Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 8 9 10

Esensja

100 najlepszych filmów science fiction wszech czasów

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Matrix (1999, reż. Andy Wachowski, Larry Wachowski)
Co można jeszcze powiedzieć o filmie, który przez ostatnie 14 lat został dokumentnie zanalizowany, omówiony, rozłożony na czynniki pierwsze, skopiowany, sparodiowany…? „Matrix” to już nie film, to instytucja, to filozofia, to kult. Nie było chyba też filmu, który by tak prowokował kłótnie, który miałby tyleż zapalonych wyznawców, co zdeklarowanych kontestatorów, dla których niewątpliwą pożywką były dwie zdecydowanie odstające poziomem kontynuacje. Nasza redakcja dała radę oddzielić pierwszy film od dwóch sequeli, te dwa ostatnie oceniła surowo, ten pierwszy uznała za godny pierwszej dziesiątki naszego rankingu.
Co ludzi zafascynowało w tym obrazie? „Matrix” to przede wszystkim klasyczne widowisko SF, pełnymi garściami korzystające z dotychczasowych osiągnięć gatunku – Gibsona, Dicka, Ellisona, filmów anime, ale też kina kung fu, efektowne i oszałamiające. Niezwykle istotne dla filmu były oczywiście efekty wizualne. Wachowscy wyobrazili sobie coś, co nazwali „zatrzymanymi momentami graficznymi”, a co obecnie nazywamy „bullet-time”. Filmowa scena akcji praktycznie zastyga, obiekty przemieszczają się z minimalną prędkością, a kamera krąży wokół sceny, pokazując ją z każdej możliwej perspektywy. Efekt przyniósł „Matrixowi” Oscara – po raz pierwszy zresztą w kategorii efektów wizualnych w pobitym polu pozostał film z cyklu „Gwiezdnych wojen” („Mroczne widmo” miało premierę w tym samym roku). Nie można jednak znaczenia „Matriksa” ograniczać do efektów specjalnych. To, co uczyniło z niego fenomen, to ilość nawiązań i tropów, które zostały wplecione do tej historii i które przez długi czas intrygowały widzów, krytyków, badaczy kultury. Część z nich miała znaczenie kluczowe dla rozumienia filmu, część była tylko swego rodzaju żartami Wachowskich, wrzucaniem tropów do filmu, którymi nikt nie podążał. Nie zmienia to faktu, że dla analizy i rozbierania na części „Matrix” był bardzo wdzięcznym obiektem.
Widzowie, którzy nie mieli pojęcia o przywoływanym w kontekście filmu Baudrillardzie czy znaczeniu nazwiska „Anderson” i tak znajdowali w filmie drugie dno. Najdobitniej wyrażały go słowa Morfeusza: „Wiesz, że coś jest nie w porządku ze światem. Nie wiesz, co to jest, ale tkwi to jak drzazga w twoim umyśle”. Już wkrótce słowo „matrix” stało się synonimem życia w fikcji, lub systemu zniewalającego człowieka. Matrix has you – w tym znaczeniu „Matrix” oznacza system, ustrój społeczny i polityczny, w jakim żyjemy. Morfeusz mówi: „Matrix jest wszędzie. Jest wokół nas, nawet w tym pokoju. Widzisz go, gdy wyglądasz przez okno lub gdy włączasz telewizor. Czujesz go, gdy idziesz do pracy, gdy idziesz do kościoła, gdy płacisz swoje podatki”. System nas do tego stopnia wciągnął, że nie dostrzegamy już jego istnienia, jego nonsensów, jego absurdów, tego jak kieruje naszym życiem, tego do jakiego stopnia staliśmy się jego niewolnikami. I to postrzeganie filmu to chyba największy sukces dzieła braci (dziś: rodzeństwa) Wachowskich.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
„Matrix” w artykule Pawła Piejko o filmowych grach z widzami
„Matrix„ wśród 10 filmów postapokaliptycznych

