Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

20 najlepszych polskich filmów XXI wieku

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 2

Esensja

20 najlepszych polskich filmów XXI wieku

WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Wszyscy jesteśmy Chrystusami
(2005, reż. Marek Koterski)
Postawioną w tytule ryzykowną tezę udaje się Koterskiemu wybronić mimo momentów popadających w patos i ocierających się o kicz. Udaje się głównie dlatego, że znanej choćby z III części „Dziadów” koncepcji mesjanizmu narodowego autor „Domu wariatów” nie wznosi na piedestał, nie uwzniośla jak Mickiewicz i podobni mu romantycy. Tu nie chodzi o żadną misję dziejową, wielkie idee, a o zwyczajne życie codzienne, „życie wewnętrzne”, relacje międzyludzkie i najbanalniejsze czynności. Polska Koterskiego nie tyle jest „Chrystusem narodów”, co narodem Chrystusów. Tutaj nie ma jednego wybrańca, zbawiciela, jednego ponad wszystkimi. Chrystus pomaga nie komu innemu, jak drugiemu Chrystusowi. Ale i Chrystus rani Chrystusa, gdyż reżyser bardzo słusznie dostrzega w tym wszystkim dwoistość ludzkiej natury. Każdy jest Chrystusem i każdy postępuje jednocześnie wbrew naukom Chrystusa. Jest tym, który wisi na krzyżu, i tym, który dźga włócznią. Bowiem Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, Bóg ma wobec każdego określone zamiary, ale to „ludzie ludziom zgotowali ten los”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Ostatnia Rodzina
(reż. Jan P. Matuszyński)
„Ostatnia Rodzina” to głównie film o umieraniu. Nie o genialnym artyście-malarzu (jeśli ktoś liczy na to, że dowie się czegoś na temat tego, jak powstawały obrazy Zdzisława – zawiedzie się). Nie o ekscentrycznym prezenterze radiowym i tłumaczu (jeśli ktoś liczy na to, że dowie się czegoś na temat tego, jak Tomasz odkrywał muzykę i konstruował swoje niezapomniane audycje radiowe – zawiedzie się). Nie o subtelnej gospodyni domowej (jeśli ktoś liczy na to, że dowie się czegoś na temat tego, jak Zofia starała się organizować codzienne życie w domu – zawiedzie się). Nie jest to również film o Polsce Ludowej i III Rzeczypospolitej; zachodzące w kraju zmiany polityczne – vide upadek Gierka, wprowadzenie stanu wojennego, „okrągły stół” i narodziny wolnorynkowego kapitalizmu – są w „Ostatniej rodzinie” nieobecne. Scenarzysta Robert Bolesto „wypreparował” Beksińskich z epok, w jakich żyli. Ba! można wręcz odnieść wrażenie, że najmniej interesuje go właśnie to, jak żyli, a dużo bardziej, jak umierali. Ale przez to podkreślone umieranie „Ostatnia Rodzina” staje się filmem o absurdzie naszej ziemskiej egzystencji i próbach radzenie sobie z nim – czasem próbach rozpaczliwych (Tomek), czasem przemyślanych (Zdzisław), w gruncie rzeczy jednak skazanych nieuchronnie na klęskę.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Papusza
(2013, reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze)
„Papusza” przez nasze ekrany przemyka jakoś niezauważona. Sporo nagród sprzątnęła nowemu filmowi małżeństwa Krauze „Ida”, obraz też traktujący o losach kobiet z odmiennej grupy etnicznej, czarno-biały, wysmakowany estetycznie. Historia Bronisławy Wajs, nazywanej Papuszą, romskiej poetki, opowiedziana jest bardzo nieśpiesznie, co ma swoje zalety, ale także wady. Krauzowie odchodzą od opowiadania biografii poetki od urodzin do śmierci, raczej przeplatają wydarzenia z „teraz” z tym, co działo się „wtedy”, „kiedyś”. Stawiają pytania, każąc widzowi domyślać się, co było dalej, żeby później te domysły – skąd Papusza wzięła się w tym miejscu, co sprawiło, że jej życie teraz wygląda tak a nie inaczej – zweryfikować. Kilka scen szczególnie zyskuje na takim kontraście, kilka innych z kolei ginie, przytłoczonych nie zawsze potrzebnymi długimi ujęciami krajobrazu. Bardzo poetyczne, melancholijne zdjęcia dopełnia inspirowana tradycyjną muzyką romską ścieżka dźwiękowa Jana Kantego Pawluśkiewicza, miejscami brzmiąca co prawda dość znajomo, ale bez szkody dla ogólnego wrażenia.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Plac Zbawiciela
