Nowe zasady dotyczące cookies

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej „Polityce Cookies”.

 
 
dzisiaj: 24 maja 2013
w Esensjopedii w Esensji w Google
Zobacz koniecznie: Esensjomania – księgarnia Esensji!  –  Esensja

Przy herbacie: Wolnoć Tomku w swoim opku

Czy zarażona bakteriami ospy Renfri w batystowych majtkach może zrobić salto na wieżyczce czołgu?
Do napisania tego felietonu zainspirowała mnie analiza tak zwanego Nazi Opka1) na stronie Niezatapialnej Armady Kolonasa Waazona (o tej analizatorni wspominałam już w felietonie „Grzeszne przyjemności z pisania”). Jest to historia dwóch muzyków z popularnego obecnie boysbandu, z tym, że jeden występuje jako hitlerowiec, drugi jako Polak. W tym – bynajmniej nie będącym groteską czy parodią – tekście bohater w okupowanym Krakowie ogląda telewizję, w łazience ma żel pod prysznic, gestapo myli się autorce z Wehrmachtem i generalnie utwór aż kipi od najrozmaitszych nielogiczności, anachronizmów i błędów rzeczowych. Autorka broniła się stwierdzeniem, że „przecież to tylko fikcja literacka”. Jest to uderzająco podobne do linii obrony niektórych pisarzy fantastycznych.
Wiele lat temu burzę w środowisku fantastów wywołały batystowe majtki Renfri w opowiadaniu Sapkowskiego „Mniejsze zło” – autor twierdzi, że był przez redakcję namawiany do wykreślenia tego szczegółu. Frakcja antybieliźniana pieniła się, że w świecie niby-średniowiecznym majtek nikt nie ma prawa nosić, frakcja tekstylna argumentowała, ze wszak Wiedźminlandia nie jest dokładnym odwzorowaniem żadnej z naszych epok historycznych. Kiedy przycichło, AS dołożył do pieca wprowadzeniem do fantasy takich pojęć jak „bratnia pomoc” czy „gen recesywny”. I znów zawrzało: czy czarodziejki mają prawo znać genetykę? Oczywiście, nie sposób przekonująco uzasadnić, że NIE mogą jej znać, skoro w naszym świecie eksperymenty Mendla to połowa XIX wieku.
Kłótnie czytelnicze wybuchają również wtedy, gdy autor – powołując się na fantastyczność – opisuje sceny sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Kopalnią takowych jest „Achaja”, której tytułowa bohaterka robi salta w kajdanach na nogach, jeździ konno w skórzanej minispódniczce bez majtek czy przenosi przez kładkę osła wraz z ładunkiem. Fani na zarzuty odpowiadają wyniośle, że to „taka estetyka” i „celowe przerysowanie”. Nie-fani… cóż, nie-fani najczęściej kończą lekturę już przy scenie z saltami.
