Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 6 7 8 9 10 »

Esensja

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
30. Kin-dza-dza! (1986, Кин-дза-дза!, reż. Gieorgij Danelija)
Notka w języku czatlano-pacakskim:
Ku. Ku ku ku, ku ku ku ku – ku, ku, ku. Ku ku ku ku ku, ku ku ku ku ku; ku ku ku ku ku. Ku ku, ku ku ku ku – ku, ku. Ku ku ku (ku ku, ku, ku ku ku ku), ku ku ku. Ku, 1986 ku ku ku (ku!). Ku ku ku; ku ku ku ku ku, ku ku ku, ku. Ku ku ku. Ku, ku ku ku pepelac; ku, ku ku ku (ku ku). Ku ku ku ecylopp ku ku ecych. KC ku ku ku ku ku. Ku ku ku – cak. Ku ku ku ku, ku ku ku; ku ku – ku ku ku – ecylopp ku ku ku. Kiu!
Wolne tłumaczenie na język polski:
Ku. [idiom nieprzetłumaczalny na język polski – przyp. SCh] „Kin-dza-dza!” to bezsprzecznie najsmutniejsza komedia science fiction wszech czasów. Jej autorem jest Gruzin Gieorgij Danielija, w Związku Radzieckim specjalista od dostarczania inteligentnej i zmuszającej do głębszego zastanowienia rozrywki (wystarczy przypomnieć zrealizowane cztery lata wcześniej, przy pomocy scenariuszowej Kira Bułyczowa, „Łzy płynęły”). Film nakręcił w 1986 roku przede wszystkim w dalekim od Moskwy Turkmenistanie, na pustyni Kara-kum, dzięki czemu mógł uniknąć ciągłego wtrącania się do jego pracy cenzorów i innych urzędników odpowiadających za spolegliwość sowieckich kinematografistów. A było to o tyle ważne, że Danielija postanowił uczynić ze swego dzieła groteskową antyutopię, o sile oddziaływania nie mniejszej niż „My” Eugeniusza Zamiatina, „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya czy „Rok 1984” George’a Orwella. Filmowi Gruzina bliżej było jednak do absurdalnej wizji przedstawionej w „Seksmisji” Juliusza Machulskiego, chociaż położył on znacznie większy nacisk na podtekst polityczny.
Akcja rozgrywa się na pustynnej planecie Pliuk, na którą przypadkowo zostają przeniesieni dwaj mieszkańcy Moskwy – robotnik-budowlaniec wujek Wowa i student-skrzypek Gedewan. Na pierwszy rzut oka wydaje się ona niezamieszkała. Ale to mylne wrażenie, po prostu całe życie przeniosło się pod powierzchnię; po niej poruszają się tylko ci, co muszą. Na przykład Uef i Bi. To wędrowni artyści, którzy latają z miejsca na miejsce pepelacem i występują przed tymi, którzy chcą ich oglądać i słuchać; w ten sposób zarabiają na życie. Choć współpracują ze sobą od dawna, nie są równi statusem. Mieszkańcy planety dzielą się bowiem na dwie grupy. Dominującą są Czatlanie, do których należy cwany i przebiegły Uef, natomiast podległą im – Pacaki, których reprezentuje znacznie mniej rozgarnięty, ale za to dobrotliwy Bi. Uef, trafiwszy na Ziemian, nie ma najmniejszej ochoty im pomagać, lecz okazuje się, że mają oni przy sobie KC, które na Pliuku jest dobrem najwyższym. W zamian za nie gotowy jest nawet odtransportować wujka Wowę i Gedewana z powrotem na trzecią planetę od Słońca. Zanim jednak do tego dochodzi, niespodziewani przybysze przeżywają całą masę – znacznie częściej smutnych niż radosnych – przygód, przy okazji poznając reguły rządzące planetą. Która nie jest niczym innym jak przedstawionym w krzywym zwierciadle portretem Związku Radzieckiego epoki Breżniewowskiej. Kiu! [przekleństwo, które pozwolimy sobie nie przetłumaczyć – przyp. SCh]

Więcej o animowanym remake’u: „Ku! Kin-dza-dza”.

