dzisiaj: 7 lutego 2012
w Esensjopedii w Esensji w Google
Zobacz koniecznie: Prezenty świąteczne 2011: 70 pomysłów na filmowy prezent!  –  Esensja

Zgryźliwi tetrycy

Lista aktualna
Od: Do:
Tytuł:
Lista wszech czasów
Kolorem pomarańczowym wyróżniono oceny dodane w ciągu ostatniego tygodnia.
Strona [«][‹] 1 z 2 [›][»]
Tytuł
PCz
PD
BH
UL
MO
WO
KW
AZ
Średnia
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny Brak oceny
Tytuł
PCz
PD
BH
UL
MO
WO
KW
AZ
Średnia
Strona [«][‹] 1 z 2 [›][»]
MO – Michał Oleszczyk [9]
Ogromne zaskoczenie in plus! Film rezygnuje z milusiego portretowania gejów jako roześmianych chłoptasiów potrafiących jak nikt inny wymyślać złośliwe riposty. Zamiast tego dostajemy uderzająco prawdziwy portret dwóch całkowicie różnych męskich temperamentów, uwikłanych w relację wzajemnego przyciągania, z którą sami bohaterowie nie do końca wiedzą, co zrobić. Wybitne aktorstwo, świetna reżyseria – jeden z filmów roku.
AZ – Artur Zaborski [9]
„Przed wschodem słońca” w wersji gejowskiej. Wywiedzione z barów dla gejów obserwacje zachowań reżyser połączył z modnymi teoriami humanistycznymi, którymi jeden z bohaterów próbuje nazywać i rozmawiać o uczuciach. Drugi korzysta z klasycznych środków. Mimo intelektualnego obycia język obydwu okazuje się wciąż za mało giętki, aby wyrazić cokolwiek. Za to na ekranie od nienazwanych emocji aż się roi. Aktorzy Tom Cullen i Chris New wygrywają je bezbłędnie bez brodzenia w lukrze.
PCz – Piotr Czerkawski [8]
Nawet jeśli bracia Dardenne kręcili już znacznie lepsze filmy, nie zgadzam się na lekceważenie „Chłopca na rowerze”. Belgijscy reżyserzy potwierdzają renomę jednych z największych humanistów współczesnego kina. Z empatią portretują tytułowego bohatera, który nieustannie miota się, błądzi i poszukuje swojego miejsca w społeczeństwie. 11-letni Cyryl w swojej zaskakującej powadze przypomina Antoine’a Doinela z „Czterystu batów”. Tak jak bohater debiutu Truffauta, spogląda w obiektyw wzrokiem, którego nie sposób zignorować.
MO – Michał Oleszczyk [10]
Rzadki przypadek filmu, który w rejony wielkości zostaje wyniesiony jednym jedynym (ostatnim) ujęciem. Nie wolno zdradzać jego natury ani treści, ale dość powiedzieć, że jest ono zarówno moralną implozją pokazanego dotąd świata, jak i najzwyklejszym w świecie landszaftem. Najlepszy film Dardenne’ów do tej pory (a kilka arcydzieł mają już na koncie!).
AZ – Artur Zaborski [7]
Nowy film braci Dardenne to przede wszystkim tytułowy chłopiec – Thomas Doret. Młody aktor wygrywa w pojedynkę tyle emocji, do ilu w hollywoodzkiej produkcji trzeba byłoby zatrudnić całe przedszkole.
Moneyball [8.20]
PCz – Piotr Czerkawski [8]
Bejsbolowy „Social Network”. Pasjonujący film, w którym od wątku sportowego ważniejsze okazują się kolumny statystyk, biurowe nasiadówki i żmudne negocjacje. Hollywoodzkie kino, które błyskotliwie podważa własne schematy, bo przedkłada honorową porażkę nad efektowne zwycięstwo.
PD – Piotr Dobry [8]
„Moneyball” jest znakomity i tak przebogaty znaczeniowo, że jak na „film o baseballu” to wręcz nieprawdopodobne. Można go odczytywać nawet jako quasi-biografię samego Brada Pitta. Wciąż, co właśnie pokazały Złote Globy, niedocenianego, a przecież wybitnego w swoim fachu.
