Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50 najlepszych filmów 2018 roku

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 3 4 5

Esensja

50 najlepszych filmów 2018 roku

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Over the Limit
(2017, reż. Marta Prus)
Mimo, że dokument Marty Prus przypomina rasowy thriller, kwestie mogące wzmacniać to wrażenie zostają niemalże pominięte. Nie ma tu mowy ani o aferach dopingowych, jak choćby w niedawno nagrodzonym Oscarem „Ikarze”, ani społeczno-politycznym nacisku wynikającym z faktu, że Rosja stanowi mekkę gimnastyki artystycznej. Co prawda trenerka i pani prezes jak mantrę powtarzają swojej podopiecznej, że walczy dla kraju, ale wydaje się to jedynie pustym frazesem. Cała ta maszyneria związana z „produkowaniem” przyszłych mistrzów olimpijskich ogranicza się wyłącznie do postaci Rity. To na niej niemal przez cały film skupia się kamera Adama Suzina, zaś wszystko dookoła jest – często dosłownie – zamazane. Jego bliskie ujęcia zza pleców bohaterki sprawiają, że mamy wrażenie, jakbyśmy oglądali jeden z „niskobudżetowych” filmów Darrena Aronofsky′ego albo braci Dardenne. Największe wrażenie robią jednak bezwstydne najazdy kamery na twarz Rity, kiedy trenerki mieszają ją z błotem. To niezwykle intymne obcowanie z pustym, pełnym skumulowanych emocji spojrzeniem, wywołuje pewien rodzaj skrępowania, niezgody na takie traktowanie oraz zmusza do zadania sobie pytania o to, czy faktycznie cel uświęca środki.
Trudno uwierzyć, że „Over the limit” to pełnometrażowy debiut, gdyż posiada on wszelkie zalety dojrzałego dzieła. Reżyserce i operatorowi udało się za pomocą kamery uchwycić osobowość gimnastyczki, bez zbędnego komentarza, bez dopowiadania. Uczynić historię ze wszech miar uniwersalną. Pokazać niebezpiecznie cienką granicę wytrzymałości psychicznej, po której przekroczeniu nic już nie pozostaje. Może dlatego największego wrażenia nie robi scena, kiedy bohaterce w końcu puszczają nerwy i ze złością ciska przyrządami o matę, ale gdy zapytana o cele na przyszłość, reaguje tym samym pustym spojrzeniem, co na treningach. Kiedy czujemy, że tytułowy limit zostaje osiągnięty, ujęcie pokoju pełnego pucharów i medali zamiast podziwu wywołuje w nas jedynie smutek i współczucie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Dziedzictwo. Hereditary
(2018, reż. Ari Aster)
Abstrahując od wątków stricte demonicznych, szczególnie interesujące jest „Dziedzictwo” właśnie na poziomie relacji rodzinnych. A dokładniej – ich stopniowego rozpadu. Oniryczna makabra rozgrywająca się na ekranie może funkcjonować jako zmyślna metafora kryzysu rodziny ogółem, szczególnie tej modelowej, opartej na tradycyjnych wartościach. W „Dziedzictwie” krewni ze sobą nie rozmawiają, a wszelkie próby szczerej, oczyszczającej wymiany zdań ucinane są już na wstępie. Pomocy szuka się na zewnątrz: czy to w kręgu wsparcia dla osób borykających się z utratą najbliższych, czy w końcu u przypadkowo poznanej tam – pozornie poczciwej, ale wiemy, że takie są najgorsze – kobieciny, która ot, przypadkiem, okazuje się być specjalistką od spirytyzmu. Bliskość to strój przybierany tylko na czas wspólnego posiłku, aby potem móc w spokoju zaszyć się we własnym pokoju albo pobliskim domku na drzewie, i milczeć. To swoiste novum w ikonosferze kina grozy, w którym rodzina stanowiła dotychczas konsekwentnie wystawianą na próbę, ale jednak stabilną opokę. Być może to właśnie ów brak jakiegokolwiek oparcia w najbliższych jest w tym filmie najstraszniejszy. Być może to właśnie z owego