Sebastian Chosiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
29. Jin-Rô (1999, reż. Hiroyuki Okiura)
Akcja obrazu Hiroyukiego Okiury rozgrywa się dziesięć lat po Wielkiej Przegranej. Nawet gdybyśmy uznali, że owa Wielka Przegrana ma symbolizować klęskę Japonii w II wojnie światowej, to Kraj Kwitnącej Wiśni przedstawiony w „Jin-Rô” trudno uznać za jego odwzorowanie anno domini 1955. Mamy tu bowiem do czynienia ze światem przyszłości – to przynajmniej sugerują nowinki techniczne. Kraj, izolowany na arenie międzynarodowej, popada w gospodarczą degradację. Przeludnione miasta, kryzys, rosnące bezrobocie prowadzą do niepokojów społecznych. Coraz większą popularność zdobywają w społeczeństwie partie ekstremistyczne, które do walki z rządem tworzą własne oddziały zbrojne. Opozycyjny Front Demokratyczny okazuje się mało skuteczny w swym działaniu, dlatego też jego miejsce szybko zajmuje na poły terrorystyczna grupa rewolucjonistów, zwana przez władze „Sektą”. Rząd stara się przeciwdziałać niezadowoleniu społecznemu, które może doprowadzić państwo na skraj wojny domowej. Tworzy więc nową zmotoryzowaną, pancerną jednostkę, Policję Bezpieczeństwa Miejskiego; stacjonuje ona wyłącznie w Tokio, jest wyposażona w nadzwyczajne uprawnienia.
Jej pojawienie się na ulicach miasta zamiast jednak uspokoić sytuację, doprowadza do frontalnego starcia z „Sektą”. Rewolucjoniści posługują się odwieczną bronią terrorystów: „koktajlami Mołotowa” i bombami własnej roboty. Walczącym dostarczają je młode, nie wzbudzające większych podejrzeń, kilkunastoletnie dziewczynki, nazywane „Czerwonymi Kapturkami”. Na trop jednej z nich wpada Fuse Kazuki, funkcjonariusz Korpusu Pancernego, specjalnej jednostki wydzielonej z Policji Bezpieczeństwa Miejskiego. Fabuła „Jin-rô” (do której przyłożył rękę między innymi Mamoru Oshii) rozwija się bardzo wolno, ale mimo to ani przez moment nie odczuwamy dłużyzn; więcej nawet: pozwala to na chłonięcie niezwykle plastycznych, wysmakowanych obrazów, z których składa się cały film. Ogromne wrażenie robi niezwykle umiejętna, wysmakowana gra światłocieniami (podziemna sieć kanałów, ulice Tokio, niemal bez przerwy padający deszcz i ciemne chmury zasnuwające niebo nad miastem), która wpływa na niepowtarzalny klimat filmu i czyni z niego niezapomniany, pełen melancholii poemat grozy. I co najważniejsze, bo wcale nie takie oczywiste – obeszło się bez happy endu.
Sebastian Chosiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
28. Metropolis (1927, reż. Fritz Lang)
Pierwszy pełnometrażowy film SF – a nadal imponuje. Monumentalne scenografie i ekspresjonizm połączony został przez Fritza Langa z socjalistycznymi i wczesnochrześcijańskimi ideami. Wizja podzielonego społeczeństwa, w którym garstka przemysłowych elit niczym Eloje żyje w beztrosce i korzysta z pracy rzesz trzymanych w podziemiach robotników na drodze do przekształcenia się w Morloków, o dziwo nie zachwyciła H.G. Wellsa. Autor, który w „Wehikule czasu” ukazywał wszak podobną perspektywę rozwoju ludzkości, zarzucił filmowi niemądre ukazanie automatyzacji i postępu, a także kliszowość, przejawiającą się w wykorzystaniu motywów z „Frankensteina”, „R.U.R.” i jego własnej prozy. Ciekawe, co powiedziałby Wells, gdyby wiedział, że do celów nagrania sceny zalania podziemnych poziomów robotniczego miasta 500 dzieci z biednych dzielnic Berlina pracowało 14 dni w basenie, w którym wodę celowo utrzymywano zimną. „Metropolis” zrobiło natomiast wielkie wrażenie na Goebbelsie, doceniającym wizję sprawiedliwości społecznej i odrzucenia „politycznej burżuazji”. Dopiero później film Langa zyskał ogólne uznanie krytyki i fanów, zaś w latach 80. powrócił do popkultury dzięki sławnemu teledyskowi Queen do „Radio Ga Ga”, nagranemu wskutek inicjatywy Giorgio Morodera, który wypuścił na rynek odnowioną wersję filmu ze ścieżką dźwiękową współczesnych rockowych artystów. W 2005 i 2008 r. w Nowej Zelandii i Argentynie odkryto dłuższe wersje „Metropolis”, zawierające sceny z pierwotnego montażu, które do tej pory uważano za zaginione. Obecnie historia przemiany bogatego Fredera, jego miłości do biednej Marii, szalonego naukowca Rotwanga, budującego kobietoidalnego robota, i robotniczego buntu, grożącego upadkiem przemysłowego Babilonu jest klasyką nie tylko kina fantastycznego, ale kina w ogóle.
Michał Kubalski