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Terminator 2: Dzień sądu (1991, Terminator 2: Judgment Day, reż. James Cameron)
Oglądajac „Terminatora 2” i jego pierwowzór można pomyśleć, że James Cameron z lat 90. to już zupełnie inny twórca, niż dekadę wcześniej. To jednak złudne wrażenie, spowodowane przede wszystkim okrojonym budżetem pierwozoru. A sam reżyser zawsze był łasy na nowinki techniczne i chciał tworzyć totalną iluzję przedstawionego świata (dość wspomnieć wrzucanie aktorów w zalane pomieszczenia w „Głębii” i „Titanicu”, stworzoną po sukcesie „Terminatora 2” trójwymiarową atrakcję w parku rozrywki Universal Studios czy stworzenie zupełnie nowej technologii do „Avatara”), stawiając też na bombastyczny rozmach, emocjonującą fabułę i zapadające w pamięć sceny. W sequelu swojego pierwszego przeboju splótł te wszystkie cechy, a najlepszym ich wyrazicielem jest złowieszczy cyborg T-1000, stworzony za pomocą magii nowoczesnych – wówczas – komputerowych efektów specjalnych, nagrodzonych Oscarem, podobnie jak kilka innych kategorii technicznych. Zresztą wszelkie nagrody są mało ważne, sam sposób działania potwornego robota, jego zmienianie kształtu w „płynny metal” i odradzanie się dosłownie z plamy na stałe weszło do annałów kina i było po wielokroć powielane i parodiowane.
Grana przez Roberta Patricka postać działa również jako katalizator napięcia, bo jego zdolność do zmian wyglądu budzi niepokój, a odporność bliska niezniszczalności generuje atmosferę osaczenia. To ostatnie w warstwie fabularnej prowadzi do kolejnch, coraz bardziej wybuchowych scen akcji. Skoro naprzeciw siebie stają dwa nadludzko wytrzymałe roboty, nic dziwnego że w trakcie ich pojedynku wybuchają ciężarówki czy spadają helikoptery – nie mówiąc o przejmującej scenie wybuchu jądrowego (no dobrze, to akurat nie jest bezpośrednio związane z działaniami T-1000). I tylko najlepsze one-linery przypadają w udziale Schwarzeneggerowi… Tak więc nawet jeśli „Terminator 2” wydaje się filmem nieco prostszym i łatwiej przyswajalnym niż pierwowzór (choć wciąż pojawiają się tu tematy ambitniejsze, jak sztandarowe dla Camerona złe korporacje gotowe sprowadzić na ludzkość zagładę w imię swoich zysków), to w swoim gatunku zwyczajnie wybitnym, bo nie tylko trzyma przez cały czas na krawędzi fotela, ale też wzrusza, a w finale skutecznie wyciska łzy.
Jakub Gałka

Więcej o filmie:
Pełen zestaw materiałów o cyklu „Terminator” w Esensji
Recenzja Konrada Wągrowskiego wydania DVD filmu

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Terminator (1984, The Terminator, reż. James Cameron)
Najwyżej oceniony w naszym rankingu film Jamesa Camerona niesie swoją pozycją w zestawieniu optymistyczne przesłanie: pieniądze nie są ani jedynym, ani najważniejszym składnikiem sukcesu dzieła. Choć po „Terminatorze” budżety oddawane do dyspozycji kanadyjskiego reżysera rosły w imponującym tempie i owocowały znakomitymi filmami, nie zatarło to w pamięci widzów wrażenia pozostawionego przez jego pierwszy znaczący obraz.
„Terminator” imponuje bogactwem motywów wplecionych w prostą w sumie opowieść o dramatycznej ucieczce przed niepowstrzymanym zabójcą – świat po atomowej apokalipsie (temat z pewnych względów popularny w połowie lat osiemdziesiątych), bunt maszyn, ludzki ruch oporu i podróż w czasie, którą odbywają „elektroniczny morderca” i rebeliant, by stoczyć walkę o życie Sary Connor, matki przyszłego przywódcy ocalałych z zagłady. I choć model Terminatora odgrywany przez Arnolda Schwarzeneggera okaże się mieć wiele wad (starzeje się, ustępuje w walce T-1000 i w urodzie T-X), a w warstwie wizualnej filmu zdezaktualizowały się nie tylko fryzury, to atmosfera osaczenia i poczucie bezradności bohaterów nie utraciły nic ze swojej mocy hipnotyzowania widzów.
Nie ma też miejsca na prosty happy end. Przyszłość jest jeszcze (lub już) czymś, czego łatwo zmienić się nie da. I choć w kontynuacji Cameron próbował fatum odwrócić, to nie ukrywał w niej, na jak trudną i pełną goryczy ścieżkę wkroczyła Sarah w finale „Terminatora”.
Artur Chruściel