BH – Błażej Hrapkowicz [9]
O baseballu wiem tyle, co nic, ale kiedy Billy Beane mówi w świetnym „Moneyball": „How can you not be romantic about baseball?”, wystarczy, że zamienię „baseball” na „football” (w amerykańskiej nomenklaturze „soccer”) – i jestem w domu. Bo przy wszystkich innych tematach, jakie porusza (takich jak los rewolucjonisty czy miejsce jednostki w systemie), film Bennetta Millera to wspaniała opowieść o sporcie właśnie.
MO – Michał Oleszczyk [8]
Świetny film o miłości do sportu bratającej się z miłością do słupków i liczb – a zarazem kolejny, po „The Social Network” Sorkinowy portret zwycięskiego geeka zmieniającego świat na wzór i podobieństwo ekranu własnego laptopa. Świetne kino w starym, przegadanym stylu adaptacji Paddy’ego Chayefsky’ego.
KW – Konrad Wągrowski [8]
Chyba każdemu amerykańskiemu scenarzyście należy dać zadanie – tak napisać film o baseballu, aby był zrozumiały poza Stanami. Sorkin i Zaillian wywiązali się z zadania znakomicie. Nieznajomość zasad gry w niczym nie przeszkadza w fascynowaniem się bojem, jaki toczy Billy Beane (w bardzo dobrej, jak zwykle ostatnio, kreacji Brada Pitta). Świetnie zagrane, świetnie napisane i zupełnie nieoczywiste, z zakończeniem, dalekim od typowego dla takiego kina happy endu, pozwalającym na zupełnie oderwane od sportu interpretacje. Ach – no i jeszcze to wrażenie, ze Franzowi Smudzie przydałby się taki Peter Brand…
Szpieg [7.80]
BH – Błażej Hrapkowicz [9]
Stylowy aż do przesady? Zgoda. Udziwniony? Tak. Misterny na granicy popisu? Też. Ale dla mnie to wszystko część fenomenalnego pomysłu Alfredsona -podczas gdy intryga biegnie własnym torem, prawdziwy dramat rozgrywa się niejako w poprzek, w detalach, gestach, spojrzeniach. To film o ludziach uwięzionych w dekadenckim świecie (Alfredson robi z kadrów klatki, każde ujęcie jest dla bohaterów jak ciasna cela), gdzie etyka legła w gruzach, a estetyka jest kolosem na glinianych nogach. Wszystko jest tutaj w stanie ciągłego napięcia, na granicy rozpadu. Mała apokalipsa.
UL – Urszula Lipińska [8]
Stylowy i wyrafinowany jak świetnie skrojony prochowiec najwyższej jakości. Spojrzenia zastępują dialogi, atmosfera oczekiwania i tajemnicy spowija kadry od pierwszego do ostatniego, jeśli zaś chodzi o aktorów – składam ręce do oklasków dla wszystkich razem i każdego z osobna.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Układanka tak misterna, że zdaje się oddychać nawet bez widowni, jest z całą pewnością najlepszym zimnowojennym thrillerem od wielu lat – nawet jeśli strategie montażowe Alfredsona więcej niż raz wydały mi się ciut za bardzo udziwnione (tak jakby reżyser chciał pokruszyć fabułę zamiast ją opowiadać, choćby z zawijasami). Niemniej pod względem wizualnym jest to cudowna podróż w przeszłość pozbawiona folderowego blasku i nostalgii „Mad Menów”.
WO – Wojciech Orliński [8]
Takie to stylowe, że aż już za bardzo. Film ma pretensje do realizmu, a trochę trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście zachodnie wywiady podczas zimnej wojny funkcjonowały tak nieporadnie – gdzieś mi cały czas brzęczały w uszach cytaty z „Johnny Englisha”, w rodzaju „przecież on skończył Eton!”. Ale może komizm Atkinsona bierze się z tego, że on tak dobrze rozumie brytyjskie społeczeństwo i parodiuje to, co Le Carre opisywał na serio? Wyszedłem z kina zastanawiając się, jakim cudem Rosjanie przegrali zimną wojnę, jeśli wśród swoich przeciwników mieli takich nieudaczników, jak bohaterowie „Szpiega” (tak, ze Smileyem włącznie; no bo powinien się domyślić wcześniej).