Więcej o filmie:
Tetrycy o „Metropolis

WASZ EKSTRAKT:
90,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
27. Moon (2009, reż. Duncan Jones)
Całkowita samotność i niewyobrażalna tęsknota, to prócz robota GERTYego, jedyni towarzysze smutnej egzystencji Sama Bella na Księżycu. Nie wiemy, dlaczego nań trafił – możemy jedynie przypuszczać, że został tam zesłany w konsekwencji swego hulaszczego, nieodpowiedzialnego trybu życia. Ale kosmiczna banicja odmieniła Sama i teraz zostały mu już tylko dwa tygodnie do finału wygnania, powrotu na Ziemię do ukochanej żony i córeczki. Jednak im bliżej repatriacji, tym więcej dziwnych zjawisk obserwuje jedyny rezydent i pracownik stacji Sarang, której głównym celem jest dostarczanie energii mieszkańcom Ziemi. Gdy pewnego dnia Bell zapuszcza się w głąb Księżyca, by naprawić jedną z maszyn, odkrywa, że – paradoksalnie – Sam nie jest sam na Księżycu… Jak to możliwe, że z pięciomilionowym budżetem Duncan Jones był w stanie wyreżyserować tak świetny, również pod względem scenografii, film? I to w 33 dni? Fenomen jakich mało, ale nie precedens: weźmy na przykład „Dystrykt 9”, który choć zrealizowany niskim nakładem, jakościowo nie odbiegał od bardziej prestiżowych produkcji. w „Moonie” zaserwowano widzom świetną oprawę wizualną (te kolory, ta scenografia!), muzyczną (Hats off to Mr Mansell!) i – przede wszystkim – nietuzinkową opowieścią o pewnym, po części tragicznym, bohaterze. Sam Bell nie musi walczyć z potworami, z brakiem grawitacji czy własną psychiką – jego największym wrogiem jest jak zwykle ludzka zachłanność i naiwność. W „Moonie” łatwo wyczuć, że reżyser Duncan Jones po prostu kocha ten gatunek i inspirowany filmami sci-fi z młodości: „Odyseją kosmiczną”, „Solarisem” czy „Obcym”, nie wahał się ani chwili, aby móc zrealizować swoją własną wizję przyszłości. Perełką i wielkim zasłużonym znakomitości tego, zdecydowanie niedocenionego (pod względem oglądalności) dramatu jest Sam Rockwell, z myślą o którym – jak podają różne wiki- i google-źródła – został napisany tenże właśnie scenariusz. Dramat Sama Rockwella, opowiedziany w sposób prostolinijny i niezwykle spokojny, po raz kolejny podsuwa widzom pytanie: czy ludzie rzeczywiście dojrzeli do możliwości, jakie daje klonowanie?
Joanna Pienio