Jeżeli cała powieść napisana jest w komiksowo przerysowanej estetyce, to pół biedy: ci, którym taka idea nie odpowiada, po prostu nie będą czytać. Gorzej, jeśli autor pragnie zachować pełen realizm, ale zdarzają mu się błędy na skutek niedostatecznej wiedzy. Pamiętam pewien tekst umieszczony bodajże na starym forum Nowej Fantastyki, gdzie akcja działa się w Polsce lat 80., a autor pośliznął się na jakichś szczegółach dotyczących pracy milicji. Kiedy mu to wytknięto, zareagował standardowym „przecież-to”, jednak krytykujący czytelnik słusznie odparł, że pisząc o konkretnym czasie i miejscu autor powinien zachować dotyczące ich realia. Elementy fantastyczne to całkiem co innego: PRL-owski śledczy może prowadzić dochodzenie w sprawie morderstwa popełnionego przez wilkołaka, ale na miejsce zbrodni musi jechać samochodem istniejącym w tamtej rzeczywistości, ubrany w ciuchy dostępne za komuny i z możliwościami technicznymi na odpowiednim poziomie: wykluczona jest na przykład analiza DNA (swoją drogą, urocze błędy zdarzają się nastolatkom próbującym na blogach pisać kryminały – u nich analiza DNA nieznanej ofiary zdradza… jej nazwisko i adres).
Gimnazjalne dzieciaki wypisują głupoty z braku wiedzy i wyobraźni; dojrzałym autorom nie zdarzają się aż tak kompromitujące wpadki, ale za to są oni znacznie ostrzej rozliczani. Pojedynczy błąd w określeniu typu pistoletu, działa okrętowego czy sposobu zapobiegania malarii bywa rozdmuchiwany do rozmiarów przesłaniających cały utwór. „NO TO CO, że akcja jest wartka, a bohater jak żywy, skoro autor nawet nie odróżnia czołgu WTF-20 od HGW-40, a przecież każdy widzi, że różnią się sposobem nitowania pancerza wieżyczki!”, zakrzykują wielbiciele militariów. Po części ich rozumiem. Jeden durny błąd autora – a autor wcale nie musi olewać szczegółów: wystarczy, że zbytnio zaufa swojej pamięci lub oprze się na złych źródłach – jest w stanie zdyskredytować całą powieść. Mnie się to zdarzyło z „Szatą” Douglasa L. Cassela. Poszło w sumie o drobiazg. Powieść ta rozgrywa się w starożytnym Rzymie w roku 33 n.e., a rzymski patrycjusz pragnący darować wolność zasłużonemu niewolnikowi siada i pisze akt wyzwolenia. Pech chciał, że akurat byłam na drugim roku studiów i rzymskich sposobów uwalniania niewolników uczono nas dość szczegółowo – a żaden nie polegał na tym, że właściciel wystawia mu dokument niczym jakiś XIX-wieczny amerykański plantator. W tym momencie cała historyczność powieści przestała się dla mnie liczyć, bo skoro przyłapałam autora na takim błędzie, to jak mam mu zaufać w kwestii obyczajów, jedzenia, sposobów podróżowania czy innych szczegółów.
W byciu czytelnikiem specjalistyczna wiedza nie popłaca. Jeden zirytuje się, czytając o starożytnym Egipcjaninie, który „uniósł się w strzemionach”, drugi zawyje przy „bakteriach ospy”, trzeci wkurzy się potężnie „zimnym dotykiem metalu glocka”. A dla znakomitej większości odbiorców te szczegóły są niezauważalne. Oczywiście what has been learned cannot be unlearned i nikt nie da rady pozbyć się informacji zdobytych przez wykształcenie czy hobby. Zaprawdę, jeśli nie staniecie się jako dzieci, nie będzie wam dane wejść do królestwa literackiego.
koniec
2 października 2011
1) Opko = opowiadanie.
dodajdo