(2005, reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze)
Starannie upleciony rodzinny thriller psychologiczny, z trzema mocnymi rolami (Jowita Budnik, Ewa Wencel, Arkadiusz Janiczek). Nie ma tu zbędnych słów, niepotrzebnych wątków. Wszystko jest ważne. Każdy gest, spojrzenie. Są symptomami nadchodzącej tragedii. Dramat rozwija się przy akompaniamencie dźwięków codzienności – pracującej pralki, brzęku naczyń itp. Jest rodzina jakich wiele. Młodzi, sympatyczni. Czekają na mieszkanie. On zarabia na dom, ona wychowuje dzieci. Kochają się, cieszą, robią plany na przyszłość. Nadciąga jednak burza. Bankrutuje deweloper, perspektywa mieszkania oddala się. Muszą więc wprowadzić się do jego matki. Dla młodej kobiety, Beaty, zaczyna się piekło. Na powierzchnię wychodzą zadawnione urazy, ukryte uczucia. Teściowa i synowa nie lubią się od dawna. Starsza kobieta jest apodyktyczna, przekonana o swoich racjach, gotowa walczyć przede wszystkim o dobro syna i jego rodziny, ale w taki sposób, jaki ona uzna za stosowny. Beata jest kimś gorszym, niepotrzebnym dodatkiem do syna i wnuków. Powoli rozpada się rodzina Beaty, mąż ucieka od kłopotów do innej kobiety. Gniew przemienia się w agresję, niechęć – w nienawiść. Emocje przybierają na sile. Nie można powiedzieć, że któreś z trójki bohaterów jest bez winy. Także Beata, zaszczuta ofiara, grzeszy biernością, niechęcią przed podejmowaniem wysiłku, brakiem zdecydowania. Kamera obserwuje bohaterów w beznamiętny, dokumentalny sposób. Jest w centrum wydarzeń, cierpliwa i dokładna. Nie faworyzuje żadnego z bohaterów. Obnaża bezlitośnie to, co się dzieje. Krzysztofowi Krauze i Joannie Kos-Krauze udało się coś niezwykle trudnego. Film jest drastyczny i subtelny zarazem, pozbawiony moralizatorstwa i wydaje się, że bezstronny. I prawdziwy. Żadna scena nie pobrzmiewa fałszem.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham
(2016, reż. Paweł Łoziński)
Chciałoby się napisać, że to dokument, ale jednak nie byłaby to do końca prawda – o zabiegu, jaki zastosował reżyser, aby uniknąć zarzutów o naruszenie zawodowej etyki, informują tu dopiero napisy końcowe i byłoby czymś nieprzyzwoitym zdradzić tę tajemnicę w krótkiej notce. Z czystym sumieniem można napisać za to, że ten film o psychoterapii dwóch kobiet, matki i córki, to jedna z najciekawszych polskich produkcji tego roku. Bohaterki próbują przy pomocy krakowskiego psychologa Bogdana de Barbaro naprawić relację zatrutą przez wzajemne żale, samotność i niezrozumienie. Film składa się z pięciu spotkań kobiet z terapeutą – każdego niezwykle emocjonalnego, obfitującego w łzy, zbyt mocne słowa, ale i mozolny wysiłek służący nie tyle temu, by w finale wreszcie paść sobie w ramiona (na szczęście Łoziński oszczędza nam kiczu łzawego happy endu), co spojrzeć na drugą osobę z innej perspektywy i wypracować odrobinę porozumienia, nad którym najtrudniejsza praca czeka po wyjściu z gabinetu. De Barbaro cierpliwie słucha opowieści swoich pacjentek, czasem hamuje, gdy wydaje się, że słowa „kocham cię” załatwiają sprawę, czasem nakłania do wycofania jakiegoś stwierdzenia, ponownego przemyślenia jakiejś kwestii. Łozińskiemu udaje się w przekonujący sposób pokazać jak „słowa mają znaczenie” – i że wbrew intuicji, czasem pierwsze, co nam ślina na język przyniesie, to, co spontaniczne, wcale nie musi najlepiej trafiać w sedno. W „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” jest wręcz przeciwnie – wypowiedziane w emocjach myśli bohaterek poddane żmudnej obróbce nie tracą na autentyczności, a i zdają się lepiej ujmować istotę problemu.