Więcej o filmie:
Recenzja Jakuba Gałki „Inner space w księżycowej scenerii
Minirecenzja Urszuli Lipińskiej
„Moon” w zestawieniu najlepszych filmów III kwartału 2010 roku według Esensji i Stopklatki
Tetrycy o „Moon

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
26. Zakochany bez pamięci (2004, Eternal Sunshine of the Spotless Mind, reż. Michel Gondry)
Wiem, jakie pytanie zadacie sobie od razu: czy aby na pewno „Zakochany bez pamięci” to SF? Oczywiście, że tak! „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” jest w gruncie rzeczy nakręcony według sprawdzonych reguł gatunku – do naszego świata wprowadzamy nieznaną dotychczas technologię i obserwujemy, jak wpływa na ludzi, jednocześnie próbując coś interesującego o nich powiedzieć. Tu technologią ową będzie urządzenie pozwalające na usuwanie z pamięci wybranych wspomnień. „Zakochany bez pamięci” nie poddaje się więc brzytwie Lema – straci sens, jeśli usuniemy z niego wątek SF. Ale oczywiście nie będę udawał, że naukowe podstawy nowej technologii mają jakiekolwiek znaczenie dla filmu Gondry′ego do scenariusza jednego z najgłośniejszych twórców filmowych skryptów ostatnich lat Charliego Kaufmana. Bo „Zakochany bez pamięci” to film właśnie o naturze… pamięci, ale tez o tym, co właściwie określa ludzi. To film także o ludziach, o międzyludzkich relacjach, o naturze miłości, podany na dodatek w niesamowitej onirycznej formie, zagrany kapitalnie przez Jima Carreya i Kate Winslet, film pobudzający do wielu różnorodnych refleksji, zachęcający do kolejnych seansów (przyznam, że nie da się w tych kilka zdaniach opisać całą jego złożoność, wszystkich odsyłam więc do obszerniejszego tekstu, który niegdyś napisałem). Film jednocześnie dziwny, oryginalny, ale też głęboko ludzki. Film pokazujący jak ciekawe i nietypowe fabuły można tworzyć za pomocą tradycyjnych gadżetów fantastyki naukowej.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
Recenzja Konrada Wągrowskiego „Pamiętaj mnie…
Recenzja Ewy Drab wydania DVD
2 miejsce „Zakochanego bez pamięci” w rankingu 100 najlepszych filmów dekady według Esensji oraz 7 miejsce w rankingu 50 najlepszych filmów o miłości
O „Zakochanym bez pamięci” w walentynkowym artykule Ewy Drab
„Zakochanym bez pamięci” w redakcyjnej dyskusji o porażkach i sukcesach roku 2004
Tetrycy o „Zakochanym bez pamięci

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
25. Delikatesy (1991, Delicatessen, reż. Marc Caro, Jean-Pierre Jeunet)
„Delikatesy” to film, którym poznaliśmy nazwisko Jean-Pierre Jeuneta (tu jeszcze w towarzystwie Marca Caro, który tak błyskotliwej kariery nie zrobił) i największe osiągnięcie tego reżysera w dziedzinie fantastyki. Ani późniejsze dzieło duetu, czyli „Miasto zaginionych dzieci”, ani samodzielnie wyreżyserwana przez Jeuneta (i najsłabsza z tej trójki filmów) czwarta część „Obcego”, nie wywarły takiego wrażenia na widzach i krytykach. Wszystkie natomiast są dziś w cieniu komercyjnego i artystycznego sukcesu „Amelii”.
Głównym związkiem „Delikatesów” z fantastyką jest postapokaliptyczny (a już co najmniej ginący) świat, na którego tle rozgrywa się opowieść ciążąca w stronę groteskowej czarnej komedii. Jedyna zamieszkana w opuszczonej dzielnicy kamienica nie skrywa przed widzem najmroczniejszego ze swoich sekretów: problemy z dostawami żywności mieszkańcy przy pomocy Rzeźnika rozwiązują poprzez regularne zatrudnianie nowych pracowników technicznych. Nie wie tego nowy lokator Louison, który w krótkim okresie konsumowania zapasów po jego poprzedniku zdąży zakochać się w córce Rzeźnika. Jednak „Delikatesy” to przede wszystkim nie fabuła, a zbiór fascynujących charakterów, oryginalnych scen (erotyczna z udziałem Rzeźnika i bodaj wszystkich lokatorów, wyrafinowane próby samobójcze żony Introligatora) i uroczo precyzyjny scenariusz, w którym żaden element nie jest przypadkowy.
Robione za niewielkie pieniądze „Delikatesy” bronią się również wizualnie. Kosztem ograniczenia (niepotrzebnych) plenerów na rzecz wystylizowanej scenografii i kolorystycznie wysmakowanych zdjęć, powstał obraz bogaty i spójny. Wspólne dzieło niepospolitej wyobraźni jego twórców i charakterystycznych, znakomicie dobranych aktorów.
Artur Chruściel