Komentarze

02 X 2011   21:09:50

Oj, tak. To samo można odnieść do filmów. Gladiator czy ostatni Robin Hood nie dają tyle przyjemności ludziom bardziej obeznanym w realiach.

03 X 2011   00:19:25

Odpowiadając na pytanie z leadu niniejszego tekstu mówimy zdecydowanie: "tak, ale". Tak, ale pod warunkiem, że owa wieżyczka ma odpowiedni sposób nitowania ;-P

03 X 2011   13:03:34

I podobnie jest u Neal Stepehnsona w Zodiacu, gdzie najbardziej fantastyczno-naukowe elementy to opisy związane z nurkowaniem, a wyłapać to może w zasadzie tylko ktoś, kto na nurkowaniu się zna i wie np. jak się zachowuje pęknięta butla z powietrzem (a nie z tlenem, jak ot jest opisane w książce).

03 X 2011   18:18:49

Kiedyś bardzo mnie irytowały błędy w tekstach popularnonaukowych. Gdy natrafiałem w nich na drobny nawet błąd faktograficzny (w książkach historycznych zwykle spotyka się je w tablicach chronologicznych lub synchronistycznych), traciłem ochotę na czytanie reszty. Wyleczyłem się z takiej postawy po lekturze "Europy" Normana Daviesa. :D

03 X 2011   18:40:25

Głupot jednak pisać nie można. Oglądanie telewizji w Krakowie w 1940r. jako tako broniłoby się w parodii, a i tak budziłoby zarzut grafomanii. Można pomylić się w sposobie montażu wieżyczki czołgu T-34 (choć każdy fachowiec zawyje, gdy usłyszy o nitowaniu- nity w przypadku trafienia zachowałyby się jak pociski), ale napisanie że wspomnianym czołgiem Jagiełło przyjechał pod Grunwald, albo że z jego pancerza marszałek Piłsudski przyjmował defiladę sprzymierzonych oddziałów tureckich w 1920r. przekracza granice wytrzymałości większości Czytelników.

Przykro mi, ale pisanie powieści historycznych to zadanie trudne i niewdzięczne. Bardzo łatwo przejechać się na jakimś drobnym szczególe. W fantastyce od biedy można kazać chłopskiej piechocie nosić zbroje płytowe (wystarczy dorobić do tego ideologie- np. uzasadniając to popularnością zamawiania zbroi w lokalnej kuźni dzięki kazaniom proroka Nabuchodonozora), można kazać kapłanom zajmować się genetyką (w końcu mają prawo mieć wiedzę tajemną), albo wyposażyć jazdę w kusze (w sumie byłoby to nawet skuteczne, choć broń jednorazowego użytku). Ale już miecze z ołowiu czy jazda chroniona pawężą byłaby trudna do przełknięcia. W neverlandzie bohater może łuskać pestki słonecznika, lub przygotowywać, jak Sam Gamgee, rybę z frytkami, ale w średniowiecznej Europie zabrzmi to gorzej niż krzyk pawia.

BTW: Achaja to dość fajny przypadek- Ziemiański zrobił z bohaterki komandosa, u którego salto z kajdanami na nogach brzmi nawet wiarygodnie (zwłaszcza że, zdaje się, nigdzie nie napisał, że te kajdany były ciężkie). Zresztą to nie jest pomysł nowy- Old Shatterhand miał stuprocentową skuteczność nokautu przy pojedynczym ciosie, do tego jeszcze doskonale się skradał i nigdy w życiu nie spudłował, obojętnie czy strzelał z niedźwiedziówki, czy rzucał tomahawkiem. Co do jazdy konnej w skórzanej minispódniczce- jest to wykonalne, aczkolwiek dużo łatwiejsze i wygodniejsze byłoby bez :).

03 X 2011   19:41:12

Błędy będą zawsze towarzyszyć twórczości. Najgorsza jest jednak ignorancja twórców i trwanie jak skała przy swoim zdaniu. Można się sprzeczać czy ważne jest jaką główny bohater nosi broń jeżeli jest to romans, natomiast gdy mamy do czynienia ze sceną pojedynku warto aby autor zaznajomił się choć trochę z tym tematem.

Nie do końca zgodzę się także, że w fantastyce można obronić wszystko. O ile szybsze poruszanie się, nadludzkie skoki można zrzucić na karb magi (magicznych artefaktów, wiedzy magicznej itp) lub specjalnego wyszkolenia szczególnie w tzw high fantasy to w low fantasy płytowe zbroje u chłopów nie przejdą nie dlatego, że kapłan nie może powiedzieć chłopom żeby je kupowali tylko że taka zbroja sama z siebie była potwornie droga. Co więcej należało by właśnie wyjaśnić dlaczego chłopi mogą jej używać. I właśnie kiepskie tłumaczenia sprawiają, że można nazwać autora ignorantem.

A przy okazji Alojzy kusze wśród pocztu rycerskiego biorącego udział w bitwie były nader popularne w XIV i XV wieku. Co więcej jeździec mógł bez problemu ją przeładować.

Na koniec warto też zauważyć, że autorzy sami często wchodzą na minę opisując ze zbytnimi szczegółami coś co dla fabuły nie jest istotne, a powoduje zgrzyty.

