Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 2 3 4 10 »

Esensja

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
90. Mad Max (1979, reż. George Miller)
RedNacz Esensji bardzo się dziwił, że w głosowaniu członków redakcji „Mad Max” o włos wygrał z „Mad Maxem 2”. Owszem, „dwójka” była „czystym” filmem post-apo, kwintesencją postapokaliptycznego szyku i designu i wywarła decydujący wpływ na wszystkie późniejsze obrazy w filmach i grach (co szczególnie dobrze widać w serii gier „Wastelands” i „Fallout”, w których pojawia się nie tylko skórzana kurtka Maxa Rockatansky′ego i jego pies-towarzysz, ale i punkowi obszarpańcy – Raidersi). Ale właśnie dlatego „jedynka” jest ciekawsza. Tutaj cywilizacja jeszcze nie upadła, chociaż nie jest od tego daleka: istnieje telewizja, elektryczność, kluby taneczne, prawnicy, no i namiastka sił prawa i porządku – Main Force Patrol. Fakt życia w schyłkowej fazie cywilizacji, symbolizowany odpadającymi literami na gmachu Hall of Justice, nie jest oczywisty dla mieszkańców nienazwanego miasteczka gdzieś w Australii. Właśnie te elementy rozwiniętej cywilizacji, współistniejące z degenerującymi się realiami społecznymi, czynią ten film wyjątkowym. Bo sama historia gliniarza, który sfrustrowany niemocą wymiaru sprawiedliwości i opętany żądzą zemsty bierze sprawy w swoje ręce, oryginalną przecież nie jest.
Michał Kubalski
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
89. Super 8 (2011, reż. J.J.Abrams)
Teoretycznie „Super 8” jest następcą „E.T.”. Ale jest to potomek mroczniejszy, brutalniejszy, choć niepozbawiony humoru – mieszanka „E.T” z pierwszym „Alienem”. Tym razem sympatyczna banda dzieciaków z przedmieść odkrywa obcego, który nie zbiera kwiatków i nie goi zranionych palców – ten kosmita jest wredny, brzydki i niebezpieczny. Mocnym atutem „Super 8” są sceny kręcenia tytułową kamerą amatorskiego filmu o zombie – właśnie „na planie” tego filmu nastolatkowie są świadkami dziwnego wypadku pociągu, przewożącego niesamowitego i groźnego pasażera. Senne miasteczko zmienia się z alarmującą prędkością w otoczone wojskiem miejsce zaginięć i krwawych starć, a nastoletni bohaterowie muszą walczyć o życie swoje i bliskich. Wprawdzie podobnie jak w klasyce Spielberga głównym Złym stają się agendy rządowe, usiłujące zatrzymać i dogłębnie zbadać przybysza, a dziecięca ciekawość ratuje sytuację, ale i zakończenie filmu jest o wiele bardziej niejednoznaczne i budzi mieszane uczucia. Czy taki był właśnie cel Abramsa, łączącego elementy spielbergowskie we własnym, odmiennym stylu?
Michał Kubalski

Więcej o filmie:
Recenzja Krzysztofa Czapigi „Być jak Steven Spielberg
Tetrycy o „Super 8

