Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CCX

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Serenada na trąbkę i sześć strzałów!

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 2

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Serenada na trąbkę i sześć strzałów!

Giraudowi ten rozbrat był wyjątkowo na rękę. To właśnie wtedy powstało jego artystyczne alter-ego, ukierunkowane na gatunek science fiction – „Moebius”, czyli „ktoś inny, ale nadal ten sam”. Znajomość z Alejandro Jodorowskym, współpraca przy „Dunie”, czyli „najlepszym filmie fantastycznonaukowym, jaki nigdy nie powstał” zdefiniowały „Moebiusa”, który od tej pory zaczął w coraz bardziej wyraźnym stopniu wpływać na „Gira” i jego na wskroś mainstreamowy i ustandaryzowany już sposób rysowania. Giraud współpracuje oczywiście nadal z Charlierem – zdegustowani całą sytuacją wymyślają postać Jima Cutlassa, awanturnika, który w pełni świadomie przypomina Blueberry’ego. Jednak dla Girauda w tym okresie ważniejszy był „Moebius” a nie „Gir”. Sytuacja zmienia się u progu lat osiemdziesiątych, kiedy to „Dargaud” nie miał już praw do „Blueberry’ego” a panowie autorzy uznali, że dobrze im było podczas pracy przy tym projekcie – nie bez znaczenia były też naprawdę duże pieniądze, jakie przy nim zarabiali.
I tak oto historia zatacza koło – powstaje tak zwany „drugi cykl Navajo” w którego skład wchodzą trzy albumy wydane od 1980 do 1982 roku. Znowu mamy Cochise’a i jego Apaczów, konflikt z żołnierzami z pobliskich fortów, nieustanną zabawę w kotka i myszkę i ukrywającego się przed całym światem, cudem ocalałego Blueberry’ego. Gdy awantura z Apaczami dobiega końca, Mike dochodzi do wniosku, że nie ma nic do stracenia – rusza zatem do Meksyku znaleźć odpowiedzialnych za jego obecną sytuację i oczyścić swoje nazwisko. Oto dwuczęściowa opowieść, nazywana potocznie „rehabilitacją Blueberry’ego” – wydana w oryginale w 1983 i 1986 roku. „Koniec drogi”, dwudziesty drugi album, nie zapowiadał jednak końca „Blueberry’ego” lecz niestety jednego z jego autorów – ale o tym za chwilę.
Seria Charliera i „Gira” zmieniała się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i pierwszej osiemdziesiątych tak, jak western klasyczny przeobrażał się w o wiele mniej jednoznaczny spaghetti western (a potem antywestern) spod znaku Sergio Leone, Sergio Corbucciego, Sama Peckinpaha czy wreszcie Clinta Eastwooda. Przede wszystkim zawierzamy inteligencji czytelnika i rezygnujemy ze ścian niepotrzebnego tekstu – Kapitan Oczywisty idzie na emeryturę. Narrację opisową wypiera powoli obrazkowa, nacechowana mocno „Moebiusem” i jego niesamowicie dopracowaną, ciążącą ku fotografii i bogatą w detale, techniką. Bardzo specyficznym albumem staje się pisana w pierwszej połowie 1989 roku część dwudziesta trzecia – wspomniana już „Arizona Love”. Po pierwsze jest to najbardziej komediowy odcinek – Mike, już bezpieczny i bogaty, jedzie przekonać największą „femme fatale” serii, aby została jego żoną i zachowuje się jak naiwny uczniak. Po drugie, Jean-Michel Charlier nie dokończył skryptu – napisał tylko jedną trzecią i zmarł na atak serca 10 lipca 1989 roku. Wydarzyło się dokładnie to samo, co dwanaście lat wcześniej w przypadku autorów „Asteriksa”. Rysownik żegna scenarzystę – przyjaciela, mentora i nauczyciela. Giraud, podobnie jak Uderzo po odejściu Goscinnego, potrzebował trochę czasu na żałobę i podjęcie pewnych zawodowych decyzji (choć „Arizona Love” dokończył w miarę szybko).