Więcej o filmie:
Pełen zestaw materiałów o cyklu „Terminator” w Esensji

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Powrót do przyszłości (1985, Back To The Future, reż. Robert Zemeckis)
Rolą w tym filmie (a raczej w całej trylogii) Michael J. Fox na zawsze zapisał się w annałach kina. Chłopięca uroda pozwoliła ówczesnemu dwudziestoczterolatkowi odegrać wiarygodnie siedemnastolatka, Marty’ego McFly, cierpiącego z powodu koszmarnej niefajności swej rodziny i spędzającego mnóstwo czasu z szalonym naukowcem, Emmettem „Dokiem” Brownem (i pomyśleć, że Eric Stoltz był pierwszym Martym i dopiero po pięciu tygodniach kręcenia został zastąpiony przez Foxa!). Zresztą, czy pisanie o tym, że Marty przypadkiem cofa się w czasie do roku 1955 i musi ratować związek swych rodziców przed możliwością niezaistnienia jest naprawdę konieczne? Jeśli nawet ktoś nie widział samego filmu, jego obecność w popkulturze i ilość nawiązań powoduje, że podstawowe punkty fabuły są znane prawie każdemu (DeLorean! latające deskorolki!). Przykładem nawiązań może być choćby świetny minifilm Beastie Boysów Fight for your right (to party) revisited z udziałem takich sław, jak Elijah Wood, Susan Sarandon czy Orlando Bloom. Co ważne, Zemeckisowi i jego ekipie udało się z kliszowych ról stworzyć lubiane i niezapomniane postacie. Bo przecież „Doc” Brown jest wprost archetypowym szalonym naukowcem z wymykającą się logice grzywą i wybałuszonymi oczyma, zaś nastoletni angst Marty’ego mógłby zostać odwzorowany w brązie i ustawiony w Sevres z podpisem „Starzy nic nie rozumieją!”. Do tego dodajmy arabskich terrorystów, kontrast między purytańskimi latami 50. a kolorowymi ejtisami, pozorny mętlik związany z podróżami w czasie i kompleks Edypa, i bang! Mamy wybuchową mieszankę rozrywki, slapstickowych chwytów i Nauki. I zasłużoną wysoką pozycję na naszej liście.
Michał Kubalski
WASZ EKSTRAKT:
93,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. WALL·E (2008, reż. Andrew Stanton)
Film o małym robocie, usiłującym wymościć sobie miejsce wśród stert śmieci, zalegających Ziemię (ukazanych w pięknych, malarskich obrazach opuszczenia i degeneracji), odbiega od zwykłych katastroficznych, ponurych obrazów postapokaliptycznej przyszłości, jakie tak dobrze znamy. WALL-E, choć nie mówi, jest sam w sobie dość wymownym świadectwem tego, co człowiek potrafi zrobić z tym, czego już nie potrzebuje. Nie tylko Matka Ziemia, której oczywiście współczujemy, gdyż jęczy pod tonami niepotrzebnych nikomu popsutych rzeczy, ale także ten robocik został wykorzystany i porzucony przez Ziemian, którzy w międzyczasie wyewoluowali w nieumiejące się samodzielnie poruszać człekohipopotamy. Kibicujemy WALL-Emu w poszukiwaniu jakichś oznak robo-życia i w wielkim, ale beznadziejnym, samotnym sprzątaniu, kibicujemy rodzajowi ludzkiemu w stanięciu (z powrotem) na nogi – dosłownie i w przenośni – i na Ziemi, i z tym proekologicznym przesłaniem czekamy aż do napisów końcowych, by prześledzić na nich re-ewolucję człowiekokształtnych. Romantyczna historia o piszczących robotach? Karaluch jako domowy pupil? Pixar pyta – czemu nie. My możemy zapytać – gdzie ten bezpretensjonalny Pixar z czasów „WALL-Ego"?
Karolina Ćwiek-Rogalska

Więcej o filmie:
Recenzja Ewy Drab „Porzucone człowieczeństwo
Minirecenzja Jakuba Gałki w Subiektywnym Przeglądzie Filmowym
4 miejsce „WALL-Ego” w rankingu 100 najlepszych filmów dekady według Esensji oraz 4 miejsce w rankingu 50 najlepszych filmów o miłości
„WALL-E” w redakcyjnej dyskusji o porażkach i sukcesach roku 2008Tetrycy o „WALL-E