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
88. Gdy zderzają się światy (When Worlds Collide, 1951, reż. Rudolph Maté)
Czego w tym filmie nie ma! Mamy tu całkowitą zagładę Ziemi, pierwszą podróż kosmiczną w historii ludzkości, cynicznego bohatera przechodzącego przemianę, zalany wodą Nowy Jork, krajobrazy obcej planety, rywalizację o kobietę, biblijne nawiązania – a wszystko to zaledwie w ciągu 80 minut seansu! „Gdy zderzają się światy” to jeden z pierwszych filmów katastroficznych, a przynajmniej pierwszych na taką skalę. Do Ziemi zbliża się gwiazda Bellus z krążącą wokół niej planetą Zyrą, jak wyliczyli astronomowie (którym oczywiście z początku nikt nie wierzy), najpierw obok Ziemi przejdzie Zyra, wywołując ogromne pływy i trzęsienia ziemi, a kilkanaście dni później uderzy w naszą planetę Bellus, całkowicie ją unicestwiając. To nie „Armageddon”, nie da się wysłać ekipy wiertniczej na gwiazdę, by rozsadzić ją od środka, koniec świata jest więc pewny. Istnieje jednak mała nadzieja dla ludzkości – w ciągu najbliższego roku powinno udać się wyprodukować rakietę, która grupkę 40 mężczyzn i kobiet przeniesie na Zyrę, szczęśliwie o warunkach zbliżonych do ziemskich. Oczywiście naukowe podstawy tej opowieści są równie wątłe jak szanse Ziemi na ocalenie (podróżująca po kosmosie gwiazda? planeta przypadkowo identyczna z Ziemią), do tego mamy właściwy dla starszych filmów specyficzny rasizm (wśród grupy przeznaczonych ocalenia nie ma przedstawicieli żadnej innej rasy niż biali), ale ma on charakterystyczny czar produkcji z lat 50. i rozmach fabularny rzadko spotykany w filmach z tego okresu.
Konrad Wągrowski
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
87. O człowieku, co malał (1957, Incredible Shrinking Man, reż. Jack Arnold )
Głos w dyskusji: „Czy rozmiar ma znaczenie?”. Reżyser Jack Arnold odpowiada na postawione pytanie twierdząco, choć argumentuje je niemalże z katechizmem w dłoni. Przecież w oczach Boga każde stworzenie spełnia określoną rolę w przyrodzie, zapewniając ład i równowagę we wszechświecie. Ale od początku. Scott (Grant Williams) i Louise (Randy Stuart) Careyowie rozkosznie wylegują się na jachcie, obdarowując się słodkimi złośliwościami. Ta sielanka zostaje jednak przerwana przez pojawiającą się ni stąd ni zowąd chmurę, która oblepia głównego bohatera błyszczącym pyłem. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Scott zaczął się nieprawdopodobnie zmniejszać (jak głosi jeden z wariantów polskiego tytułu), co nie tylko spowodowało szereg problemów natury krawieckiej, ale z czasem zmieniło się w walkę na śmierć i życie. Nie wspominając już o ciężarze emocjonalnym, jakim został poddany konus. Lecz mimo swojego beznadziejnego położenia Scott wciąż był człowiekiem, szczytowym osiągnięciem ewolucji, co dawało mu intelektualną przewagę nad otaczającym go światem (wspomnijmy pojedynek z kotem lub pająkiem, które mimo prymitywności efektów specjalnych potrafią skupić uwagę współczesnego widza). Choć pewnie żona głównego bohatera widziałaby swojego miniaturowego męża w roli rodem z almodovarovskiego „Porozmawiaj z nią”.