tytułowego dziedzictwa, które, chcąc nie chcąc, dostaje się z DNA po przodkach, wynika destrukcyjne fatum. Jest to tym wyraźniejsze, gdy opowiedzianą przez debiutanta historię potraktuje się jako projektowany na ekran zbiorowy fantazmat: kryzys więzi rodzinnych może być wtedy sygnałem zakorzenionego głęboko lęku przed niestałością niegdyś niepodważalnych, dających poczucie bezpieczeństwa wartości. Jeśli dodać do tego dokuczliwą warstwę audialną autorstwa saksofonisty Colina Stetsona oraz niepokojące zdjęcia Pawła Pogorzelskiego, który potrafi w magiczny sposób zatrzeć rozróżnienie między dniem a nocą, otrzymamy mrożący krew w żyłach portret rozpadu rodziny. Z seansu płynie też jeszcze jedna lekcja: kiedy usłyszycie w ciemnym pokoju dźwięk, przypominający pojedyncze uderzenie kopyt konia o bruk – wtedy lepiej szybko uciekajcie. Radzę wam szczerze.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Jestem najlepsza. Ja, Tonya
(2017, reż. Craig Gillespie)
Filmowa biografia Tonyi Harding potrafi zaskoczyć nie jeden raz. Po pierwsze ukazaniem samej bohaterki – do tej pory uważanej za czarną owcę amerykańskiego sportu, łyżwiarkę zaślepioną potrzebą odniesienie sukcesu do tego stopnia, że jest gotowa wynająć zbirów, by połamali nogi jej największej rywalce. Tymczasem twórcy nie tylko próbują zdjąć większość winy z bohaterki (przychylając się do jej wyjaśnień, że sama chciała jedynie nastraszyć Nancy Kerrigan listami, a pomysł fizycznego ataku pochodził od jej byłego męża), ale też przygotowują opowieść mówiącą, że sama Harding w grucie rzeczy sama była ofiarą – swego pochodzenia, biedy czy klaistowskiego podejścia środowiska łyżwiarskiego do utelentowwnej zawodniczki nie spełniającej powszechnie przyjętych kryteriów sportowej gwiazdy. A przy tym sam wizerunek Tonyi Harding nie jest wybielany, jej niekwestionowane wady niczym nie zostają przypudrowane. Sympatia do Harding podczas filmu się nie budzi – ale współczucie już jak najbardziej tak. Drugim zaskoczeniem jest fenomenalne poprowadzenie w połączeniu ze znakomitym aktorstwem oscarowej Allison Janney roli matki Harding – której prawdziwe motywy postępowania nigdy nie zostają do końca odkryte i pozostają w interpretacji widza. Po trzecie wreszcie – „Ja, Tonya” jest nakręcona z jajem, odważnie, z łamaniem czwartej ściany, humorem, energią, w pełni absorbując widza.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Spider-Man Uniwersum
(2018, reż. Bob Persichetti, Peter Ramsey, Rodney Rothman)
„Spider-Man. Uniwersum” beztrosko whopsał do kin pod koniec roku, aby zachwiać rankingami, box-office’ami oraz układem błędnikowym widzów. Graficznie jest to zupełnie nowy poziom, a na widok sceny kulminacyjnej Andy Warhol zapewne omdlałby z radości.
Fabuła jest dość prosta: należy unieszkodliwić złoczyńcę i wyłączyć maszynę, która spowodowała zawirowanie wymiarów. Wyłączenia trzeba jednak dokonać dopiero po tym, kiedy alternatywni wrócą tam, gdzie ich miejsce – a mają na to ledwie kilkanaście sekund. Oprócz tego ojciec musi zrozumieć syna, syn musi udowodnić reszcie drużyny, że opanował swoje umiejętności – czyli standard kina familijnego. To, co nie jest standardowe, to szata graficzna. Film zaczyna się jak typowa współczesna animacja komputerowa, jednak kiedy pojawiają się postaci rysowane płasko i z konturem, całość zaczyna z lekka wariować. A to mamy elementy konturu dodane do przestrzennej bryły, a to pojawia się raster naśladujący gazetowy druk, to znów kolory tła rozjeżdżają się jak w kinie 3D po zdjęciu okularów. Zaś kulminacyjna scena walki przy akceleratorze to istna orgia pulsujących kolorów, fruwających konturów i całkowitego zaniku perspektywy. Do tego dostajemy jeszcze mnóstwo humoru w najlepszym gatunku, Stan Lee ma swoje obowiązkowe cameo, a ciotka May po prostu wymiata. Więcej takich filmów poproszę.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Zimna wojna