Chwilami jednak nawet tak udany film budzi wątpliwości: słuchając opowieści pacjentek mamy wrażenie, że zbyt wiele w nich ogólników, a nadmiar emocji ukrywa zaskakujący niedostatek społecznego i ekonomicznego kontekstu. Dzięki temu „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” niby ułatwia identyfikację z bohaterkami, w końcu każdy był kiedyś trochę samotny i niezrozumiany, ale jednocześnie taki poziom ogólności powoduje, że ostatecznie niewiele wiadomo o samych kobietach i w kilku momentach seansu można sobie zadać pytanie „ale właściwie co takiego się stało?”. Z tego powodu trudno też kupić gładkie zakończenie – nie wiadomo, w którym momencie i dlaczego między matką i córką coś zaskoczyło na tyle, że nad przepaścią nie do zasypania pojawił się jakiś pomost (tu najbardziej widać, że ów koncept, którego ujawnić nie wypada, nie we wszystkim zdaje egzamin).
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Komunia
(2016, reż. Anna Zamecka)
Rodzina Kaczanowskich jest w stanie rozpadu. Ojciec, bezwolny i apatyczny, zainteresowany jest głównie piciem piwa, niespecjalnie zainteresowany jest swoją rodziną. Trzynastoletni Nikodem ma zespół Aspergera, jego reakcje są nie do końca przewidywalne, ale ma na tyle dobry kontakt z innymi ludźmi, że potrafi w jakimś stopniu uczestniczyć w społecznym życiu (chodzi na przykład do normalnej szkoły). Matka opuściła rodzinę jakiś czas temu, ma małe dziecko z innym mężczyzną. Nic więc dziwnego, że opieka na domem i nad całą dysfunkcyjną rodziną spada na czternastoletnią Olę, która musi w przyspieszonym tempie dojrzewać, i oprócz zwykłych obowiązków szkolnych nastoletniej rodziny, musi brać na siebie też wszelkie obowiązki domowe.
Realizatorkom udało się podejrzeć życie rodziny Kaczanowskich wiarygodnie i szczerze. Odnosi się wrażenie, że mimo obecności kamery nikt tu niczego nie udaje – Ola nie ma na to czasu, ojciec niespecjalnie się przejmuje swym wizerunkiem, a Nikodem jest oczywiście w pełni szczery i autentyczny; Anna Zamecka sama stwierdziła, że chłopaka zwyczajnie nie da się reżyserować. W efekcie otrzymujemy naprawdę przejmujący obraz ludzi, których życie odbiega mocno wizji z od telewizyjnych seriali i sytuacji, jakich nie powinno być, ale jakich z pewnością jest wiele – gdy dzieci muszą przedwcześnie dorastać, gdy nie daje się im szansy przeżycia prawdziwego dzieciństwa, gdy muszą na swe barki brać obowiązki przekraczające ich siły.
Debiutancka „Komunia” Anny Zameckiej zbiera regularnie nagrody filmowe i ma już ich ładny zestaw: z Warszawy (WFF), Locarno, Lipsku, Mińsku i Jihlavie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Imagine
(2012, reż. Andrzej Jakimowski)
Jakimowski robi rzecz rzadko w kinie spotykaną – i na pierwszy rzut oka niemożliwą. Za pomocą obrazu opowiada nam o niewidzeniu. Historia niewidomego pedagoga, który przybywa do ośrodka dla niewidzących w słonecznej Lizbonie, by uczyć młodych (także niewidomych) trudnej sztuki orientowania się w przestrzeni jedynie za pomocą fal dźwiękowych, zachwyca pomysłowym scaleniem treści i filmowej formy, w którą zostaje ubrana. O dziwo, da się za pomocą widzialnego mówić o niewidzialnym – kino już dawno wytworzyło odpowiednie do tego narzędzia. Echolokacja zasięgnięta z życia, na kinowym ekranie przekształcona zostaje w tradycyjny suspens – dzięki któremu widz mając świadomość zagrożeń czyhających na bohaterów, mimowolnie angażuje się w opowieść i zawzięcie im kibicuje. O ile jednak filmowy suspens z reguły wyróżnia widza, nie bohatera, o tyle Jakimowski pozostawia w tym względzie wątpliwości: nie da się z całą pewnością osądzić, kto ma większe możliwości poznawcze – twórcy, ekranowe postacie czy sam widz. Poznawcze i kreacyjne de facto możliwości!, bo świat (nie)przedstawiony jest u Jakimowskiego tak podatny na interpretacje, że to, co zdaje nam się niemożliwe, może urzeczywistnić wola (wyobraźnia) bohaterów. Bądź na odwrót: realne w trakcie oglądania po seansie wcale takie zdawać się nie musi. Jedyne, co trwa, to tajemnica – nierozwiązana jeszcze długo po seansie.