WASZ EKSTRAKT:
100,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Gwiezdne wojny: Cześć V – Imperium kontratakuje (1980, Star Wars: Episode V – The Emipre Strikes Back, reż. Irvin Kershner)
To w sumie ciekawa historia – „Imperium kontratakuje”, film po premierze uznany za zdecydowanie słabszy od „Gwiezdnych wojen”, zyskiwał po latach, a dziś nie tylko my uznajemy go za najlepszy z całej gwiezdnej sagi. Co o tym zdecydowało? Nieoczekiwany chyba przez wszystkich zwrot w kierunku opowieści dużo mroczniejszej, pogłębionej, z bardziej wyrazistymi bohaterami. Jak głosi fama, saga zawdzięcza to Leigh Brackett, pisarce, autorce licznych czarnych kryminałów i opowiadań SF, która została poproszona przez Lucasa o napisanie pierwszego draftu scenariusza filmu. Bracett niedługo później zmarła, Lucas i Kasdan podobno wiele pozmieniali, ale wygląda na to, że klimaty rodem z kina noir zawdzięczamy właśnie jej (w końcu była scenarzystką takich filmów, jak „Wielki sen” i „Długie pożegnanie”). Dzięki niej zniknął prosty podział na czarne i białe, pojawiły się odcienie moralnej niejednoznaczności, problemy z tożsamością bohaterów i w efekcie ogromne zaskoczenie – drugi film w cyklu, zwykle przecież bywający prostym pomostem między początkiem i finałem, zdefiniował najciekawsze tematy całej sagi.
Mowa oczywiście przede wszystkim o relacji ojciec-syn, ale nie tylko. Głębi filmowi dodawała zarówno szkolenie Luke’a na Dagobah z często zapominaną, a wyjątkowo wieloznaczną i ntrygującą sceną testu młodego Skywalkera w jaskini i jego jungowskim pojedynkiem z własnym cieniem. Rodem z kina noir było z kolei burzliwe uczucie między Hanem Solo i księżniczką Leią, spuentowane słynną (wymyśloną ponoć akurat przez Harrisona Forda) odpowiedzią na wyznanie miłosne: „Wiem o tym”. Dodajmy do tego zaskakujący jak na przygodowy blockbuster permanentny brak happy endów – Rebelia bitwę na Hoth przegrywa, Han Solo zostaje schwycony, zamrożony, jego los jest nieoczywisty, wreszcie Luke ponosi klęskę w pojedynku z własnym ojcem.
Ale „Imperium kontratakuje” nie byłoby pełnoprawnym filmem sagi, gdyby przy tym wszystkim nie było efektowne. Bitwa na Hoth w 1980 roku wgniatała w fotel, oglądana dziś nadal robi ogromne wrażenie, pozostając szczytowym osiągnięciem efektów specjalnych budowanych w oparciu o miniaturowe modele. Pojedynek między Luke’iem i Vaderem również – aż przynajmniej do walki Dartha Maula z Obi-Wanem i Qui-Gonem w „Mrocznym widmie” (będącej jedynym jasnym elementem tego filmu) – to również najciekawiej zainscenizowana walka na miecze świetlne. Dodajmy do tego pościg przez pas asteroidów i piękno Chmurnego Miasta, aby docenić w komplecie warstwę wizualną filmu.
Ale oczywiście nie można tej notki nie podsumować stwierdzeniem, że to wszystko i tak nie byłoby istotne, gdyby nie chwila, gdy Vader mówi: „No, I am your father!”, jedna z tych kilku scen z filmowej fantastyki, która na zawsze zapisała się w annałach kina.
I tylko szkoda, że Lucas nie chciał w kolejnych swych filmach wzorować się na „Imperium kontratakuje”.
Konrad Wągrowski

Więcej o filmie:
Pełen zestaw materiałów o „Gwiezdnych wojnach” w Esensji
Marcin Osuch i Konrad Wągrowski wyliczają 10 najbardziej obciachowych scen starych „Gwiezdnych wojen”
O swojej ulubionej scenie z „Imperium kontratakuje” pisze Konrad Wągrowski