03 X 2011   20:31:41

Dlatego zawsze warto pomyśleć nad dobrą ideologią. Chcemy mieć piechotę w zbrojach płytowych (chwilowo nie zastanawiamy się, że taka piechota byłaby dość powolna). Albo, metodą zdaje się Kresa, powołujemy do życia bogacza nad bogacze, który te zbroje kupi w przerwie między wykładaniem złotymi monetami podłóg w kolejnych komnatach swojego pałacu. Albo też musimy ruszyć głową. Na przykład "metodą Alojzego" tworzymy lud, któremu prorok zapowiedział, że za tysiąc lat spotka się z wrogiem, którego tylko taka piechota powstrzyma. Dlatego też przed te tysiąc lat każdy chłop wolne grosiwo inwestował w wykuwania zbroi, której elementy (zachowajmy zdrowy rozsądek- jeden chłop co najwyżej mógł obstalować nałokietnik, na więcej mu pieniędzy by mu w życiu nie starczyło) przekazywał najstarszemu synowi. Oczywiście musimy dołożyć łatwo dostępne złoża dobrej rudy żelaza i jakąś mechanizację kuźni (choćby młoty poruszane za pomocą kół wodnych), żeby całość jako tako trzymała się kupy. To nie koniec problemu- wspomnianemu wrogowi trzeba dać takie uzbrojenie, żeby owa piechota miała szanse stawić mu czoła (alternatywą może być pokazanie, że w tej jedynej sprawie prorok się mylił i wróg rozbije tę piechotę w puch. Albo wróg może się w ogóle nie pojawić- ale takie rozwiązanie to pomysł raczej na jeden z wątków powieści, a nie na opowiadanie).

O kuszach w poczcie rycerskim faktycznie zapomniałem. Ale główną siłą tego pocztu był kopijnik. Jednostka strzelców konnych uzbrojonych w kusze (których do życia zresztą powołał wspomniany Ziemiański) to pomysł dość ryzykowny, choćby ze względu na małą szybkostrzelność. Ziemiański też nie pokazał ich w akcji.

03 X 2011   21:04:39

Te dziwności u Ziemiańskiego pamiętam doskonale. Najśmieszniejsze jest to, że póki starczało powieści, póty wszystko było dobrze. Dopiero kiedy skoczyłam czytać, zaczęłam parskać ze śmiechu na wspomnienie całego oddziału damskiej jazdy w mini i innych rewelacji (ale chyba to akurat było najdurniejsze). Fakt, że wtedy młoda byłam i "Achaja" była bodajże trzecią książką fantasy w mojej karierze czytelniczej. Ale gdybym miała ją czytać teraz, to pewnie zakończyłoby się na scenie salta.;)

Błędy wyłapywane w książkach nie uprzykrzają mi lektury, ale skutecznie potrafią na jakiś czas odwrócić uwagę od głównego tematu.

05 X 2011   09:33:30

A ja za to o „zimnym dotyku metalu glocka”. Ta fraza akurat jest mieczem obosiecznym - z jednej strony w analizatornii wyśmialiby ją jako, że "każdy wie, ze glock jest z plastiku". a z drugiej strony... każdy kto bez zastanowienia powtarza amerykański skrót myślowy (oni nazwali austriackiego glocka "plastic gun") sam się dyskredytuje, gdyż zamek w glocku (słownomuzycznie: cała górna część pistoletu, ta, której się w ręce nie trzyma) jest metalowy, oksydowany na czarno. Sięgając do kabury po broń można tak ułożyć palce (bez ich nadwyrężania ;-) ) aby poczuć chłód metalu. Zatem... uważajmy, z czego się zwykliśmy śmiać, bo może nie w każdej dziedzinie opkoaŁtor jest ex definitio głupi...

05 X 2011   12:11:33

W kontekście glocka to pisałam o wkurzaniu się, nie o śmianiu. A wybronić można każdego. Może na przykład jakiś rzymski żołnierz był genialny i wynalazl strzemiona, tylko nie weszły do powszechnego użytku?