AZ – Artur Zaborski [7]
Nie sądziłem, że dam się zahipnotyzować filmowi szpiegowskiemu, którego bohaterowie nie mają dostępu do arsenału wynalazków i sprzętów, a ekranu nie rozświetla raz po raz spektakularna eksplozja. Tymczasem „Szpieg” to misternie konstruowana tajemnica, z rozwiązaniem której mieliby problemy 007 i Ethan Hunt razem wzięci. Zaangażowanie w odkrywanie kolejnych śladów przy jednoczesnym myleniu tropów okazało się tak samo duże, jeśli nie wyższe niż przy okazji rozdmuchanych historyjek z Jamesem Bondem.
Chciwość [7.60]
BH – Błażej Hrapkowicz [8]
Tragedia ze status quo zamiast przełomu, kapitalny ekonomiczny thriller, studium współczesnego kapitalizmu. Tetryk Michał ma rację tylko połowicznie – owszem, Chandor jest oburzony, ale nie z powodu osobistych przywar bohaterów, tylko systemu, który promuje i wynagradza skrajny egoizm, konsumpcjonizm, arogancję i pogardę wobec innych. To film z tezą, ale niestety dobrze udokumentowaną i – co ważniejsze – rewelacyjnie rozpisaną na precyzyjną, trójdzielną opowieść. A libertarianie nigdy nie są tak zainteresowani moralnością, jak wówczas, kiedy muszą się zmierzyć z inteligentną krytyką kapitalizmu.
MO – Michał Oleszczyk [6]
Dobry film zaangażowany, z rewelacyjnym zespołem aktorskim i przesłaniem wypisanym na sztandarach, jak miały to w zwyczaju socjalistyczne sztuki pisane w latach trzydziestych przez Clifforda Odetsa i jego kolegów. Moralne oburzenie budzi się w nas w dokładnie wyliczonych przez reżysera momentach – między innymi wówczas, kiedy obleśny Paul Bettany mówi, że wydał kilkanaście tysięcy dolarów na dziwki. Nigdy kino lewicowe nie jest równie pruderyjne, jak wówczas, kiedy chłoszcze zepsutych plutokratów!
WO – Wojciech Orliński [9]
Prezes banku, w lakonicznym ujęciu, to człowiek, który bierze skandalicznie dużą pensję za granie pieniędzmi podatników w ruletkę. Co wygra, to jego. Co przegra, to nasze. Zawsze to powtarzam, a mam już swoje lata, więc moje „zawsze” sięga nawet czasów sprzed guglalnej przeszłości. Cóż: cieszą mnie filmy, które tak fajnie potrafią to pokazać (ale szkoda, że nie robiono ich, na przykład, w 2005).
KW – Konrad Wągrowski [8]
Po raz pierwszy od dawna nie mogłem spać po thrillerze. I to thrillerze, który w gruncie rzeczy był dramatem. Wynika to niekoniecznie z tematyki „Margin Call”, co raczej specyficznego nastroju, przypominającego mi… „The Day After”. Krótko mówiąc: wiemy, że spieprzyliśmy sprawę na całej linii, wiemy, że wysłanie rakiet (czyli wyprzedaż aktywów) to tylko próba ukrycia własnej niekompetencji, ale wiemy też od razu, że te rakiety spowodują dramat, który zniszczy nasz świat i nasze życia. Długo by mówić o różnych aspektach tego filmu, ważne że to najlepsza fabularna wersja opowieści o kryzysie finansowym, pokazująca Stone’owi, jak należało to nakręcić.
AZ – Artur Zaborski [7]
Zgadzam się z Konradem – Oliver Stone mógłby się od J. C. Chandora uczyć. Jego debiut reżyserski pokazuje przeddzień wybuchu giełdowej paniki na Wall Street. Bohaterowie – pracownicy jednego z banków inwestycyjnych – dowiadują się o krachu, jaki lada chwila czeka rynek. Ale nie w głowie im ratowanie świata. Nikt nie wezwie Mission Impossible Forces, nikt nie przywdzieje kostiumu z literką S. Każdy będzie próbował uratować co najwyżej siebie. Jako że ratunek własnej skóry jest możliwy tylko poprzez ocalenie korporacji, rozpocznie się wdrażanie procedur antykryzysowych. Procedur, które od pracowników wymagają sprzedaży felernego towaru zaprzyjaźnionym kontrahentom, wspólnikom, a nawet własnym matkom. Takie działanie tylko przyspiesza wybuch kryzysowej bomby, ale eksplozja przynosi zainteresowanym mniejsze straty. Jedna rzecz nie zostanie przez nią nawet draśnięta – moralność, której bohaterowie „Chciwości” są zupełnie wyzbyci.