Jean Giraud poszedł w ślady Alberto Uderzo. Sam zaczął pisać scenariusze „Blueberry’ego” i wyszło mu znakomicie. W 1995 roku wychodzi „Mister Blueberry”, dwudziesty czwarty komiks serii ze scenariuszem i rysunkami „Gira” – i tak zostanie już do ostatniego albumu. Zmiana jest bardzo wyraźna – mniej akcji, więcej błyskotliwego dialogu, inteligentnego poczucia humoru, całkowita rezygnacja ze starej „przegadanej” narracji, na rzecz nowoczesnego, oszałamiająco narysowanego i już nie tak prostego fabularnie komiksu. Charlier mówił „Girowi”, że planuje wcielić Blueberry’ego z powrotem do armii i dać mu awans na kapitana. Ale Giraud miał inny pomysł na dalsze losy postaci. Minęło osiem lat od wydarzeń z „Arizona Love”. Mamy rok 1881 i jesteśmy w Tombstone, którego szeryfem jest oczywiście Wyatt Earp. Blueberry dobija do czterdziestki, ma kupę kasy, którą trwoni i na nowo zdobywa przy pokerze z największymi szychami Tombstone. Jest już bardzo sławny – pewien dziennikarz chce nawet napisać jego biografię.
Cała intryga ostatnich odcinków „Blueberry’ego” to „legenda Tombstone opowiedziana na nowo”. Mike nie jest już tak naprawdę głównym bohaterem – większość czasu gra w karty, leży w łóżku po postrzale i opowiada dziennikarzowi historię wydarzeń bezpośrednio poprzedzających te z „Fortu Navajo”. Ta pasywność głównego bohatera nie podobała się zbytnio wydawcy, ale nie miał on siły walczyć z tak powszechnie docenianym twórcą, jak Jean Giraud. Rysownik stworzył „Blueberry’ego” mocno „moebiusowego”, lekko mistycznego i dość złożonego fabularnie – niektórzy widzieli tu zdradę ideałów Charliera, inni z kolei wyraźny skok jakościowy. Ja osobiście zaliczam się do tych drugich. Ostatni komiks o przygodach dzielnego awanturnika to „Apaches” – nigdy nie wydany w Polsce. Jest to rozszerzona wersja opowieści, którą w poprzednich komiksach spisuje dziennikarz – kończy się dokładnie w momencie, gdy rozpoczyna się fabuła pierwszego komiksu o „Blueberrym”. Historia znowu zatacza koło, kolejna pętla się zamyka – a „Gir” przestaje rysować ze względu na postępujące problemy ze wzrokiem. Umiera pięć lat później, w marcu 2012 roku.
„Blueberry” to wręcz leksykon motywów i scen prosto z Dzikiego Zachodu. Forty pogranicza; eskorta wozu pełnego amunicji; porwanie przez Indian; banda terroryzująca miasteczko, naprzeciw której staje ostatni sprawiedliwy; ucieczka przed rozpędzonym stadem bizonów; strzelaniny w saloonie, napad na pociąg, który ucieka po zawalającym się moście; atak Indian na dyliżans; próba odbicia więźnia z posterunku szeryfa; kopalnie pełne złota; meksykańskie miasteczka z wyludnionymi ulicami i domostwami z okien których sterczą tysiące luf wymierzonych w nieproszonych gości; włam do fortecy na pustkowiu obsadzonej przez dziesiątki uzbrojonych po zęby bandziorów. Brakuje tylko dźwięku ustnej harmonijki w tle.
Poznajemy też całą plejadę fantastycznie wykreowanych i charakterystycznych postaci. Mike ma dwóch nieodłącznych towarzyszy – starego pijaka, przezabawnego poszukiwacza srebra, McClure’a oraz zwiadowcę Reda „Red Necka” Wooleya, zwiadowcę i „specjalistę od spraw Indian”. Są bohaterscy Indianie, zarówno ci istniejący kiedyś naprawdę (Cochise, Siedzący Byk czy Geronimo) a także całkowicie fikcyjni, z których wyróżnić trzeba zapalczywego, szybkiego w mowie i czynie, Vittorio. Są amerykańscy generałowie – wśród nich absolutne nemezis Blueberry’ego, „Żółta głowa” Allister i nigdy nie wątpiący w Mike’a generał Dodge. Jest banda maruderów z południa, meksykańscy „Federales”, szpiedzy Central Pacific, bezlitosny łowca skalpów, płatny zabójca o twarzy Adonisa, Dziki Bill Hickok, bracia Earp i Doc Holliday. No i kobiety, które równie skwapliwie policzkowały naszego bohatera, nazywając go impertynenckim prostakiem jak i rzucały w jego kierunku maślane spojrzenia. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Chihuhua Pearl, nazywana też El Cuchillo lub Lillly Calloway – Mike poradził sobie z największymi zakapiorami Dzikiego Zachodu, ale nie dał rady tej drobnej blondynie, która nie umie za bardzo się bić ani strzelać. Ma za to seksapil, pewność siebie, cięty język i hipnotyczny wzrok.