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Mechaniczna pomarańcza, (1971, A Clockwork Orange, reż. Stanley Kubrick)
Po odysei kosmicznej Stanley Kubrick zabiera widzów w bardziej uchwytną przyszłość, kiedy to ludzie lądują na Księżycu, a na Ziemi nikt nie strzeże prawa i porządku. Beneficjentami takiego stanu rzeczy jest grupa malczików z Alexem (wybitna kreacja Malcolma Mcdowella) na czele. Młodociane zakapiory umilają sobie czas napadami i gwałtami, dokonywanymi niezwykle brutalnie, choć jednocześnie powabnie i intrygująco. Właśnie zarzut gloryfikowania przemocy i związana z nim nagonka na reżysera spowodowały, że film został zdjęty z brytyjskich ekranów aż do jego śmierci (jak chciał sam Kubrick), a w innych krajach został zakazany (m. in. w Hiszpanii generała Franco czy w Korei Południowej aż do 2004 roku). Podczas seansu szczególnie zapada w pamięć scena gwałtu dokonanego na żonie opozycyjnego pisarza (Patrick Magee), kiedy McDowell podśpiewuje beztrosko „Singin’ in the Rain”, jednocześnie znęcając się nad kobietą przy pomocy piłki, taśmy klejącej i nożyczek. W końcu jednak mleko rozleje się i cały film z nihilistycznego rajdu po najniższych ludzkich instynktach stanie się niepozbawionym cierpkiego humoru głosem w dyskusji o wolnej woli, będącej wyznacznikiem człowieczeństwa. Oprócz kwestii moralnych film dotyka też problemów polityczno-społecznych, a w szczególności kulisów wielkiej polityki, dla której wartością są sondażowe słupki a nie dobro jednostki. Mimo że mamy do czynienia z adaptacją powieści Anthony’ego Burgessa z 1962 roku (z pominięciem ostatniego rozdziału książki, którego Kubrick nie znał), to można odnieść wrażenie, że reżyser stworzył niezwykle oryginalne dzieło z surrealistycznym klimatem pryskającym w oczy – jak na pomarańcze przystało – sokiem zgryźliwej satyry, ubrane w futurystyczny kostium i umiejscowione w perwersyjnie pop-artowej scenerii. Wszystko to pod akompaniament klasycznych kawałków Rossiniego i Beethovena – stworzonymi jakby specjalnie do tego filmu. Sam obraz stał się inspiracją dla innych artystów – żeby nie szukać daleko: album „Korova Milky Bar” jeszcze rojkowego Myslovitz.
Krystian Fred
WASZ EKSTRAKT:
90,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Obcy – 8. pasażer Nostromo (1979, Alien, reż. Ridley Scott)
Na podium załapały się aż dwa filmy Ridleya Scotta, na dodatek pochodzące z tego samego okresu jego twórczości – „Obcego” dzielą bowiem od „Łowcy androidów” zaledwie trzy lata. Były to zresztą jego pierwsze pełnometrażowe obrazy zrealizowane w Hollywood, wcześniejszy – „Pojedynek” (1977), oparta na opowiadaniu Josepha Conrada historia z czasów napoleońskich – powstał jeszcze w ojczyźnie reżysera, czyli w Anglii. Zainteresowanie Scotta prozą naszego rodaka znalazło odzwierciedlenie również w „Obcym” – holownik kosmiczny USCSS „Nostromo” zawdzięcza swoją nazwę bohaterowi tak właśnie zatytułowanej książki pisarza urodzonego