(2018, reż. Paweł Pawlikowski)
Jestem w stanie zrozumieć tych widzów, którym „Zimna wojna” się nie podobała. To przecież obraz – zarówno w warstwie narracyjnej, jak i wizualnej – mocno niedzisiejszy, nakręcony przy użyciu minimalistycznych środków (czarno-biała taśma, brak spektakularnych efektów specjalnych), opatrzony muzyką, której nie uświadczy się dzisiaj ani w radiu, ani w telewizji, na dodatek obdarzony tytułem, który sugeruje zupełną inną zawartość. Ale to, że ich rozumiem, wcale nie oznacza, że się z nimi zgadzam. Przeciwnie! To wielkie szczęście, że Paweł Pawlikowski – Polak od początku lat 70. ubiegłego wieku mieszkający w Wielkiej Brytanii, tym samym potrafiący spojrzeć na swoją ojczyznę chłodnym okiem – postanowił wreszcie na dobre zająć się tematyką polską. Przedsmak tego mieliśmy w „Kobiecie z Piątej Dzielnicy” (2011); w nagrodzonej Oscarem „Idzie” (2013) jego talent w tej materii rozbłysnął już pełnym blaskiem. Natomiast „Zimna wojna”, która przyniosła mu nagrodę indywidualną za reżyserię na festiwalu w Cannes, potwierdziła jedynie, że był to – chodzi o Pawlikowskiego i jego zaangażowanie w rozwikływanie rodzimych zawiłości – wybór ze wszech miar słuszny.
Przede wszystkim Pawlikowski odrobił na szóstkę lekcję z tematu „Polska szkoła filmowa”. „Zimna wojna” utrzymana jest bowiem idealnie w klimacie dzieł kręconych przez Andrzeja Wajdę, Andrzeja Munka, Wojciecha Jerzego Hasa, Tadeusza Konwickiego, ba! nawet kontrowersyjnego Aleksandra Forda (vide „Ósmy dzień tygodnia”) w latach 50. i 60. XX wieku. Dotyczy to nie tylko wysmakowanych, czarno-białych zdjęć Łukasza Żala („Dowłatow”), ale również muzyki (zwłaszcza jazzowej), a nade wszystko fabuły, konkretnie: skupienia się na skomplikowanych relacjach damsko-męskich, które z dużą maestrią wpisane zostały w realia historyczne powojennej Polski (w nieco innych proporcjach było to już widać w „Popiele i diamencie”, „Pożegnaniach”, „Nikt nie woła” czy „Ostatnim dniu lata”). Co ciekawe, o samych bohaterach wiemy niewiele. Skąd pochodzą? Co robili w czasie wojny? Pojawiają się jedynie plotki i domysły, misternie zresztą zbierane przez Kaczmarka, opiekuna zakładanego od podstaw zespołu pieśni i tańca (w tej roli Borys Szyc), którego związki z Urzędem Bezpieczeństwa są aż nadto oczywiste.
Widać Pawlikowski uznał, że obdarowanie swoich bohaterów – kompozytora Wiktora Warskiego (doskonały Tomasz Kot) oraz pieśniarki i tancerki Zuli Lichoń (zmysłowa Joanna Kulig) – wojennym życiorysem byłoby niepotrzebnym balastem, odwracałoby jedynie uwagę od tego, co wydało mu się najistotniejsze – od opowieści o wielkiej miłości, która zrodziła się w czasie i miejscu najmniej do tego odpowiednich. Powie ktoś: przecież w latach stalinowskich też ludzie się kochali, rodziły się dzieci. Tyle że Wiktor i Zula nie są jak wszyscy, to ludzie o kruchej psychice, o umęczonych artystycznych duszach, niepasujący do otaczającej ich rzeczywistości. Chcą robić to, co kochają i potrafią najlepiej – dla spełnienia tych marzeń gotowi są iść na bolesne kompromisy, wręcz zdrady, które, z czego długo sami nie zdają sobie sprawy, niszczą ich związek, prowadząc nieuchronnie do dramatycznego finału. Zataczają wielkie koło, by zasmakowawszy niemal wszystkiego, wrócić do punktu wyjścia i przekonać się, że – no właśnie, było warto czy też nie?