Więcej o filmie:
13 miejsce „Delicatessen” w rankingu 100 najlepszych filmów grozy wszech czasów według Esensji

WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
24. Incepcja (2010, Inception, reż. Christopher Nolan)
Każdy (albo prawie każdy) zadawał sobie w pamiętnym roku 2010 pytanie – czy bączek przestał się kręcić? Rozgrywana na kilku planach opowieść o świadomym śnieniu dorobiła się czterech Oscarów (za zdjęcia, dźwięk, montaż tegoż oraz efekty specjalne), ale chyba dużo bardziej w pamięci widza pozostawały zakręcone w scenariuszu niemal do niemożliwości kolejne, coraz głębsze, poziomy schodzenia bohaterów w głąb snu. Leonardo DiCaprio jako ścigany zbieg-włamywacz do cudzych snów wraz ze swoją drużyną usiłuje wykonać zadanie polegające na zakradnięciu się do snu i zaszczepieniu w nim pewnej idei (takie działanie to właśnie tytułowa „incepcja”). Zadanie jest dla głównego bohatera o tyle ważne, że wraz z nim może on odzyskać swoje dawne życie i przestać uciekać. W penetrowaniu cudzej podświadomości natrafia jednak na godnego siebie przeciwnika, piętrzącego przeszkody, które wydają się być – no właśnie, nie do końca sprawką samego przeciwnika. Od strony formalnej film jest świetnie zrealizowany – Oscar za zdjęcia i efekty specjalne zdecydowanie zasłużony, obrazowi towarzyszy muzyka w klasycznie zimmerowskim stylu. Oprócz, co oczywiste, głównej roli Leonardo DiCaprio, na uwagę zasługuje znakomicie obsadzony drugi plan (Joseph Gordon-Levitt, Ellen Page, Tom Hardy, Michael Caine i wciąż można wyliczać dalej). Niektórzy zarzucali „Incepcji” przerost formy nad treścią – pewnie ci, którzy zazdrościli Christopherowi Nolanowi odkrycia nowej niszy na rynku.
Karolina Ćwiek-Rogalska

Więcej o filmie:
Recenzja Ewy Drab „Wygrać z podświadomością
21 miejsce „Incepcji” w rankingu 100 najlepszych filmów dekady
„Incepcja” najlepszym filmem III kwartału 2010 oraz drugim najlepszym filmem roku 2010
Dyskusja o porażkach i sukcesach roku 2010
Tetrycy o „Incepcji