w… Berdyczowie. Dzieło Scotta zapisało się wielkimi zgłoskami przynajmniej w dwóch kategoriach stylistycznych – jako wybitny film science fiction i horror; ale nie zapominajmy, że – jeśli podejdziemy do ksenomorfa jako kosmicznego archetypu seryjnego mordercy – „Obcy” staje się także niezwykle wciągającym dreszczowcem psychologicznym. Nie można też pominąć faktu, że konstruując scenariusz, Dan O’Bannon i Ronald Shusett zdecydowali się na zachowanie, znanej z tragedii antycznych, zasady trzech jedności – akcji, czasu i miejsca (pomijając prolog, który częściowo rozgrywa się na księżycu planety w układzie Zeta 2 Reticuli, areną pozostałych dramatycznych wydarzeń jest pokład „Nostromo”). To uczyniło film niezwykle spójnym fabularnie i jednocześnie pozwoliło reżyserowi przez większość czasu ogniskować uwagę widzów na wyglądzie tajemniczej istoty z przestrzeni kosmicznej. O stworzenie jej niezbyt przyjaznej fizjonomii poproszono natomiast szwajcarskiego malarza Hansa Rudolfa Gigera, który od momentu premiery „Obcego” stał się jednym z najsłynniejszych współczesnych artystów.
Filmów o stworzeniach z kosmosu, które pojawiały się na Ziemi, aby siać zniszczenie i grozę, nie brakowało już wcześniej (wystarczy wspomnieć o nakręconych w latach 50. ubiegłego wieku obrazach typu „Istota z innego świata”, „Inwazja łowców ciał” czy „Najeźdźcy z Marsa” i ich licznych klonach); najczęściej jednak ich przesłanie było podporządkowane „zimnowojennej” polityce Stanów Zjednoczonych, a scenarzyści wcale nie ukrywali, że tak naprawdę starają się ostrzec społeczeństwo przed sowiecką infiltracją, która stanowi pierwszy krok na drodze do podboju Wolnego Świata. Scott z tą tradycją zerwał. Po pierwsze – przeniósł akcję w Kosmos, po drugie – zrezygnował całkowicie z podtekstu politycznego, czyniąc głównym wcieleniem zła angielsko-japońską korporację Weyland-Yutani. Bo przecież to właśnie ona postanowiła posłużyć się siedmioosobową załogą „Nostromo” jako środkiem transportu dla obcej istoty, którą zdecydowano wykorzystać do stworzenia nowej śmiertelnie groźnej broni. Brytyjski reżyser, zrzucając z ramion brzemię poprzedników, postawił więc przede wszystkim na wywołanie efektu przerażenia, co z kolei można uznać za jak najbardziej świadome nawiązanie do dokonań jego rodaka Alfreda Hitchcocka. I to zbliża też owo arcydzieło fantastycznonaukowego horroru do thrillera. Scott, podobnie jak Hitchcock, potrafi bowiem kontemplować każdy szczegół, jak ma to miejsce chociażby w scenach pościgu za Obcym (chociaż tak naprawdę ma miejsce sytuacja odwrotna, to ksenomorf jest łowcą polującym na ludzi) odbywającego się na kolejnych poziomach „Nostromo”.
O wpływie „Obcego” na popkulturę można by pisać w nieskończoność. W każdym razie legenda dzieła Ridleya Scotta wciąż jest żywa, czego efektem są kolejne filmy, książki, gry komputerowe i nieustająca miłość fanów do najohydniejszego stworzenia w całym Wszechświecie.
Sebastian Chosiński

