Nowe zasady dotyczące cookies

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej „Polityce Cookies”.

 
 
dzisiaj: 25 maja 2013
w Esensji w Google
Zobacz koniecznie: Esensjomania – księgarnia Esensji!  –  Esensja

Dominium

C.S. Friedman
[1] 2 3 12
Wraz z ciemnością pojawili się zrodzeni z fae. Przerażone szepty zdawały się dochodzić do niej ze wszystkich stron, fragmenty ludzkich emocji, które przetrwały po śmierci swoich twórców i schroniły się w tym miejscu. Światło pochodni odstraszało większość zjaw, ale przecież nie będzie się ona palić przez całą noc. Jej płomień też nie przetrwa nocy.

„Dominium” to prequel do najgłośniejszego dzieła C.S. Friedman, „Trylogii Zimnego Ognia”. Pierwotnie tekst ukazał się w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”.

Na „Trylogię Zimnego Ognia” składają się powieści „Świt Czarnego Słońca”, „Nadejście nocy” oraz „Korona cieni”.

Niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się powieść „Uczta dusz” będąca pierwszym tomem „Trylogii Magistrów”.

Czytaj też:


C.S. Friedman

ImięC.S.
NazwiskoFriedman
WWWStrona
W głębokim mroku prowizorycznego schronienia Gerald Tarrant czuł, że słońce zachodziło.
Przez chwilę leżał w bezruchu, rozkoszując się wszechobecną ciemnością. Mroczna fae opływała go niczym fale na plaży w bezgwiezdną noc. Jej natężenie w tym miejscu było słabe – wyczuwał niewiele ponad echa duchowej wrogości, które przyciągnął podczas snu – było to jednak odświeżające uczucie.
Poza granicami swojego tymczasowego schronienia wyczuwał głód stworzeń czających się w cieniach, czekających na zapadnięcie zmroku. Wkrótce słońce zajdzie, a wtedy równowaga sił w świecie znów ulegnie zmianie. Wszystkie zrodzone z nocy monstra, które powstrzymywała ich własna zabójcza natura, wyruszą ponownie na łowy, by żywić się krwią, przerażeniem, desperacją lub czymkolwiek innym należącym do ich jadłospisu.
Muszę podążyć do Puszczy, pomyślał nagle.
Słowa nieproszone wyrwały się z głębi jego duszy, zastępując wszystkie inne myśli. Nie zaskoczyło go to. Od paru dni doświadczał niespotykanych dotąd impulsów, zupełnie jakby jakaś zewnętrzna siła umieszczała je w jego myślach. Czasami głos, zdający się nie mieć źródła, szeptał: Przejdź przez Wężową Cieśninę. Idź na zachód. Prostszy człowiek uwierzyłby pewnie, że to jego własne myśli i zrobiłby dokładnie tak, jak mu kazano. Ale nie on, który był kimś więcej niż człowiekiem. On wiedział dokładnie, co się działo.
Puszcza przyzywała go do siebie.
Otwierając oczy, podniósł się z posłania. Mimo że wnętrze otaczającej go spiżarni było dla ludzkich oczu zupełnie czarne, dla niego było co najwyżej lekko niedoświetlone. Fae ziemi gromadziła się w kątach pomieszczenia, lodowato-niebieski blask w pełni widoczny dla wzroku adepta. Zebranie odrobiny mocy przyszło mu bez najmniejszego wysiłku, użył jej, aby oczyścić się z kurzu, który osadził się na nim podczas snu, neutralizując tym samym wszechobecny zapach stęchlizny. Fakt, że schronił się w piwnicy z klepiskiem nie oznaczał, że musi śmierdzieć jak to miejsce.
Użycie Sztuki sprawiło, że jego myśli wróciły na właściwe tory i przez chwilę nawoływanie Puszczy ucichło. Tarrant zdawał sobie sprawę, że chwila wytchnienia nie potrawa długo. Niecałe dwanaście mil od miejsca, w którym nocował, mieściła się krawędź natarcia przepastnego, metafizycznego wiru, który to krążył po okolicy, a pływy mocy w nim zawarte były zbyt potężne, ażeby zwieść je byle kuglarską sztuczką. Żywy człowiek mógłby ignorować wpływ wiru tak długo, jak udawałoby mu się zdusić w sobie mroczne żądze, ale istota żywiąca się esencją mroku nie miała takiej obrony. Strumienie czarnej mocy szarpały ciało Geralda Tarranta niczym niepowstrzymane prądy odpływu, usiłujące wciągnąć go w głąb wiru, do samego jego centrum. Słabszy człowiek już dawno poddałby się, nie rozumiejąc nawet, co przyciągnęło go w stronę wygłodniałego mroku. Jedynie ktoś, kto znał naturę mroku i wystarczająco dobrze ją rozumiał, mógł mu się oprzeć.
Chodź do mnie, nawoływała Puszcza wewnątrz jego umysłu.
Z góry dochodziły odgłosy krzątających się w tę i we w tę gospodarzy, niecierpliwie wyczekujących na jego pojawienie się. Wątpił, żeby pamiętali jakiekolwiek szczegóły związane z jego zeszłonocnym przybyciem lub czarnoksięskie rozkazy, które zmusiły ich do zakrycia drzwi i okien dla jego wygody. Wyczuwali jego przebudzenie dzięki zwierzęcemu instynktowi, tak jak myszy czują zbliżanie się wygłodniałego kocura. Gdyby nie Wiązanie, jakiego użył na nich nim udał się na spoczynek, owijając swą moc wokół ich dusz niczym ciasną obrożę, zapewne już dawno uciekliby z własnego domu.
