do zamku Scoria, Wielkiego Mechanika, któremu udało się diamentowym wiertłem dostać do Umysłu Boga. Na szczęście dla Gwiazdy Zarannej śladem Susano podąża wierna Panu Piekieł demonica Mazikeen, która zrobi wszystko, aby zlikwidować zagrożenie z tej strony.
W odpryskowej opowieści zatytułowanej „Niosąc dary” Mike Carey prezentuje nam zupełnie nową postać serii, pochodzącą z Piekła Zim’et, która znaczniejszą rolę odegra dopiero w przyszłości. Zamykająca piąty tom dwuczęściowa historia „I zostaną osądzeni” fabularnie nawiązuje do tradycji czarnego kryminału. Przywołuje też wątek obecny w sadze od samego początku – śmierci nastoletniej Elaine Belloc. Tym razem tajemnicę tę stara się rozwiązać inspektor Solomon Douip. Szybko okazuje się, że w zasadzie nie jest on tym, za kogo się podaje. A skoro tak, to komu służy? I czy uda mu się w końcu dociec prawdy? Poza rozbudowaną tytułową nowelą Lucyfer ponownie schodzi na plan dalszy, co po raz kolejny prowadzi do tego, że napięcie niebezpiecznie opada. Nieobecności Pana Piekieł, choćby tylko chwilowej, nie są bowiem w stanie (jak się okazuje) zrekompensować inne postaci, nawet cyniczno-ironiczny upadły cherubin Gaudium, który powoli wyrasta na najsympatyczniejszą postać całej serii.
O stronie graficznej albumu nie da się powiedzieć nic nowego. Odpowiadają za nią wciąż ci sami rysownicy: Peter Gross i Ryan Kelly („Inferno”, „I zostaną osądzeni”) oraz Dean Ormston („Niosąc dary”); jedynie w drugiej części opowieści tytułowej pojawia się gościnnie Craig Hamilton. Jego obecność na liście płac w warstwie plastycznej niczego jednak nie zmienia. Oceniając całość piątego tomu, należałoby stwierdzić krótko: Nadal jest dobrze, ale bywało już lepiej!