Z drobnych epizodów, rozrzuconych w czasie na przestrzeni piętnastu lat, Pawlikowski stworzył przejmującą opowieść o miłości. Rodem z kart książek Fiodora Dostojewskiego, o którym jeden z bohaterów Marka Hłaski – Grzegorz w „Ósmym dniu tygodniu” – powiedział: „(…) od jego miłości ucieka się z rękami jak od rozpalonego żelaza. To nie dla dzisiejszego człowieka”. To trochę jak z „Zimną wojną” – widz przyzwyczajony do kina superbohaterskiego czy hollywoodzkich filmów akcji może mieć z nią problem.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Niemiłość
(2017, reż. Andriej Zwiagincew)
Problemy rodzinne małżonków zostają przez Zwiagincewa umieszczone w szerszym kontekście społeczno-politycznym. Echa narastających konfliktów – zarówno wewnętrznego (z opozycją antyputinowską), jak i zewnętrznego (z Ukrainą o Donbas) – docierają z radia i ekranu telewizora. Podkreślają dramatyzm sytuacji, z której nie ma wyjścia. Tym samym stają się symbolicznym odzwierciedleniem tego, co łączy – a raczej dzieli – Borisa i Żenię. Takich symboli jest w filmie oczywiście znacznie więcej. To kolejna zasadnicza cecha twórczości autora „Lewiatana”. Niezwykle przejmująca jest już zresztą scena otwierająca „Niemiłość”, w której pokazany zostaje powrót Alioszy ze szkoły do domu. Widok samotnego chłopca idącego przez Park Tuszynski wzdłuż brzegu rzeki Schodniej nie tylko wprowadza w nastrój dzieła, ale i zapowiada wszystko, co czeka nas w dalszej części. Nie bez powodu też kamera Michaiła Kriczmana zatrzymuje się na dłużej przy potężnym drzewie o spróchniałym pniu. Zwiagincew już przy swoim poprzednim filmie dał potężnego pstryczka w nos państwowym cenzorom. Teraz zabawił się z nimi ponownie. Dość powiedzieć, że „Niemiłość” – wbrew tytułowi – niemal ocieka tępioną ostatnimi czasy w kinie rosyjskim nagością (i seksem). Nie służy ona jednak tylko wywołaniu potencjalnego skandalu; ma swoje głębokie uzasadnienie psychologiczne.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Tamte dni, tamte noce
(2017, reż. Luca Guadagnino)
Czarująca historia miłosna i przenikliwa opowieść o edukacji sentymentalnej, nie bez powodu kojarząca się z filmami Bernardo Bertolucciego czy Erica Rohmera. Nie jest sztuką nakręcić zmysłowy film, mając do dyspozycji pięknych aktorów, włoskie lato i kilka nowych piosenek Sufjana Stevensa – sztuka, by taki obraz nie obrócił się w kicz. W filmie włoskiego reżysera (ze scenariuszem współautorstwa samego Jamesa Ivory’ego) udaje się to bezbłędnie: choć bijąca z ekranu bliskość między Oliverem a Eliem jest poruszająca, a słoneczna prowincja uwodzi światłem, zielenią, blaskiem wody i architekturą, gdzieś na marginesach „Tamtych nocy…” pojawiają się cienie – choć akcja toczy się w wielokulturowym, liberalnym środowisku, coming out wymaga ponadprzeciętnej odwagi; jedno spełnione pragnienie może prowadzić do kilku złamanych serc. Wreszcie nieoczywista jest sama dynamika relacji bohaterów – właściwie nieustannie zadajemy sobie pytania, o ich intencje, o to, komu zależy bardziej, w którym momencie kończy się wakacyjna przygoda a zaczyna formujące doświadczenie. „Tamte dni, tamte noce” są tak świetne, że nawet gdy w dość jasny sposób Guadagnino wykłada pod koniec filmu jego sens, to robi to w jednej z najlepszych scen: szczera rozmowa ojca z Eliem chwyta za gardło i stanowi kapitalną kodę, a przy tym sprawia, że scenariuszowo niepozorna postać rodzica staje się bohaterem kluczowym dla zrozumienia całej opowieści.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri
(2017, reż. Martin McDonagh)
Martin McDonagh jest twórcą dobrze odebranej czarnej komedii sensacyjnej „In Bruges”, a potem nieco słabiej odebranej… czarnej komedii sensacyjnej „Siedmiu psychopatów”. Oba te filmy dalekie są od przyziemnych problemów naszego świata, będąc raczej surrealistyczną zabawą gatunkiem. Tymczasem najnowszy film McDonagha, jeden z oscarowych faworytów, „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, mając wciąż elementy czarnego humoru, staje się dziełem zaskakująco realistycznym, dotykającym autentycznych problemów i tematów, mając wręcz wyraźne ambicje oddania ducha współczesnej Ameryki. Film ma poniekąd strukturę klasycznego westernu, gdzie samotny mściciel – w tym wypadku: mścicielka, bardzo adekwatnie do czasów #MeToo – wypowiada wojnę władzom małej mieściny. Z początku spodziewamy się zatem schematu, ale z czasem ani szeryf i jego zastępcy nie okazują się tacy najgorsi, ani nasza „ostatnia sprawiedliwa” nie okazuje się taka szlachetna. Postaci są tu bardzo pocieniowane, McDonagha wyraźnie interesuje szara strefa ludzkich charakterów, a nie płytki podział na dobro i zło. Każdy widz sam będzie musiał sobie wytyczyć granicę, do którego momentu kibicuje tej anielicy zemsty, a od kiedy jej metody uważa już za nie do przyjęcia. Ostatnia scena filmu mówi jasno – to nie jest opowieść o zemście. To nie jest opowieść o triumfie sprawiedliwości. To nie jest krzepiąca opowieść o amerykańskich wartościach. Ale nadal jest to opowieść o Ameryce. O zapomnianych ludziach centralnych Stanów, którzy całe życie harując, nie są już w stanie nawet zbliżyć się do amerykańskiego snu. O pozbawionych perspektyw młodych. O niewydolności aparatu państwowego. O panującym wciąż rasizmie, kulcie przemocy. Ale też o promyczkach nadziei – ukazywanych w tak kojarzonej z USA tradycją sąsiedzkiej pomocy, budowania wspólnoty – nawet tak dziwnej jak ekipa złożona z białej starszej kobiety, jej czarnoskórej przyjaciółki z pracy i karła, którym ostatecznie w sukurs przyjdzie też policjant-rasista. Ta amerykańskość przebija tu z każdej sceny, i to nie tylko na gruncie fabularnym, bo i w sceneriach, dekoracjach, południowym zaciąganiu aktorów czy inspirowanej lokalnym folklorem muzyce Cartera Burwella, skądinąd stałego współpracownika braci Coenów, z którymi teraz McDonagh jest nagminnie porównywany. I jak widać nie tylko z powodu Frances McDormand i wisielczego humoru. Każdy kadr „Billboardów” to Ameryka.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Nić widmo
(2017, reż. Paul Thomas Anderson)
„Nić widmo” Paula Thomasa Andersona to rzecz – żeby użyć krawieckiej metafory – perfekcyjnie skrojona, niemal klasyczna w stylu. Dość powiedzieć, że sam film, choć zmysłowości i perwersji pozazdrościć mogłyby mu wszystkie twarze Greya razem wzięte, nie zagląda bohaterom do alkowy i bodaj raz pozwala im na pocałunek. Jak przystało na rzecz o wielkim krawcu, wspaniałe są w „Nici widmo” kostiumy – Oscar dla ich projektanta, Marka Bridgesa, był w pełni zasłużony. Szaleństw nie znajdziemy też na rewelacyjnej ścieżce dźwiękowej Johnny’ego Greenwooda, na której smyki i pianino brzmią niczym w starym melodramacie – i tylko pobrzmiewające tu i ówdzie mroczniejsze tony sugerują, że nostalgiczna ckliwość to ostatnie rzeczy, których należy tu szukać. Zupełnie zasłużona jest również oscarowa nominacja za reżyserię dla samego Andersona, który potrafi zachwycić efektowną sekwencją (np. gdy pokazuje klatkę schodową i wnętrza pracowni Woodckocka, a zastęp krawcowych witanych przez bohatera przychodzi do pracy), ale wie również, że wrażenie na widzu można zrobić nie tylko popisową jazdą kamery czy montażem, ale również oddając pole aktorom. A ci w „Nici widmo” są naprawdę fantastyczni.