Krystian Fred
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
86. Faceci w czerni (1997, Men in Black, reż. Barry Sonnenfeld)
Okazuje się, że o spiskach, mających na celu utrzymać w tajemnicy obecność na Ziemi najprawdziwszych kosmitów, można kręcić nie tylko poważne „iksfajle”, ale i komediowe i pełne akcji blockbustery. Chociaż zapewne bez „iksfajli”, które spopularyzowały tę tematykę i sam termin „men in black” jako zbiorcze określenie anonimowych agentów najtajniejszych z tajnych, sukces „Facetów w czerni” nie byłby tak natychmiastowy. Co otrzymujemy? Willa Smitha w apogeum popularności, Tommy′ego Lee Jonesa w twardzielskiej, mentorskiej, a przy tym nieodparcie komicznej roli (którą Clint Eastwood odrzucił!), a także Vincenta D′Onofrio w roli „garniturka z Edgara”, masę pościgów, dramatycznych zwrotów akcji, no i grożącą światową zagładę. Ale nie można też zapomnieć o demaskacjach, którym dziwi się grany przez Smitha agent J – a my w sumie wcale, bo chyba każdy podejrzewał Dennisa Rodmana o bycie kosmitą.
Michał Kubalski
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
85. Pacific Rim (2013, reż. Guillermo Del Toro)
Fabuła jest prosta, bohaterowie zostali wykrojeni z gatunkowych szablonów, a finał można od początku przewidzieć – to wszystko prawda i mniej więcej na tego typu zarzutach skupiali się krytycy „Pacific Rim”. Nowa produkcja Guillerma del Toro nie jest zresztą ani najlepszym jego filmem (ten tytuł zawsze będzie prawdopodobnie nosił „Labirynt Fauna”), ani najważniejszym filmem science-fiction ostatnich lat. Ale cholera, jak to się ogląda! Del Toro przypomina w „Pacific Rim”, że twórcom Kina Nowej Przygody, które narodziło się w USA przeszło trzy dekady temu, chodziło przede wszystkim o to, by widz poczuł się na sali kinowej jak małe dziecko, zafascynowane wszystkim, co widzi na ekranie. Podczas gdy rzemieślnicy tacy jak Michael Bay czy Roland Emmerich odcinają kupony za pomocą cynicznych festiwali efektów specjalnych, które nie budzą właściwie żadnych emocji, del Toro stara się trafić w tę młodzieńczą fascynację kinowym widowiskiem, która tkwi gdzieś w głębi każdego, nawet dorosłego, widza. I udaje mu się to w pełni, bo jego film jest angażujący, emocjonujący, znakomicie zrealizowany i mimo pomniejszych wad po prostu działa. Od lat nie było w kinach blockbustera, który byłby tak blisko idei Kina Nowej Przygody i który sprawiałby tak dużo frajdy.
Grzegorz Fortuna