Jedyne, czego po seansie nowego filmu Andrzeja Jakimowskiego nie musimy sobie wyobrażać, to nieograniczone możliwości kina. O ile bowiem głównym budulcem świata (nie)przedstawionego jest właśnie imaginacja, o tyle magia samego kina w trakcie seansu namacalnie ujawnia swoją moc. Jakimowski robi rzecz rzadko w kinie spotykaną – i na pierwszy rzut oka niemożliwą. Za pomocą obrazu opowiada nam o niewidzeniu. Historia niewidomego pedagoga, który przybywa do ośrodka dla niewidzących w słonecznej Lizbonie, by uczyć młodych (także niewidomych) trudnej sztuki orientowania się w przestrzeni jedynie za pomocą fal dźwiękowych, zachwyca pomysłowym scaleniem treści i filmowej formy, w którą zostaje ubrana.
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Róża
(2011, reż. Wojciech Smarzowski)
„Róża” to z pewnością jeden z najlepszych polskich filmów ostatniego dwudziestolecia, a nawet jeden z najlepszych polskich filmów wszech czasów. Wrażenie oszałamiające, Smarzowski sięgnął wreszcie po nie swój scenariusz (kolejny szok: za znakomity skrypt odpowiada znany wcześniej z zarżnięcia „Wiedźmina” Michał Szczerbic) i opowiedział odrobinę inną od dotychczasowych historię, choć mieszczącej się w skrajnie pesymistycznej estetyce swego kina. „Róża” to opowieść o miłości w wyjątkowo paskudnych czasach (naturalistyczna przemoc to jeden z głównych składników filmu), przedstawiająca losy jednostek na tle zapomnianego dziś dramatu całego narodu mazurskiego, koncertowo zagrana przez Marcina Dorocińskiego, Agatę Kuleszę i resztę aktorskiej ekipy, z szeregiem niezapomnianych scen. „Róża” to także bolesny wyrzut dla naszej historii, ale też uniwersalne pytanie o przyczyny przemocy i opresji. Nie wątpię, że kilka scen przejdzie do historii naszego kina – śmierć jednej z bohaterek pokazana w formie usypiania zmęczonego dziecka, szalony śmiech Lecha Dyblika i Marcina Dorocińskiego, zbiorowy gwałt, skrajnie poruszający finał… Film, o którym pamięta się jeszcze wiele tygodni po seansie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Wieża. Jasny dzień.
(2017, reż. Jagoda Szelc)
Spektakularny debiut reżyserski Jagody Szelc to film jednocześnie zupełnie niespodziewany i kompletnie odstający od wiodących nurtów w polskim kinie. „Wieży. Jasny dzień” równie daleko do małego realizmu co do tradycyjnie pojmowanej gatunkowości; pierwsza część filmu to naturalistyczne kino obyczajowe, a druga – horror czerpiący pełnymi garściami ze słowiańskiego folkloru. Połączenie tych odrębnych rejestrów (doskonale umotywowane także na płaszczyźnie fabularnej, na której oglądamy starcie dwóch bohaterek reprezentujących zupełnie odmienne poglądy na świat) składa się na jeden z najciekawszych i najbardziej odważnych debiutów dekady, w którym artystyczna brawura łączy się z doskonałym wyczuciem filmowej materii, umiejętnością wodzenia widza za nos i budowania osobnych światów. Jest to, mówiąc kolokwialnie, cholernie imponujące, przez co „Wieża…” zostaje w głowie na długie miesiące.
WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Dzień świra
(2002, reż. Marek Koterski)
Mało kto z taką przenikliwością ujął duszę polskości jak Marek Koterski w „Dniu świra”. No może poza Wojciechem Smarzowskim. Jednak to „Dzień świra” wyłonił bohatera naszych czasów: skrajnie wyczerpanego już o poranku, przytłoczonego śmieciowymi dodatkami do gazet, wiecznie na lekach, nieprzerwanie wściekłego, sfrustrowanego, niedopłacanego, niejadającego kolacji samotnie a w towarzystwie telewizora, będącego właścicielem „racji najmojszej” i na domiar złego – humanistę… Szesnaście lat od powstania tego filmu życie jeszcze bardziej zbliżyło przerysowanego Adasia Miauczyńskiego do rzeczywistości, a może to rzeczywistość zbliżyła się do Adasia? Tak czy inaczej, Koterski podstawił Polakom lustro i odbicie okazało się, łagodnie rzecz ujmując, nieciekawe i boleśnie szczere. Absurdy polskiej codzienności pojawiają się tu jeden po drugim, z głośnym, odautorskim komentarzem, podszyte skrajną nienawiścią, ale i nieoczywistym smutkiem. Od czasów „Domu wariatów”, los wydaje się od odpuścić Adasiowi żadnej trudności i nie wyleczył go z bezradności wobec jego sytuacji. Uczynił za to jego światopogląd coraz ostrzejszym, a samego bohatera – jeszcze bardziej zgorzkniałym.
• • •
Czytaj też:
koniec
« 1 2
5 listopada 2018