W żadnym momencie „Nici widmo” nie wiemy, gdzie film ostatecznie doprowadzi i do jakiej szufladki powinno się go wrzucić: czy to rzecz o targanym wewnętrznymi demonami artyście i jego nieszczęśliwej muzie, czy portret przemocowej relacji, w której kobieta, wobec wieku, płci i pozycji społecznej zdaje się skazana na porażkę, czy dramat – czy może raczej ekscentryczna komedia. Niezwykłe, że w ostatnim akcie okazuje się, że „Nić widmo” jest niby wszystkim tym po trochu, ale tak naprawdę mówi jeszcze o czymś innym (nazwijmy to eufemistycznie „kompromisem w miłości”), a Anderson cały czas tak kapitalnie przesuwał akcenty, że opowieść o udręczonej męskości zamienił właściwie w manifest kobiecej siły. A wszystko to z precyzją, której nie powstydziłby się – skądinąd cytowany w filmie – Stanley Kubrick.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Roma
(2018, reż. Alfonso Cuarón)
Kto by pomyślał, że pięć lat po orbitalnym balecie „Grawitacji”, Meksykanin Alfonso Cuarón nakręci coś tak odmiennego: czarno-biały, utkany z epizodów film o służącej z miasta Meksyk. „Romie” o wiele bliżej do „I twoją matkę też” i „Ludzkim dzieciom” – wybitnym filmom, w którym tło dla fabuły, oddane z okiem i sprawnością świetnego dokumentalisty, okazywało się nie mniej znaczące niż losy głównych bohaterów.
Reżyser zabiera nas w lata siedemdziesiąte – burzliwy czas dla Meksyku, w którym studenckie manifestacje napadane są przez prorządowe bojówki. Napięcia w krajowej polityce zdają się nie mieć bezpośredniego wpływu na życie bohaterki, służącej Cleo (do czasu, bo to, co polityczne potrafi się wedrzeć w sferę prywatną gwałtownie i bez zapowiedzi). „Roma” świetnie oddaje jednak złożoność społecznej sytuacji dziewczyny – bariery klasowe, płciowe czy etniczne (Cleo pochodzi z misteckiej rodziny) są tu wyraźnie zakreślone i to w ich ramach bohaterka szuka sobie przestrzeni wolności (np. plotkując z innymi służącymi w dialekcie, wiedząc, że gospodarze nie zrozumieją, o czym mowa). Film Cuaróna opowiada o codzienności – ta codzienność brzmi już może jak banał, ale niewiele jest filmów, które w równie zachwycający sposób potrafiłyby zanurzyć widza w tak zwyczajny świat, a jednocześnie zbudować z jego elementów przemyślaną konstrukcję (wspaniałą kompozycyjną klamrę stanowi tu woda).
Dzieło Cuaróna pełne jest małych-wielkich momentów: fantastyczne są tu sceny przeciskania się olbrzymiego Forda Galaxie rodziny, u której pracuje bohaterka, przez podjazd ich domu, motyw zbierania psich kup. Albo ten moment, gdy Cleo idzie z chłopakiem do kina i na kilka chwil przed końcem seansu mówi mu, że jest w ciąży – tak prosty, a jednocześnie tak rozdzierający (gdy uświadamiamy sobie reakcję mężczyzny), że już za samą tą scenę Cuarón powinien zgarniać wszystkie możliwe reżyserskie nagrody.
Cuarón ma ewidentnie wielką frajdę w zabieraniu widza w świat swojego dzieciństwa (jest tu też autorem zdjęć i na pewno nie ustępuje kunsztem Emmanuelowi Lubezkiemu, z którym pracował w poprzednich filmach). Ale, jak w najlepszych filmach o przeszłości i pamięci, autor nie udaje wszechwiedzącego. Nie ma u niego też lukru czy nadmiernego sentymentalizowania – chwile radości i solidarności przeplatają się tu z goryczą i przemocą.
koniec
« 1 3 4 5
25 stycznia 2019