Wspiął się do góry po schodach i pchnął drzwi prowadzące do wnętrza niewielkiej izby. Właściciele domku kulili się w kącie, z młodym chłopcem u boku; zaledwie parę kroków dalej stała dziewczyna wchodząca właśnie w wiek kobiecy. Domownicy zdołali zapalić pojedynczą lampę by rozproszyć cienie pojawiające się po zmroku. To słabe światło nie było jednak w stanie przegnać ogników mrocznej fae, które to kłębiły się u stóp Tarranta. Blask lampy, nie szkodził również zjawom strachu, manifestującym się zza jego sylwetki, by za chwilę zniknąć bez śladu. Mroczna fae była w tym miejscu bardzo niestabilna, co sprawiało, że zjawy wkrótce po zmaterializowaniu odlatywały na wschód, w stronę czającego się na horyzoncie złowrogiego wiru.
To moc, szeptał do niego wewnętrzny głos. Moc w surowej postaci, bezgraniczna. Idź na wchód i zdobądź ją.
Powoli, statecznie – przeciwstawiając się wezwaniu Puszczy – wszedł do ciasnej kuchni. Przez moment poczuł ukłucie żalu, przypomniał sobie wspaniałą posiadłość, którą zwykł był nazywać domem, zaprojektowany przez niego neogotycki zamek. Jeżeli istniał jakikolwiek aspekt jego obecnej egzystencji, którym gardził, było to właśnie tułanie się od schronienia do schronienia. Stał się wędrowcem bez domu, hipnotyzującym kolejnych gospodarzy, prowadzonym potrzebą przetrwania. Zmuszał ludzi, by dali mu schronienie na dzień lub dwa, dopóki nie stwierdził, że pora ruszać w dalszą drogę. Czy jakikolwiek inny model egzystencji był możliwy? Gdyby zbyt długo zabawił w jednym miejscu, z pewnością ściągnąłby na siebie uwagę. Światło dnia za bardzo go osłabiało, by mógł tak zaryzykować. Kościół wysyłał ostatnimi czasy drużyny łowców, żeby tępili wszelkie zrodzone z fae monstra. Wątpił, by mieli na względzie to, że był kiedyś człowiekiem albo to, że był autorem połowy świętych tekstów kościelnych, które spisał jeszcze za życia. Teraz był kreaturą zrodzoną z ciemności i pod tą postacią nie mógł liczyć na choćby cień ich łaski.
Tak jak być powinno.
Myśl o tym, że stworzony przez niego Kościół spróbowałby go zabić sprawiła mu perwersyjną przyjemność. Przynajmniej zrozumieli jego nauki.
Ledwie słyszalnym głosem wyszeptał formułę Przymusu. W odpowiedzi na jego wolę młoda dziewczyna zaczęła krzątać się po izbie, zbierając potrzebne mu do pożywienia się przedmioty. Nóż z pobliskiej krajalnicy. Drewniany kubek z jednej z półek. Jej rodzice z przerażeniem obserwowali jak zbliża się do Tarranta i stawia kubek na stole – zupełnie zamroczeni jego czarnoksięską mocą, nie byli w stanie zaprotestować w żaden inny sposób, niż wydanie z siebie cichego jęku. Gdy tylko dziewczyna odsłoniła ramię, Tarrant widział jak walczyła, ażeby odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Moc, jaką włożył w zaklęcie była zbyt duża, by ją przełamać. Przez parę sekund rozkoszował się jej oporem, niczym rybak popuszczając swojej ofierze tylko po to, żeby za chwilę wyjąć ją na brzeg. Po krótkiej walce jej słaba wola została złamana. Cięła nożem w dół, celując we własne przedramię. Niezgrabnie i z wielką zajadłością ostrze weszło w ciało. Czerwona krew popłynęła z rany wprost do kubka. Z ust matki wydostał się zduszony jęk, Tarrant widział, jak po ciele ojca przechodziły dreszcze, gdy próbował wyrwać się spod działania uroku. Ze strony dziewki nie dochodziły żadne odgłosy, jedynie wyborna mieszanina rezygnacji i przerażenia, która była dla niego równie pożywna, co sama krew.
Taka teatralność nie była oczywiście konieczna. Mógł po prostu rozedrzeć jej gardło przemienionymi kłami lub pazurami i pić ciepły, uderzający do głowy płyn wprost z jej żył. Robił to wielokrotnie we wczesnych latach swego potępienia, gdy nie potrafił jeszcze panować nad przemienionym ciałem. Taki proceder był brutalny, prymitywny i oczywiście niechlujny, sprawiał, że mroczna część jego duszy stawała się silniejsza. Teraz miał już dość doświadczenia, by rozumieć, że jeżeli pragnie zachować swoje człowieczeństwo i nie zamienić się w bezmózgą, wściekłą bestię, musi trzymać czającego się we wnętrzu potwora na krótkiej smyczy.
[1] 2 3 12
dodajdo