Amador [7.50]
PCz – Piotr Czerkawski [8]
Hiszpański film stanowi błyskotliwą hybrydę dramatu imigranckiego, filmu o eschatologii i bardzo czarnej komedii. Reżyser Fernando Leon de Aranoia z ironicznym uśmiechem na ustach rzuca wyzwanie śmierci. W „Amador” błaha opowiastka o outsiderach zamienia się w trawestację mitu o Syzyfie, który nie chce uwolnić schwytanego Tanatosa. Tym razem plan powiódł się znakomicie!
AZ – Artur Zaborski [7]
Reżyser Fernando Leon de Aranoia wodzi widzów za nos. Oferując znane postacie (biedni emigranci, starzec – sowa, zła policja) i znane motywy (ze wszech miar dobra imigrantka bierze lekcje życia od doświadczonego starca, którym się opiekuje), co rusz się im sprzeniewierza. Kiedy widzowi wydaje się, że „Amador” wpadł w gatunkową koleinę, następuje niespodziewana i często zabawna wolta. Reżyser „Księżniczek” wie, jak ustawić kamerę na linii marginesu. Dzięki temu jego bohaterowie nie są standardowymi odszczepieńcami, nie radzącymi sobie z normami kulturowymi, klasyfikowanymi przez to jako społeczne męty ani uciskanymi przez społeczeństwo odmieńcami, którzy biernie próbują się zasymilować. Są zwyczajnymi ludźmi, którzy czasem trafiają na słońce, czasem na deszcz.
PCz – Piotr Czerkawski [8]
Podczas gdy James Bond już dawno spoważniał i odłożył do szafy zabawki w stylu zegarka z detonatorem ładunków wybuchowych, agent Ethan Hunt wciąż wykonuje najtrudniejsze misje z chłopięcą radością. Tym razem w ramach realizacji swoich obowiązków udaje rosyjskiego generała, rozbija zabawę na imprezie w stylu Bollywood i ryzykuje życie wspinaczką na setne piętro luksusowego hotelu. Kolejne sceny tego rodzaju pozwalają stwierdzić, że reżyser Brad Bird bawił się na planie tak dobrze jakby realizował kolejną część „Iniemamocnych”. W „Ghost Protocol” ostentacyjna kreskówkowa przesada zaskakująco zgrabnie współgra z intrygą rodem z tandetnego zimnowojennego thrillera i arsenałem gadżetów a la kino science- fiction. Niemożliwe? Tylko do pierwszych minut projekcji.
BH – Błażej Hrapkowicz [7]
Brad Bird nakręcił kreskówkę, tylko z aktorami i w archaicznym kostiumie kina akcji sprzed kilku dekad (z gadżetami, przy których dawne Bondy to wystawa autentycznego ekwipunku szpiegowskiego). Cruise w swoim żywiole, mocny drugi plan, dobra zabawa i jeden mały kłopot: nagłe przebłyski „poważnych problemów”, jakby ktoś w samym środku imprezy włączył relację z katastrofy lotniczej. Nie to miejsce, nie ten czas.
AZ – Artur Zaborski [7]
„Ghost Protocol” ma wszystko, czego mógłbym wymagać od blockbustera – jest spektakularny (w filmie wylatuje w powietrze Kreml), intrygujący i nieoczywisty (scenarzyści całkiem skutecznie silą się na kilka „zaskakujących” zwrotów akcji) i szybszy od „Szybkich wściekłych” (zarówno pod kątem miejsc akcji, które przenoszą się między krajami i miastami, jak i pod kątem impetu – akcja prawie nie zwalnia). Byłoby 9, gdyby nie jeden potężny mankament – sprowadzające film do ludzkiego wymiaru przerywniki, w których Ethan i Brandt pomimo globalnego harmideru załatwiają swoje prywatne zażyłości. Twórcy nie pokusili się o oczyszczenie tych scen z patosu, tudzież ckliwości, przez co pasują do filmu jak pompon do kapelusza.