Ale dwudziestoośmioodcinkowa seria (dwudziestodziewięcio- jeśli zaliczyć tutaj „Apaches” – a zdania są podzielone) to nie wszystko. Gdy pierwszy „cykl Navajo” dobiegał końca, a „Blueberry” zyskiwał mocno na popularności, Charlier zaczął dostawać mnóstwo listów z pytaniami o życie Mike’a podczas Wojny Secesyjnej a nawet wcześniejsze. Scenarzysta nie odpisywał – postanowił odpowiedzieć komiksem. W latach 1968-1969 w magazynie „Super Pocket Piloté” ukazało się dziewięć szesnastostronicowych odcinków „La Jeunesse de Blueberry”, z których potem zrobiono trzy pierwsze albumy komiksowe – rysował oczywiście Jean Giraud. Mamy rok 1861, początek wojny i wyjaśnienie, kim naprawdę jest Mike S. Blueberry. Kolejny, czwarty tom ukazał się w momencie, gdy Charlier i Giraud wrócili do pracy nad główną serią w roku 1980 – za rysunki zabrał się jednak nowy grafik, Colin Wilson, który zilustrował trzy kolejne tomy, aż do śmierci Charliera. Potem, tę liczącą sobie ostatecznie dwadzieścia jeden albumów serię, przejęli inni – swą popularnością nigdy nie zbliżyła się do poziomu swej „starszej siostry”.
„Młodość Blueberry’ego” nigdy nie wyszła w Polsce – ukazał się za to inny spin-off serii, „Marshal Blueberry”. „Gir”, zaraz po śmierci Charliera, zanim jeszcze zdecydował się na wejście w buty swego starszego partnera, postanowił opisać wydarzenia mające miejsce pomiędzy „aferą kolejową” a wyprawą do „Kopalni zaginionego Niemca”. Mike trafia do kolejnego małego miasteczka na Południu, gdzie jako stróż prawa ma uporać się z nielegalnym przemytem broni. Jean Giraud zajął się pisaniem scenariusza, a grafikę powierzono innej legendzie komiksu frankofońskiego – Williamowi Vance’owi, ilustratorowi między innymi takich hitów jak „Bruno Brazil” czy „XIII”. Vance rzucił jednak tę robotę po pierwszym albumie i musiało minąć aż siedem lat, aby znalazł się ktoś, kto ją dokończy – Michel Rouge. Innym pomysłem Girauda był „Blueberry 1900” – akcja miała toczyć się u progu nowego stulecia, a starzejący się bohater miał być uwikłany w historię zamachu na prezydenta Williama McKinleya. Ten bardzo „moebiusowy”, trochę mistyczny projekt nigdy nie doszedł jednak do skutku – podejście do tematu było zbyt odważne i bezkompromisowe. Autorem miał być wręcz „Moebius” a nie „Gir” – co okazało się nie do przyjęcia przez wydawcę i syna Charliera, który mocno protestował przeciwko takiemu przedsięwzięciu.
Wspomnijmy jeszcze na koniec o ekranizacji, nad którą bardzo intensywnie pracował Jean Giraud. W 2004 roku na ekrany kin trafia „Blueberry” w reżyserii Jana Kounena. „Gir” widział w głównej roli Vala Kilmera, który zachwycił go we wcześniejszym o dziewięć lat „Tombstone” – wizerunkowi protoplaści postaci, czyli Jean-Paul Belmondo (wczesny „Blueberry”) i Charles Bronson (późny „Blueberry”) zagrać już nie mogli. Ostatecznie wybrano Vincenta Cassela, który sprawdził się znakomicie. Mamy do czynienia z filmem bardzo onirycznym, niejednoznacznym, gdzie zamiast akcji dostajemy mistyczne wizje i odloty, halucynacje i podróż wgłąb siebie oraz walkę nie tyle ze złym przeciwnikiem (Michaelem Madsenem) co z samym sobą. Niektórzy krytycy porównywali ten film z „Kretem” Alejandro Jodorowsky’ego – mało tu komiksowego „Blueberry’ego”, dużo za to Moebiusa i jego sposobu na popkulturę.
Przygody Mike’a S. Blueberry’ego to bez cienia przesady jedna z najważniejszych serii w historii światowego komiksu. Możemy się zżymać na naiwność pierwszych albumów, lub na odmienność ostatnich – nie zmienia to faktu, że to właśnie „Blueberry” był najbardziej dochodowym z wszystkich dzieł, jakie powstały w szkicowniku Jeana Girauda. „Gir” zarabiał, a „Moebius” mógł szaleć i trwonić pieniądze. A ja polecam wydać trochę własnych – właśnie na „Blueberry’ego”.
koniec
« 1 2
18 października 2020