Więcej o filmie:
Recenzja Grzegorza Fortuny „Apokalipsa według Guillermo del Toro
Minirecenzja Małgorzaty Steciak
„Pacific Rim” w 10 najlepszych filmach III kwartału 2013

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
84. Wojna światów – następne stulecie (1981, reż. Piotr Szulkin)
Zacznijmy od mocnego stwierdzenia – „Wojna światów – następne stulecie” Piotra Szulkina jest najlepszym polskim filmem fantastycznonaukowym wszech czasów. Z jednej strony to oczywiście sformułowanie nobilitujące – wszak bycie czołowym przedstawicielem jakiegoś gatunku filmowego to sprawa nie do wzgardzenia. Z drugiej strony jednak, powiedzmy sobie szczerze – konkurencja nie jest wielka… Ale oczywiście nie to decyduje o znaczeniu filmu nie tylko dla całości polskiej kinematografii, ale i dla samego gatunku. Szulkinowi, podobnie zresztą jak w „Golemie”, udało się w „Następnym stuleciu” upiec trzy pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze – bardzo kreatywnie odniósł się do fantastycznej klasyki (czyli w tym przypadku książki H.G. Wellsa). Po drugie – skromnymi środkami uzyskał wiarygodną futurystyczną scenerię. Po trzecie – stworzył film mówiący O CZYMŚ – i to nie tylko w kontekście czasów, w których powstawał. W latach 80. można było odczytywać obraz jako zawoalowaną krytykę ustroju, przyjaźni z „Wielkim Bratem” zza wschodniej granicy (Marsjanie, czyli przybysze z czerwonej planety, przybywają niezaproszeni i przedstawiani są jako partnerzy, niosący ze sobą posłannictwo przyjaźni i współpracy), a przede wszystkim obraz zakłamanych reżimowych mediów. Jak się okazało po latach, ów wizerunek telewizji, wypaczającej rzeczywistość, przeprowadzającej błyskawiczne wolty w zależności od zmiany sytuacji politycznej, w niczym nie stracił swej siły i aktualności. Ale poza tym wszystkim Piotr Szulkin udowodnił, że nawet w polskim kinie można wykreować spójną fantastyczną rzeczywistość, w której znakomicie odnajdują się nawet Marsjanie w puchowych kurtkach i butach „Relaks”.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
Artykuł Konrada Wągrowskiego z cyklu „Klasyka z klasą” „Marsjanie w butach ‹Relaks›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
83. Battle Royale (2000, reż. Kinji Fukasaku)
Niedaleka przyszłość (a może rzeczywistość alternatywna?). W Japonii nasila się konflikt między dorosłymi i dziećmi. Nauczyciele boją się szkolnej młodzieży, która nie waha się stosować przemocy wobec starszych. Aby przeciwstawić się młodym, rząd wprowadza prawo „Battle Royale”. Raz w roku jedna klasa z całej Japonii jest losowana, aby wziąć udział w bitwie na wydzielonej specjalnie w tym celu niewielkiej wyspie. Przeżyć może tylko jeden. Pomysł nie jest bardzo oryginalny, z jednej strony fabuła przywodzi na myśl połączenie dwóch powieści Stephena Kinga – „Uciekiniera” (gra w zabijanie w majestacie prawa) i „Wielkiego marszu” (stu chłopców wyrusza w drogę, a ukończyć marsz i przeżyć może tylko najsilniejszy), pobrzękują tu echa „Władcy much” Williama Goldinga czy kina Quentina Tarantino, a kilka lat później potencjał tej koncepcji wykorzystała Suzanne Collins w „Igrzyskach śmierci”. Siłą filmu weterana japońskiego kina Kinji Fukasaku jest jednak to, że aż kipi on od emocji, a naturalistyczna przemoc w wykonaniu dzieciaków ubranych w szkolne mundurki jest czymś możliwym chyba jedynie w kinie japońskim, a gdzie indziej praktycznie niespotykanym. „Battle Royale” również daje szerokie możliwości interpretacyjne – od obrazu współczesnej Japonii, z młodymi ludźmi wrzucanymi w bezwzględną korporacyjną rywalizację od szkolnych lat, aż po reminiscencje dramatu II wojny światowej. Przede wszystkim pozostaje jednak obrazem pełnym emocjonalnych, zapadających w pamięć scen i powracającym pytaniem – co ja sam robiłbym na miejscu bohaterów?
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
Artykuł Konrada Wągrowskiego z cyklu „Orient Express” „Krew na szkolnym mundurku