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Polecieć sobie po kulki
Jarosław Loretz

11 X 2021

Można nakręcić „Ad Astra” z gwiazdorską obsadą za 90 milionów dolarów, ale można podobną historię zaserwować też w cenie wakacji na Balearach. Oczywiście niski budżet niesie za sobą łatwo zauważalne konsekwencje…

więcej »

Z filmu wyjęte: Duchy na dorobku
Jarosław Loretz

4 X 2021

W dalekiej Tajlandii duchy też muszą zarobić jakoś na swoje utrzymanie. Szczególnie łatwo mają te posiadające wyuczony (za życia) zawód – na przykład dentyści.

więcej »

Nie przegap: Wrzesień 2021
Esensja

30 IX 2021

Bez zbędnych słów: oto zestawienie naszych wrześniowych recenzji.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

W otchłani jazzu
— Sebastian Chosiński

Usłyszcie ich krzyk!
— Sebastian Chosiński

Człowiek z rozgoryczenia
— Piotr Dobry

Sztuka? Gdzieś zaginęła. Ale szlak został przetarty
— Gabriel Krawczyk

Miłość zimna jak rozpalone żelazo
— Sebastian Chosiński

W miłości jak na wojnie
— Joanna Najbor

Krótko o filmach: Ptaki spiewają w Kigali (DVD)
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Twarz
— Grzegorz Fortuna

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Nie ten człowiek!
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.