05 X 2011   14:10:45

@Achika: Już widzę tę scenę, gdy żołnierz ów pokazuje swój wynalazek centurionowi (czy w kawalerii rzymskiej był taki stopień? Nie mam pojęcia, niestety... ;-) ), a on rzuca:
- Nieeee... To się nie przyjmie....

:-)
Pomijając glocka, mnie też wiele rzeczy u niektórych autorów uwiera (ekologia i meteo Gór Ciężkich Kresa, ekonomia (a właściwie jej brak) Śródziemia etc.), a u niektórych wręcz śmieszy. A i moje wypocinki nie są bez wad - zdaję sobie z tego sprawę.

05 X 2011   23:25:35

Natomiast jest taka dziedzina, w której dowolna gafa raczej nie mam szansy trafić na publiczny sprzeciw, bo minimalny jest odsetek tych, którzy się znają a chcieliby konfrontować swoją wiedzę (i ufundowanie na niej dowody na gafę) z tymi, którzy tej wiedzy nie mają.

To muzyka.

Jako muzyk mogę wam dać słowo, że największym pisarzom i tłumaczom zdarzają się w kontekście wiedzy muzycznej absolutne absurdy - a szansa na upublicznienie ich wypunktowania jest w zasadzei zerowa. Why? - powiedzmy, że muzyka to dziedzina hermetyczna. Poza muzykami nikt nie jest tu niczego pewien, wikipedia roi się od durnot, w zasadzie nie ma jak sprawdzić...

No, to taka ciekawostka może.

06 X 2011   00:06:26

Ciekawe (i bardzo możliwe). Przychodzą Ci na szybko do głowy jakieś wyraźne przykłady? Przy czym piszę tu o owych największych (no, powiedzmy, bardzo dużych) pisarzach, a nie opowiadaniach z SFFH.

06 X 2011   14:05:17

tak na wyrywki to niewiele. kiedyś miałem pomysł, żeby wyłapywać takie rzeczy z książek (różnych gatunków, oczywiście), ale jakoś nie pamiętałem.

znaczna część lapsusów to złe stosowanie wyrażeń ekspresyjnych i technicznych, np. 'abuse' takich jak crescendo (które jest wyłącznie stopniowym wzrostem głośności - pomijam tu metaforykę, np. crescendo powiedzmy gniewu, które uważam za zasadne - o ile pozostaje metaforą.),
czy inne staccata i arpeggia.
Ale głównie kłopoty z pojęciem "skala - tonacja" oraz nomenklaturą tych spraw, nomenklatura instrumentów - rzeczy proste, które w odpowiednich miejscach można sprawdzić łatwo, nie wiem, czemu nikomu (autorom, tłumaczom) się nie chce. W tłumaczeniach z ang. notoryczne nazywanie dźwięku naszego 'h' angielskim 'b' - no całe rodziny lapsusów:)

troszkę tu nie meijsce, żebym tworzył jakieś zwarte listy, tak mnie tylko p. Achika zainspirowała:)

a że zdarzało mi się dokonywać czegoś na kształt korekty specjalistycznej w wydawnictwach, to wiem o czym mówię.

Ciekawe są, ostatecznie, nawet nie same błędy, tylko fakt, że przecież odsetek czytelników, którym by to przeszkadzało, jest generalnie śladowy:)

06 X 2011   20:45:09

U Sapkowskiego jest wbrew pozorom trochę lapsusów mniejszych i większych, a i tak czyta się go świetnie ;) Hint: a choćby kwestia, że przy generalnie sporym naturalizmie, wzmianka o wszach pojawia się w całej sadze wiedźmińskiej chyba raptem dwa razy...

07 X 2011   17:17:36

„Autorka broniła się stwierdzeniem, że „przecież to tylko fikcja literacka”. Jest to uderzająco podobne do linii obrony niektórych pisarzy fantastycznych.”