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
82. Metropolis (2001, Metoroporisu, reż. Rintaro)
„Metropolis” to kino zaskakujących kontrastów, utrzymanych jednak w równowadze, o czym świadczy obecność tytułu w naszym rankingu. Sama opowieść wyjęta z tuż powojennej mangi autorstwa Osamu Tezuki, inspirowanej niemym klasykiem Fritza Langa, ponad pół wieku od powstania, niby na powrót zaadaptowana zostaje na ekran, by olśniewać animowaną oprawą, w której zostaje podana (rysunek łagodny niczym u Disneya sąsiaduje tu z komputerowymi panoramami miasta przyszłości), zachwycać bogactwem gatunkowych skojarzeń, a przy tym rozczulać życzliwym humanizmem w niej zawartym. To z jednej strony okraszona humorem historia dziecięcej przyjaźni; z drugiej pesymistyczny retrokryminał opowiedziany w futurologicznych realiach; z trzeciej kolejne dotknięcie lejtmotywu science-fiction – zagadnienia tożsamości inteligentnego robota, jego pozycji w ludzkiej społeczności, a także konsekwencji buntu tegoż. To wreszcie diagnoza kastowego społeczeństwa przyszłości: służalczych robotów i skłóconej człowieczej rasy, bezrozumnej, interesownej i tak nieludzkiej. To film niezwykły z jeszcze innego powodu: cały gąszcz wątków prowadzonych w labiryncie noirowej metropolii pozostaje atrakcyjny zarówno dla wytrawnych miłośników gatunku, jak i dla ich kilkuletnich dzieci. „Metropolis” działa bowiem przede wszystkim na poziomie emocji – niespotykane w gatunkowym kontekście jazzowe szlagiery wzmacniają przekaz i poruszają widzów, uatrakcyjniając ten i tak intrygujący obraz.
Gabriel Krawczyk
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
81. Fahrenheit 451 (1966, reż. François Truffaut)
„Fahrenheit 451” to z pewnością wyjątkowy obraz w historii kina, tak jak i wyjątkowa była legendarna powieść Raya Bradbury′ego, na której podstawie został nakręcony. Oryginalna wizja dystopijnego świata, w którym rytm życia kreuje wszechobecna telewizja, zabronione jest posiadanie książek i innych reliktów minionego świata, niszczonych bezwzględnie przez straż pożarną, do dziś robi ogromne wrażenie. O znaczeniu tej prozy świadczy fakt, że za jej ekranizację wziął się głośny twórca francuskiej Nowej Fali François Truffaut. Kręcąc film, zmienił nieco wymowę literackiego pierwowzoru, usunął często pojawiający się u Bradbury′ego obraz finałowej (tu oczyszczającej) atomowej zagłady na rzecz bardziej poetyckiego finału, w którym ludzie uczą na pamięć się książek, aby zachować je dla potomnych, przesunął też akcenty z obrazu specyficznego totalitaryzmu na krytykę konsumpcjonizmu i w efekcie nakręcił film intrygujący, zapadający w pamięć nie tylko tematem, ale i oryginalnymi scenami. a również i kompozycją ujęć w wykonaniu samego Nicolasa Roega. Film nie został zbyt dobrze przyjęty w latach 60., ale przetrwał próbę czasu i doskonale broni się po latach. Zapewne dlatego, że jego ponura wizja świata zdominowanego przez płytką obrazkową rozrywkę, w którym niemile widziana jest jakakolwiek głębsza refleksja wciąż i wciąż zyskuje na aktualności.
Konrad Wągrowski
« 1 2 3 4 10 »

Komentarze

« 1 21 22 23
14 X 2020   21:05:37

Jeśli Stalker jest filmem sf to powinien być na 1 miejscu, bo jest jednym z najwybitniejszych filmów wszech czasów, niezależnie od gatunku. Jednak film sf to nie jest.

12 IV 2021   12:23:42

Wszyscy robią Top 100 a ja bym chciał wszystkie filmy w jednym miejscu

04 XI 2021   14:58:01

To na którym miejscu ląduje nowa "Diuna"?

12 XII 2021   12:09:45

Jeden z rankingów z którym nie mogę polemizować. No, może oprócz WALL-e.

13 XII 2021   13:53:41

Od początku trochę mnie dziwi obecność zupełnie przecież niefantastycznonaukowych gwiezdnych wojnów, niemniej ja się na filmach nie znam. W każdym razie jeśli mowa o tych, które widziałem, trudno mi większości tej listy nie zaakceptować — chociaż zamieniłbym „Mroczne miasto” i „Matriksa” miejscami.

« 1 21 22 23

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Pośladki nawiedzenia
Jarosław Loretz

17 I 2022

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, tak jak i nikt nie spodziewa się, że jakikolwiek duch chciałby nam zajrzeć w okrężnicę. A tu proszę.

więcej »

Z filmu wyjęte: Spokojnie, przecież nikt nie zwróci na to uwagi
Jarosław Loretz

10 I 2022

Niektórzy z twórców nieco bardziej niż inni idą na skróty, gdy dostają do ręki zbyt kusy budżet. Potem można się trochę pośmiać z ich produkcji.

więcej »

Z filmu wyjęte: Fampirem jeftem
Jarosław Loretz

3 I 2022

Nie zawsze kinematograficzne wampiry miały dystyngowane kły. Bywały i takie z kłami à la mors.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.