PCz – Piotr Czerkawski [9]
Film Finchera to oczywiście znakomicie wystylizowany, naznaczony autorskim piętnem kryminał. Przede wszystkim jednak „Dziewczyna z tatuażem” przypomina spełniony sen kinofila. Ekranizacja powieści Stiega Larssona iskrzy się od aluzji, cytatów i mrugnięć okiem dostępnych tylko dla uważnych bądź wtajemniczonych. Dostrzeżenie emblematu na koszulce jednego z epizodycznych bohaterów bądź przyjrzenie się stałemu zestawowi posiłków Lisbeth Salander urasta tu do rangi silnego bodźca wzywającego do identyfikacji z ekranowym światem. Najbardziej wyrazisty przejaw dostarczanej przez film tego rodzaju przyjemności przynosi błyskotliwy finał. Gwarantuję, że wielbiciele „Dziewczyny” już nigdy nie będą mogli słuchać piosenki „Orinoco Flow” Enyi bez pojawienia się na twarzy perwersyjnego uśmieszku.
BH – Błażej Hrapkowicz [7]
W czasach, kiedy wszystkie napisy pojawiają się najczęściej na końcu filmu, miło zobaczyć klasyczną czołówkę. Poza tym film Finchera to ostry jak sztylet i chłodny jak zima w Szwecji kryminał, zmontowany w podobnym stylu, co „The Social Network”, świetnie zagrany (Craig – wiadomo, ale Rooney Mara to odkrycie), brutalny i mroczny, choć nie tak strasznie pesymistyczny, jak niektórzy piszą. Fincher jest doskonałym narratorem (multi-task director, dialog, obraz i dźwięk kontrolowane równocześnie i po mistrzowsku, warsztat tak doskonały, że aż sam w sobie kunsztowny), ale brakuje nieco „Dziewczynie…” emocjonalnych wibracji – zwłaszcza ostatni akt, po wyjaśnieniu sprawy, jest rozegrany pospiesznie i po łebkach. Tam, gdzie relacja Blomkvista i Salander odrywa się od głównego wątku, Fincher jest trochę bezradny.
MO – Michał Oleszczyk [6]
Fincher nie jest wielkim reżyserem, ale pozostaje świetnym stylistą (i dość bezwstydnym sadystą na dokładkę). Nie sądzę, by innemu reżyserowi tak łatwo wybaczano totalną dramaturgiczną rozsypkę, jaka następuje w trakcie trzech kolejnych zakończeń „Dziewczyny…”, ale całość i tak przypomina w dotyku podniecający czarny aksamit, a Rooney Mara (na przemian kanciasta i po kociemu mięciutka) jest po prostu objawieniem.
Attenberg [7.20]
PCz – Piotr Czerkawski [9]
Niech Zeus ciska we mnie gromy za bluźnierstwo, ale uważam „Attenberg” za lepszy film od „Kła”. Opowieść Athiny Tsangari zgrabnie łączy formalny ekscentryzm i uniwersalną tematykę, młodzieńczą ciekawość świata i przerażenie własnymi odkryciami. Jeśli dodamy do tego ścieżkę dźwiękową, na której Suicide spotyka się z Francoise Hardy, staję się wniebowzięty.
UL – Urszula Lipińska [9]
W opustoszałym świecie pokazanym przez Athinę Tsangari żyje się z bezczelnością nieocenzurowaną przez żadne konwenanse. Niby wolność i braterstwo, a jednak niepewność – jutra, ale przede wszystkim drugiego człowieka. Każdy zachowuje się tu nieprzewidywalnie, ale odczucie zostało zdiagnozowane prawidłowo: kompletnie nie wiadomo co nas czeka. Po trzecim seansie ten film ogląda się zupełnie inaczej niż za pierwszym, kiedy skojarzenia faktycznie mocno trzymały się „Kła” Lanthimosa. „Attenberg” uchwycił świat Mariny na chwilę przed trzęsieniem ziemi, ale chyba chodzi tu o znacznie poważniejsze i szerzej zakrojone trzęsienie ziemi…
MO – Michał Oleszczyk [7]
Bardziej hermetyczny od „Kła”, ale o wiele łagodniejszy w tonie – odważna eksploracja seksu jako ciała obcego w naszej pozornie racjonalnej egzystencji. Chwilami ogląda się to jak fuzję „Wyliczanki” Greenawaya ze „Stokrotkami” Chitylovej – mózgowość zdaje się pomagać beztroskiej zabawie, i na odwrót.