Drugim ulubionym argumentem domorosłych twórców wielkiej literatury, gdy „frustrat powodowany zawiścią” wytknie im jakiś idiotyzm, jest: „A ty co napisałeś w swoim życiu? Jak się tak znasz na pisarstwie to sam coś napisz, inaczej nie masz prawa nikogo krytykować.” Bo przecież tylko pisarz jest w stanie poprawnie ocenić innego twórcę tak samo jak tylko wykwalifikowany piekarz jest kompetentny, aby ocenić czy pieczywo smakuje, czy nie. Czy ktoś zdrowy na umyśle odważyłby się skrytykować krawca za źle skrojony garnitur sam nie będąc krawcem albo podjąłby się oceny kobiecego aktu nie wiwisekcjonowawszy wpierw tuzina kobiet?

„Kłótnie czytelnicze wybuchają również wtedy, gdy autor – powołując się na fantastyczność – opisuje sceny sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Kopalnią takowych jest „Achaja”, której tytułowa bohaterka robi salta w kajdanach na nogach, jeździ konno w skórzanej minispódniczce bez majtek czy przenosi przez kładkę osła wraz z ładunkiem. Fani na zarzuty odpowiadają wyniośle, że to „taka estetyka” i „celowe przerysowanie”. Nie-fani… cóż, nie-fani najczęściej kończą lekturę już przy scenie z saltami.”

Pozwolę sobie tutaj zacytować Sapkowskiego:
„Najpopularniejszą metodą jest krytyczna ocena świata, opisanego w dziele. Świat ocenia się na podstawie jego, excusez le mot, ontologii. Metoda jest iście znakomita, umożliwia bowiem krytyczną ocenę utworu fantasy nawet wówczas, jeśli w ogóle się go nie czytało. Pisze się recenzje, naprzemiennie określając dany Never-Never Land danego autora jako "niespójny, ontologicznie chwiejny i niedokończony" lub jako "ciekawy, pełny, komplementarny". I zawsze trafia się bez pudła. Potem bierze się na warsztat protagonistę utworu. Bohaterowie fantasy mają bowiem jedną wspólną cechę - są jak jeden mąż nieprawdopodobni. Po pierwsze, dokonują fizycznie niemożliwych wyczynów. Po drugie, zachowują się w absolutnie bezsensowny, nielogiczny, wręcz kretyński sposób. Krytyk, żwawy niczym sum w natlenionej wodzie, wytknie więc bohaterowi fantasy jego behawioralny kretynizm i odniesie tenże do autora, mianując i jego beznadziejnym głupkiem.”

„Zamaskowany wniosek Rafała brzmi: oto macie koryfeusza gatunku fantasy i stworzony przez niego świat. I co my wiemy o tym świecie? Nic. Autor nie informuje nas ani o podstawowych gałęziach przemysłu Grombelardu, ani o wysokości produktu narodowego brutto, ni o głównych uprawach, ni o liczebności stad hodowlanych. Ani słowa o bilansie płatniczym, ba, nie znamy nawet wysokości oprocentowania kredytów w bankach, nie wspominając o założeniach polityki podatkowej. Też mi świat, od A do Z wyssany z palca, prymitywna literacka utopia, jakże typowa dla prymitywnych autorów zajmujących się prymitywną literaturą miecza i magii.”

„W kontekście glocka to pisałam o wkurzaniu się, nie o śmianiu. A wybronić można każdego.”

Święta prawda. Że co? W glocku jest metal, więc autor (który nie twierdził przecież, że jest tam tylko metal) miał rację? Taką argumentacją wybronić można każdego.

Bo jeśli pisarz mówi o „zimnym dotyku metalu glocka” to zapewne nie użył takiego sformułowania dlatego, że zdaje sobie sprawę z faktu, że glock w istocie składa się z elementów metalowych (a także niemetalowych). Nie, skąd. Skoro glock ma elementy metalowe i niemetalowe, to świętym obowiązkiem każdego pisarza jest każdorazowo zaznaczać ów fakt, bo to na pisarzu spoczywa ciężar udowodnienia swojej kompetencji w danej dziedzinie (Poczuł zimny dotyk metalu glocka, który wszakże składa się także z elementów niemetalowych, ale on teraz dotknął go w takim miejscu, gdzie znajdują się tylko elementy metalowe, więc tych niemetalowych, znajdujących się tuż obok, ale trochę dalej, akurat teraz nie poczuł.). Posunę się jeszcze dalej. Jeżeli w akcie pierwszym pojawia się glock to do końca sztuki widownia winna poznać wszystkie elementy z których się on składa i ich dokładny skład chemiczny, inaczej można domniemywać, że autor nie zna się na rzeczy.