Komentarze

« 1 2
26 I 2019   12:19:12

Wszystkie nasze rankingi są układane przez głosowanie członków działu filmowego.

26 I 2019   14:21:12

Kato: Ranking został przygotowany jakieś dwa tygodnie przed ogłoszeniem nominacji oscarowych.

26 I 2019   19:10:00

Będę się jednak upierać, że w latach wcześniejszych znacznie więcej dużo lepszych filmów znajdowało się na liście, ale może to zwyczajnie kwestia posuchy w roku ubiegłym w którym próżno szukać wyróżniających się filmów jak dla mnie.

26 I 2019   19:13:31

I przede wszystkim wydaje mi się, że Wasze typy były bardziej zbliżone w latach poprzednich do typów czytelników tego portalu. A nie wydaje mi się aby nagle stałym czytelnikom ten gust się diametralnie zmienił i odstawał od tego z lat ubiegłych.

05 II 2019   23:12:35

a gdzie "Suspiria"?

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Trochę nam nie wyszło
Jarosław Loretz

18 X 2021

Dzisiaj trochę grozy. W kwestii efektów specjalnych.

więcej »

Z filmu wyjęte: Polecieć sobie po kulki
Jarosław Loretz

11 X 2021

Można nakręcić „Ad Astra” z gwiazdorską obsadą za 90 milionów dolarów, ale można podobną historię zaserwować też w cenie wakacji na Balearach. Oczywiście niski budżet niesie za sobą łatwo zauważalne konsekwencje…

więcej »

Z filmu wyjęte: Duchy na dorobku
Jarosław Loretz

4 X 2021

W dalekiej Tajlandii duchy też muszą zarobić jakoś na swoje utrzymanie. Szczególnie łatwo mają te posiadające wyuczony (za życia) zawód – na przykład dentyści.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

East Side Story: Zbrodnia założycielska
— Sebastian Chosiński

Wspomnienia z wakacji: W blasku słońca
— Marcin Knyszyński

Przesilenie
— Kamil Witek

Jasne oblicze Zła i mroczna strona Dobra
— Sebastian Chosiński

Bogowie zawsze umierają młodo. Bywa że latem…
— Sebastian Chosiński

Koniec podróży
— Kamil Witek

Krwawy taniec bez gwiazd
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Bezprawie i niesprawiedliwość
— Sebastian Chosiński

Na więcej Stalin nie zasłużył
— Sebastian Chosiński

Trudno uwolnić się od zła
— Joanna Kapica-Curzytek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.