Więcej o filmie:
Pełen zestaw materiałów o cyklu „Obcy” w Esensji
Redakcyjna dyskusja o filmie
5 miejsce „Obcego – 8 pasażera” w rankingu 100 najlepszych filmów grozy wszech czasów według Esensji oraz w Wielkim Kanonie Kina Grozy według czytelników Esensji

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Łowca androidów (1982, Blade Runner, reż. Ridley Scott)
A na pierwszym miejscu…! Nie, niestety, „Łowca androidów”, wspaniała wizualnie, fabularnie i filozoficznie opowieść o istocie człowieczeństwa przegrała ze wspaniałą wizualnie, fabularnie, a przede wszystkim filozoficznie opowieścią o ludzkości, czyli z „2001: Odyseją kosmiczną”.
„Blade Runner” Ridleya Scotta czerpie garściami z powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, jednak nie jest prostą ekranizacją książki. Nie tylko w sferze fabularnej, ale przede wszystkim w wizualnej film bardzo różni się od literackiego pierwowzoru: Dick opisywał opustoszałe po wojnie atomowej San Francisco, w którym łowca androidów Deckard ma problemy z odróżnieniem tej prawdziwej rzeczywistości i zgłębia tajniki nowej religii, merceryzmu, opartej na empatii międzyludzkiej. Tymczasem Los Angeles z wizji Scotta to tętniące życiem megapolis, w którym co prawda zdarzają się opustoszone budynki (np. ten, w którym mieszka J.F. Sebastian) i opanowane przez gangi ulice, ale z lotu spinnera nie widać oznak kryzysu (swoją drogą, do 2019 już tylko sześć lat!). Scott odciął powieściowe wątki żony Deckarda oraz jego sztucznej owcy, a także możliwych alternatywnych rzeczywistości, a skupił się na detektywistycznej pracy „blade runnera”, z merceryzmu pozostawiając jedynie empatię jako wyznacznik człowieczeństwa. To, co jeszcze łączy powieść z filmem, to samotność głównego bohatera, a właściwie wszystkich ludzkich bohaterów – JF Sebastian tworzy skomplikowane zabawki, by nieco zagłuszyć ciszę panującą w jego wielkim apartamencie, Gaff i Holden wydają się całkowicie oddani policyjnej pracy, a Deckard dopiero w związku z Rachel znajdzie kontakt z drugą osobą. To androidy/replikanci wydają się tworzyć mocniejsze więzy społeczne – oddana sobie grupa Batty’ego, pamiętająca „rodzinę” Rachel. To dodatkowo uwypukla tezę Dicka i Scotta, że w tych światach ludzie utracili człowieczeństwo, a automaty (mechaniczne czy biologiczne) lepiej chwytają istotę emocji i empatii, nawet jeśli czynią tak wskutek rozwoju oprogramowania czy wbrew niemu. Pytanie, które dręczy wielu widzów „czy Deckard jest replikantem?” może znaleźć (niejednoznaczną) odpowiedź nie tylko w analizie zachowania Gaffa wobec Deckarda, przywiązania Deckarda do przeszłości i snów, łatwości rozumienia postępowania Nexusów-6 czy dziwnych błyskach w oczach, ale właśnie w tym punkcie: Deckard ma tę magię, jak to określa jego szef Bryant, ma uczucia – co może świadczyć, że NIE jest człowiekiem. W końcu motto Tyrella – właściciela korporacji produkującej replikantów – brzmi: „Bardziej ludzkie niż ludzie”.
Nie tylko dzięki oszałamiającej scenografii LA AD 2019, ale przede wszystkim dzięki wspaniałej grze aktorskiej wszystkich członków ekipy „Blade Runner” pozostaje na zawsze w pamięci. Darryl Hannah jako Pris budzi niepokój i współczucie (chociaż ciekawe, jak zagrałaby ją Deborah Harry, pierwotnie rozważana do tej roli), zaś Sean Young jako Rachel przyciąga wzrok nie tylko, gdy zachowuje lodowaty spokój, ale zwłaszcza wówczas, gdy ten spokój traci. Chandlerowski Deckard Harrisona Forda (który nie ma na głowie fedory tylko dlatego, że wcześniej grał Indianę Jonesa, dla którego kapelusz był nieodłącznym atrybutem) jest odpowiednio cyniczny, zmęczony i zaniedbany. Jednak nawet jemu ekran kradnie Rutger Hauer w przejmującej roli poszukującego swego stwórcy replikanta Roya Batty’ego. Białowłosy Hauer łączy opanowanie z dzikością, widoczną tuż pod powierzchnią, a jego improwizowany monolog na ociekającym deszczem dachu starej kamienicy przeszedł słusznie do historii kina. Współczucie budzą także Sebastian (William Sanderson) i pozostali dwaj replikanci: Leon (Brion James) i Zhora (Joanna Cassidy), których agresja przykrywa jedynie strach i poczucie zaszczucia. Edward James Olmos nie ma może zbyt wiele do grania jako małomówny kuternoga Gaff, ale dla filmu jest bardzo istotny jako ten, który może najlepiej rozumie Deckarda (Olmosowi musiało się spodobać tropienie udających ludzi automatów – wszak Cyloni z nowej wersji „Battlestar Galactica” to wypisz-wymaluj replikanci). Wysmakowanej formie wizualnej i rozbuchanej scenografii, widocznej zwłaszcza podczas scen kręconych na ulicach Los Angeles, towarzyszy równie wyrafinowana ścieżka dźwiękowa. Vangelis stworzył dla „Łowcy…” przejmujące, przestrzenne aranżacje z użyciem syntezatorów, łącząc je z piękną retropiosenką „One more kiss, dear” i fragmentami dialogów z filmu, splecionymi z muzyką.
Philipowi K. Dickowi udało się przed śmiercią w 1982 r. zobaczyć jedynie pierwsze 20 minut roboczej wersji filmu, a i tak był zachwycony. Na szczęście my możemy obejrzeć całość.
Michał Kubalski