Mówiąc poważnie, jeżeli ktoś mówi o „zimnym dotyku metalu glocka” to raczej jest to ktoś kto właśnie zna się jako tako na broni i pragnie to (moim zdaniem nachalnie) zakomunikować. Ktoś kto na broni się kompletnie nie zna będzie raczej twierdził, że glock to „niewykrywalny przez wykrywacze metalu niemiecki pistolet z plastiku za milion dolarów”, bo przecież Bruce Willis tak twierdzi, więc tak musi być.

21 X 2011   07:50:40

Pojechałeś...

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Esensjomania – księgarnia Esensji!
Esensja

6 V 2013

Chcielibyśmy zaprosić Was dziś do nowo otwartej księgarni – Esensjomania.pl.

więcej »

Do księgarni marsz: Maj 2013
Esensja

1 V 2013

W maju w księgarniach zapowiada się znaczne ożywienie z okazji Warszawskich Międzynarodowych Targów Książki. Korzystajcie, bo już wkrótce czeka nas wakacyjny przestój…

więcej »

Do księgarni marsz: Kwiecień 2013
Esensja

2 IV 2013

Z okazji świąt przesunęliśmy publikację kwietniowych polecanek ksiązkowych o jeden dzień. Dodatkowa korzyść jest taka, że nikt nie będzie musiał się zastanawić czy nie zaplątała się w nich jakaś pozycja primaaprilisowa.

więcej »

Polecamy

10 najlepszych opowiadań o wiedźminie

Wiedźmin 2013:

10 najlepszych opowiadań o wiedźminie
— Esensja

Cykl wiedźmiński to więcej niż kanon
— Miłosz Cybowski, Agnieszka Hałas, Magdalena Kubasiewicz, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Wiedźmin Geralt: Podróż na wschód
— Władimir Arieniew

Wiedźmin w Esensji
— Esensja

Zobacz też

Z tego cyklu

Refleksje zajdlowe
— Agnieszka Szady

Bohater sponiewierany
— Agnieszka Szady

Zawartość cukru w cukrze
— Agnieszka Szady

Jak mieć Saurona za szefa i przeżyć
— Agnieszka Szady

Jak pisać nie o seksie
— Agnieszka Szady

Nie mirmiłuj, kasztelanie, czyli jak pisać o rzeczach strasznych
— Agnieszka Szady

Dla dorosłych o dzieciach
— Agnieszka Szady

Bycie szczurem zmienia punkt widzenia
— Agnieszka Szady

Moja sąsiadka hoduje smoki
— Agnieszka Szady

Grzeszne przyjemności z pisania
— Agnieszka Szady

Tegoż autora

Esensja czyta: Kwiecień 2013
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Alicja Kuciel, Paweł Micnas, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady

Esensja ogląda: Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Tomasz Kujawski, Małgorzata Steciak, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Cykl wiedźmiński to więcej niż kanon
— Miłosz Cybowski, Agnieszka Hałas, Magdalena Kubasiewicz, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Marzec 2013 (2)
— Grzegorz Fortuna, Alicja Kuciel, Małgorzata Steciak, Agnieszka Szady

Subiektywny Przegląd Prasy: Górki i dołki
— Agnieszka Szady

Esensja czyta: Styczeń 2013
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Magdalena Kubasiewicz, Alicja Kuciel, Daniel Markiewicz, Agnieszka Szady

Jak pokonać w sobie ulnika
— Agnieszka Szady

Esensja ogląda: Styczeń 2013 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Piotr Dobry, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Robinson transoceaniczny
— Agnieszka Szady

Intrygi w lukrowanym światku
— Agnieszka Szady

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000-2013 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.