Komentarze

19 X 2020   17:06:07

Bardzo dziękuję za ten ciekawy artykuł przybliżający powstanie jednej z moich ulubionych westernowych serii komiksowych. Pozdrawiam autora i redakcję, dziękując za artykuły i recenzje poświęcone komiksom.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Niekoniecznie jasno pisane: Pod prąd czasu i poza przestrzeń
Marcin Knyszyński

24 X 2021

„Przed nami nikt nigdy nie opowiadał takich przygód. W tej serii wszystko jest możliwe. Każdy nowy album może nas zaprowadzić wszędzie, gdzie tylko zechcemy” – tak o „Valérianie” pisał Jean-Claude Mézières, znany i popularny francuski rysownik komiksowy. To on, razem ze swoim wieloletnim przyjacielem, słynnym Pierre’em Christinem, stworzył w latach sześćdziesiątych postać kosmicznego agenta podróżującego w czasie i jego wiernej towarzyszki. Poznajmy Valériana i Laurelinę!

więcej »

Kadr, który…: Oleg jest jednak trochę rozczarowany
Paweł Ciołkiewicz

21 X 2021

Zgarbiony mężczyzna siedzi przy punktowo oświetlonym, zastawionym akcesoriami do rysowania stole kreślarskim i coś zapamiętale tworzy. Za nim stoją półki z książkami, obok ustawiony jest komputer. Duży kontrast, grube szrafowanie, efekt suchego pędzla w postaci widocznych tu i ówdzie przetarć - wszystko to daje wrażenie pewnej surowości. Opis nad rysunkiem pogłębia tę atmosferę, informując czytelnika, że Oleg jest trochę rozczarowany.

więcej »

10 naj...: Dzień Nauczyciela
Wojciech Gołąbowski, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

14 X 2021

Prezentujemy dzisiaj, wbrew tytułowi, nie dziesięciu, ale aż czternastu (na 14 października - Dzień Edukacji Narodowej) nauczycieli z różnych, nie tylko polskich, komiksów. W komentarzach możecie głosować: czy wolicie urodziwą panią od matmy, surowego mistrza sztuk walki, a może po prostu… Romka?

więcej »

Polecamy

Łatwe trudnego początki

Polscy podróżnicy:

Łatwe trudnego początki
— Marcin Osuch

Kumpel Mickiewicza
— Marcin Osuch

Prototyp Zagłoby
— Marcin Osuch

Wspomnienia jak żyła złota
— Marcin Osuch

Być jak Kmicic
— Marcin Osuch

Zobacz też

Z tego cyklu

Pod prąd czasu i poza przestrzeń
— Marcin Knyszyński

Wszechświat to za mało
— Marcin Knyszyński

Świat to odbicie naszych myśli
— Marcin Knyszyński

Piliście coś chłopcy? A co innego można tu robić?
— Marcin Knyszyński

Od jedności do wielości i z powrotem
— Marcin Knyszyński

Kolejny spektakl w teatrze końca świata
— Marcin Knyszyński

Jak żywioł
— Marcin Knyszyński

Ład i przeznaczenie kontra chaos i przypadek
— Marcin Knyszyński

Widzę was!
— Marcin Knyszyński

Śmierć Supermana
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Wszyscy ludzie Vance’a
— Marcin Osuch

Raz lepiej, raz gorzej
— Dagmara Trembicka-Brzozowska

Ku Klux Klan kontra zombie
— Marcin Knyszyński

Geniusze i przeciętniacy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

My name is Brazil. Bruno Brazil
— Paweł Ciołkiewicz

Srebrzysty paladyn
— Marcin Knyszyński

Blast It!
— Marcin Knyszyński

Moebius: Fragmenty duszy
— Marcin Knyszyński

Moebius: Betonowy pterodaktyl, niesforne ciało jamiste i fabryka belgijskich gąbek
— Marcin Knyszyński

Moebius: Major znowu się zgubił…
— Marcin Knyszyński

Tegoż autora

Wstęp
— Marcin Knyszyński

W służbie jej kosmicznej mości
— Marcin Knyszyński

„MAX” ale na wesoło
— Marcin Knyszyński

Extraordinary Moore: Pastisz pełen ambicji
— Marcin Knyszyński

Stulecie Stanisława Lema: Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Klausie goes to Hollywood…
— Marcin Knyszyński

Powrót na Ziemię
— Marcin Knyszyński

Extraordinary Moore: Wojna światów w obrazkach
— Marcin Knyszyński

Stulecie Stanisława Lema: Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Po komiks marsz: Październik 2021
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Marcin Knyszyński, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.