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
23. Brazil (1985, reż. Terry Gilliam)
W „Brazil” Terry Gilliam w inteligentny i porywający sposób połączył orwellowską wizję totalitarnego państwa, kafkowskie zagubienie człowieka w machinie papierkowo-urzędniczej z własnym, charakterystycznym stylem, wykształconym dzięki owocnej współpracy z grupą Monty Pythona. Głównym bohaterem filmu jest szeregowy urzędnik Ministerstwa Informacji Sam Lowry (fenomenalny Jonathan Pryce), skrycie marzący o heroicznych czynach i gorącej miłości. Pewnego dnia odkrywa, że w wyniku błędu drukarskiego, zamiast groźnego terrorysty, aresztowano niewinnego człowieka. Lowry starając się naprawić pomyłkę, wpada w coraz większe tarapaty, które prowadzą do tego, że staje się symbolem walki ze skostniałym systemem. Jak zwykle w przypadku obrazów Gilliama, fabuła naszpikowana jest absurdalnym humorem i fascynującymi szczegółami, które dostrzec można dopiero w czasie kolejnych seansów. Poza wymienionymi wyżej odniesieniami, reżyser ostro piętnuje również konsumpcyjne społeczeństwo (tu symbolem może być dama, która pomimo tego, że jej ciało poddane licznym zabiegom upiększającym, ulega coraz większemu rozkładowi, ślepo wierzy swojemu chirurgowi plastycznemu) i tak jak w późniejszym o kilka lat „Fisher Kingu”, żywi przekonanie, że ludzkość może być uratowana tylko dzięki miłości. Do tego dochodzi szalona scenografia (nominacja do Oscara) i rewelacyjne, wciąż robiące spore wrażenie efekty specjalne. Wszystko to sprawia, że obok tego filmu nie można przejść obojętnie i choć późniejsze dzieła reżysera w postaci wspomnianego „Fisher Kinga” i „12 małp”, popularnością biją „Brazil” o głowę, to pod względem jakości jest to ta sama, pierwsza liga.
Piotr „Pi” Gołębiewski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
22. Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977, Close Encounters of the Third Kind, reż. Steven Spielberg)
„Bliskie spotkania III stopnia” powstały z połączenia fascynacji Spielberga zjawiskiem deszczu meteorytów i… piosenką z „Pinokia”. Pierwotnie film miał jednakże wyglądać diametralnie inaczej. Fabuła o tytule „Kingdom Come” kosmitów traktowała po macoszemu, a główny bohater miał być stróżem prawa z przygodami rodem z… Jamesa Bonda. Ostatecznie zrezygnowano z pomysłu kina stricte przygodowego, a punkt wyjścia zaczepiono wokół tajemnicy trójkąta bermudzkiego, gdzie zaginione obiekty jakoby miały być przechwytywane przez UFO. Tym samym Spielberg idealnie wpasował się w ówczesną fascynację kosmitami, podsycaną coraz śmielszym wkraczaniem ludzkości w erę podboju kosmosu. „Bliskie spotkania III stopnia” to zresztą jeden z pierwszych filmów, po których naprawdę poczuliśmy, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie. Umiejętnie dawkowane napięcie dziś można uznać za wzorcowe, oparcie się pokusie zdradzenia zbyt wiele o przybyszach z innego świata, wręcz za unikat. Z Obcymi naocznie w filmie stykamy się bowiem dopiero w finale, a samego statku-matki w środku (w wersji finałowej) nie widzimy w ogóle. O wartości „Bliskich spotkań…” niech świadczy fakt, iż wraz z wejściem na ekrany niemal z miejsca zyskał miano kultowego i wraz z legendarnym muzycznym motywem przeszedł na zawsze do klasyki kina. Co ciekawe, John Williams musiał skomponować ponad trzysta pięciotonowych dźwięków, zanim Spielberg wybrał ten właściwy…
Kamil Witek
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
21. Coś (1982, The Thing, reż. John Carpenter)
Tą opowieścią raz tylko sięga się do inwentarza SF, by wyciągnąć z niego to, co stosowne w innym gatunku – horrorze. Boimy się przecież tego, co nieznane, czym więc wywołać większy strach, jak nie, z definicji niepoznanym, Obcym: tutaj amorficznym i niewidzialnym, zdolnym skryć się w każdym z nas. W inscenizacyjnie („przerażająco” dopracowane efekty gore) i klimatycznie (minimalistyczne kompozycje Ennio Morricone) najdoskonalszym filmie twórcy „Halloween” najpierw ciekawość i napięcie, następnie groza, a ostatecznie paranoja bohaterów wychodzi z ekranu, by udzielić się nam. Z tej paranoi, gdy nadejść ma nieuchronne, odżywają na nowo dzikie instynkty; nie ma szans na solidarność bohaterów ani nasze pełne utożsamienie z którymś z nich. Druga adaptacja na ekran opowiadania Johna W. Campbella Jr., zatytułowanego „Who Goes There?”, tym razem luźno wykorzystująca motywy w nim zawarte, w przeciwieństwie do pierwszego filmu („The Thing From Another World” (1951) Howarda Hawksa), przygnębia gęstą atmosferą nihilizmu rodem z filmów George’a A. Romero. W zimnym, wyjętym ze społeczeństwa świecie bohaterów Johna Carpentera nie ma już nadziei. W obliczu bezrozumnego Obcego, gorzka ironia wyrażona w finale nie przynosi już żadnej ulgi.
Gabriel Krawczyk