Więcej o filmie:
Michał Chaciński i Konrad Wągrowski o filmie i historii jego powstania

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. 2001: Odyseja kosmiczna (1968, 2001: A Space Odyssey, reż. Stanley Kubrick)
„2001: Odyseja kosmiczna” zwycięzcą naszego zestawienia – nie ma w tym zapewne żadnej sensacji, bo film Kubricka od lat przewodzi we wszelkich zestawieniach najlepszych dzieł SF i mieści się w czołówce najwybitniejszych filmów wszech czasów. Nie inaczej było dla nas i nie inaczej jest też dla mnie. Fascynacja „2001” wykracza daleko poza fascynację dziełem filmowym. Nie ma w naszej decyzji, żadnego podążania za modami, jest szczery podziw dla filmu, który urzeka widzów już od ponad 45 lat.
„2001” to dzieło podejmujące tak szeroki zakres tematów, że aż trudno w to uwierzyć. Ewolucja ludzkości, człowiek a kosmos, człowiek a technologia, człowiek a Absolut. „Odyseja” ekstrapoluje trendy (czy znacie inny film z lat 60., który tak mało się postarzał technicznie?), ale też odważnie wyrusza w obszary Nieznanego, jest niejednoznaczna, nieoczywista, poddaje się wielu interpretacjom. Moja ulubiona to optymistyczny wydźwięk filmu. Tak, to nie pomyłka, film, w którym komputer zabija czworo ludzi jest optymistyczny – twierdzi, że jesteśmy Gwiezdnymi Dziećmi, że nasza przygoda ze Wszechświatem dopiero się zaczyna. Szkoda, że dziś brakuje tego optymizmu.
Przy tym wszystkim jest „Odyseja” niesamowitą ucztą wizualną, dopieszczoną w każdym calu przez absolutnego perfekcjonistę Kubricka – począwszy od scen w prehistorii, poprzez magiczne tańce stacji kosmicznych, technologiczne wnętrza, ciszę międzyplanetarnej podróży, aż po psychodelię finałowej podróży Davida Bowmana. „2001” to film hipnotyzujący, który można zaczynać oglądać w dowolnej chwili i nie móc oderwać się do samego końca. Do którego można wracać w nieskończoność.
Nie może być innego zwycięzcy.
Konrad Wągrowski
Zdanie „2001: Odyseja kosmiczna mówi o tym, że…” można zakończyć na sto sposobów, zależnie od nastroju, okresu w życiu i aktualnych zainteresowań. Na tym polega geniusz Kubricka, że jego filmy ogląda się i reinterpretuje przez całe życie, a zawsze zostanie w nich materiału na kilka kolejnych inkarnacji. Dzisiejsza wersja niech będzie taka: „2001” mówi o tym, że w miarę rozwoju cywilizacji i technologii ewolucja zmusi nas do porzucenia kluczowych emocji, odruchów i zachowań. W świecie Kubricka człowiek jest odhumanizowany, a najbardziej bliskim potocznemu rozumieniu człowieczeństwa i najbardziej emocjonalnym tworem jest komputer HAL. Seks jest tu domeną maszyn, co widać choćby w seksualnych aluzjach pojazdów kosmicznych „kopulujących” z bazami kosmicznymi. Kategoria estetycznego piękna wycięta jest z głowy bohaterów: obraz maszyn majestatycznie poruszających się w rytm walców Straussa zauważa jedynie widz filmu. Samych ludzi napędza najwyraźniej jedynie poczucie obowiązku i potrzeba przetrwania. Nie ma w nich zachwytu, zaciekawienia, radości, pasji, pożądania. Nie ma nawet zdziwienia. Tak jakby duch wycięty został z człowieka i przejęty przez maszyny. Jeśli bohater „Mechanicznej pomarańczy” składał się niemal wyłącznie z odruchów atawistycznych, bohater „2001” składa się wyłącznie z elementów sztucznie narzuconych przez cywilizację, potrzebnych korporacjom przyszłości. Na szczęście to nie koniec człowieka. Kubrick sugeruje, że kiedy rodzaj ludzki trafia w ślepą uliczkę, dochodzi do zdarzenia powodującego skok ewolucyjny. Pokazuje czym byliśmy, czym jesteśmy, co nam grozi i kończy film kolejną przemianą, której konsekwencji jeszcze nie znamy.
Genialny, wieloznaczny film, którego ostatecznego zamysłu nie da się nigdy do końca ogarnąć. A przy tym przykład dzieła, które jest większe niż jakikolwiek zamysł samego twórcy, bo konteksty pojawiające się w przyszłości nie anulują jego znaczenia, nie ośmieszają skali, tylko je potęgują.
Michał Chaciński

Więcej o filmie:
Michał Chaciński o filmie w „Jak Kubrick stworzył ekranowy mit
„2001: Odyseja kosmiczna” w zestawieniu filmowych podróży na księżyc

• • •
koniec
« 1 8 9 10
30 października 2013

Komentarze

« 1 21 22 23
14 X 2020   21:05:37

Jeśli Stalker jest filmem sf to powinien być na 1 miejscu, bo jest jednym z najwybitniejszych filmów wszech czasów, niezależnie od gatunku. Jednak film sf to nie jest.

12 IV 2021   12:23:42

Wszyscy robią Top 100 a ja bym chciał wszystkie filmy w jednym miejscu

04 XI 2021   14:58:01

To na którym miejscu ląduje nowa "Diuna"?

12 XII 2021   12:09:45

Jeden z rankingów z którym nie mogę polemizować. No, może oprócz WALL-e.

13 XII 2021   13:53:41

Od początku trochę mnie dziwi obecność zupełnie przecież niefantastycznonaukowych gwiezdnych wojnów, niemniej ja się na filmach nie znam. W każdym razie jeśli mowa o tych, które widziałem, trudno mi większości tej listy nie zaakceptować — chociaż zamieniłbym „Mroczne miasto” i „Matriksa” miejscami.

« 1 21 22 23

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Pośladki nawiedzenia
Jarosław Loretz

17 I 2022

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, tak jak i nikt nie spodziewa się, że jakikolwiek duch chciałby nam zajrzeć w okrężnicę. A tu proszę.

więcej »

Z filmu wyjęte: Spokojnie, przecież nikt nie zwróci na to uwagi
Jarosław Loretz

10 I 2022

Niektórzy z twórców nieco bardziej niż inni idą na skróty, gdy dostają do ręki zbyt kusy budżet. Potem można się trochę pośmiać z ich produkcji.

więcej »

Z filmu wyjęte: Fampirem jeftem
Jarosław Loretz

3 I 2022

Nie zawsze kinematograficzne wampiry miały dystyngowane kły. Bywały i takie z kłami à la mors.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.