Komentarze

12 V 2012   22:01:49

Fatalnie napisane. Przerost zaimków nad treścią.

24 V 2012   10:19:52

Zaimków? O__o

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Słoń
Małgorzata Ślązak

21 V 2013

Parokrotnie musiałem mu powtarzać. Że w mojej Wirtualnej Przestrzeni Osobistej siedzi słoń i zjada elementy wyposażenia. Że pewnie już się reprodukował, jak każdy wirus, którym najpewniej był. Że zapewne pozapychał wspólne łącza i Urząd Higieny Cybernetycznej wlepi mi karę.

więcej »

Gucio
Ida Żmiejewska

7 V 2013

Kwadrans po północy Alina zakończyła wreszcie rozmowę z czwartą kandydatką na etatową wiedźmę dzielnicy Ursynów i przeklinając w duchu jej gadatliwość, udała się do kuchni po herbatę z sokiem malinowym, która zawsze i niezawodnie stawiała ją na nogi.

więcej »

To, co najcenniejsze
Anna Knap

30 IV 2013

I w końcu stało się tak, że stanąłem nad przepaścią, przy schodach wiodących w dół, do Jamy, a strażnik spytał mnie, jaką cenę jestem gotów zapłacić za przywilej zejścia tą drogą. Odparłem, że każdą, gdyż wówczas rzeczywiście byłem o tym przekonany.

więcej »

Polecamy

Tryptyk wojenny: Nocą umówioną, nocą ociemniałą

Tryptyk wojenny:

Tryptyk wojenny: Nocą umówioną, nocą ociemniałą
— Sebastian Chosiński

Tryptyk wojenny: Niech ogarnie cię lęk
— Sebastian Chosiński

Tryptyk wojenny: Nic już nie słychać
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Inne recenzje

Gdzieś w połowie drogi
— Beatrycze Nowicka

Cierp, Łowco, cierp
— Beatrycze Nowicka

Sztuka wyobraźni
— Beatrycze Nowicka

Nietypowe fantasy typowe
— Beatrycze Nowicka

Paleni i mrożeni
— Eryk Remiezowicz

Tegoż twórcy

Paleni i mrożeni
— Eryk Remiezowicz

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000-2013 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.