Więcej o filmie:
„Coś” w Wielkim Kanonie Kina Grozy według czytelników Esensji oraz wśród 10 najciekawszych podróbek „Obcego”

« 1 6 7 8 9 10 »

Komentarze

« 1 21 22 23
14 X 2020   21:05:37

Jeśli Stalker jest filmem sf to powinien być na 1 miejscu, bo jest jednym z najwybitniejszych filmów wszech czasów, niezależnie od gatunku. Jednak film sf to nie jest.

12 IV 2021   12:23:42

Wszyscy robią Top 100 a ja bym chciał wszystkie filmy w jednym miejscu

04 XI 2021   14:58:01

To na którym miejscu ląduje nowa "Diuna"?

12 XII 2021   12:09:45

Jeden z rankingów z którym nie mogę polemizować. No, może oprócz WALL-e.

13 XII 2021   13:53:41

Od początku trochę mnie dziwi obecność zupełnie przecież niefantastycznonaukowych gwiezdnych wojnów, niemniej ja się na filmach nie znam. W każdym razie jeśli mowa o tych, które widziałem, trudno mi większości tej listy nie zaakceptować — chociaż zamieniłbym „Mroczne miasto” i „Matriksa” miejscami.

22 I 2022   23:39:13

Jak zobzaczyłem Głębię i Kontakt na 74 i 73 miejscu to resztę rankingu mogę sobie darować. serio? ....takie perełki

07 V 2022   22:15:02

A mnie dziwi nieco status Terminatora. Na pewno nie dałbym tego do czołówki. Zwykły film s-f jakich wiele. W niczym nie lepszy od Robocopa, Predatora czy kinowych pierwszych czterech Star Treków, a w szczególności The Motion Picture bo ten to obie części wręcz deklasuje. I to jest prawdziwe arcydzieło gatunku a nie jakaś nawalanka. Tron, Gry wojenne czy klasyki s-f z lat 50-tych też w niczym temu nie ustępują. Terminator to stanowczo przeceniany film, jest dobry lecz w niczym nie przewyższa wszystkich wymienionych. To tylko kolejny niezły saj faj - arcydzieło z tego żadne.

« 1 21 22 23

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: W pogoni za oryginalnością czyli Horror pod ścianą III
Jarosław Loretz

23 V 2022

Zostawmy głowy (z poprzednich odcinków) w spokoju. Dzisiaj coś specjalnego. Crème de laaa… No dobrze, może nie przesadzajmy.

więcej »

Z filmu wyjęte: W pogoni za oryginalnością czyli Horror pod ścianą II
Jarosław Loretz

16 V 2022

W poprzednim odcinku przedstawiłem odwróconą do góry nogami głowę. No to teraz coś z innej – choć w sumie podobnej – beczki…

więcej »

Z filmu wyjęte: W pogoni za oryginalnością czyli Horror pod ścianą
Jarosław Loretz

9 V 2022

W ostatnich latach nasila się przeświadczenie, że w kinie grozy było już wszystko. Niektórzy twórcy wyłażą więc ze skóry, żeby pokazać, iż jest to opinia pozbawiona podstaw. Efekty tego są niekiedy dyskusyjne.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.