KW – Konrad Wągrowski [4]
Prawdopodobnie popełniam recenzenckie harakiri, ale uczciwie przyznaję, że na „Attenbergu” zasnąłem (na krótko, ale zawsze). Szukając na siłę, znajduję w tym filmie kilka ciekawie wymyślonych scen, doceniam fakt, że całą czwórkę głównych aktorów można zobaczyć nago (w różnych scenach), ale przyznaję, że przesłanie do mnie nie dotarło, a film do przemyśleń nie zmusił.
AZ – Artur Zaborski [7]
W wywiadach Athina Rachel Tsangari przyznaje, że po obejrzeniu „Melancholii” miała wrażenie, że jest to film o współczesnej Grecji. Reżyser obrazu – Lars von Trier, wydaje się być duchowym patronem jej debiutu, podobnie jak Michael Haneke. Na szczęście reżyserkę stać było na wypracowanie własnej formy i używanie własnego języka, dzięki czemu jej dzieło nie ugina się pod ciężarem inspiracji. Zapewne dlatego o „Attenbergu” dało się słyszeć podobne słowa do tych, które Tsangari powiedziała na temat obrazu Duńczyka.
PCz – Piotr Czerkawski [7]
Na szóstym piętrze paryskiej kamienicy Ozon spotyka się z Almodovarem, burżuazja brata się z ludem, a show tradycyjnie kradnie wszystkim Fabrice Luchini. Całość w sumie dość naiwna, ale – po francusku – pełna wdzięku.
AZ – Artur Zaborski [7]
Francuska komedia mieszczańska w najlepszym stylu.
BH – Błażej Hrapkowicz [7]
Dokument interwencyjny i surrealistyczna animacja tworzą bardzo zgrany duet: pierwszy opowiada naprawdę szokującą historię arogancji i niekompetencji wymiaru sprawiedliwości, który sprzeniewierzył się własnym regułom; druga stanowi podróż w głąb udręczonego umysłu, o której trudno zapomnieć.
UL – Urszula Lipińska [7]
Czy tego chcemy czy nie, moc współczesnego kina, także dokumentalnego, leży w formie i Anca Damian zdaje się świetnie to rozumieć. Sposób narracji i przedstawiania wydarzeń w tym filmie skłania się metodzie łączenia dokumentalnego materiału z animacją. Wstrząsającą historię, reżyserka przeniosła w odrealniony ekranowy świat, który jeszcze podsycił jej dramatyzm. Zamiast suchej relacji z faktów, „Droga na drugą stronę” przypomina raczej coś w stylu osobistej refleksji nad życiem Crulica, a zwłaszcza jego finalnym aktem. W potoczystej opowieści nie ma jednak nadmiernego psychologizowania i zażartego śledztwa: jest ludzki wymiar tragedii pokazany z niezwykłą pomysłowością.
MO – Michał Oleszczyk [7]
Zaskakujące, że film przepadł w polskich kinach: mimo że pierwszych 20 minut irytowało mnie swą nachalną fajnością w wynajdowaniu wizualnych ekwiwalentów epizodów z życia bohatera, to im dalej, tym było lepiej – duszniej, ciemniej, bardziej przerażająco. Dokumentalna animacja interwencyjna; brzmi karkołomnie, ale udało się bardzo dobrze.
AZ – Artur Zaborski [7]
„Walc z Baszirem” mnie nie powalił, za to jestem zagorzałym fanem „Persepolis”. Cieszę się, że do grona utrzymanych na wysokim poziomie artystycznym, animowanych dokumentów dołącza rodzima produkcja.
Wymyk [6.67]
PCz – Piotr Czerkawski [8]
Greg Zgliński korzysta z mniej dosadnych przesłanek, ale dochodzi do tych samych wniosków, które Paweł Sala sformułował w „Matce Teresie od kotów”. „Wymyk” w przekonujący sposób kompromituje mit patriarchalnej rodziny. Zgliński ma talent do szczegółów i wydobywa z graciarni zakorzenione w kulturze symboli męskości. Nie przez przypadek do najważniejszych rekwizytów w filmie należą: zepsuty samochód i niedziałający pistolet. Wszystkie sygnały przekonują, że testosteron stracił swoją moc. Nadszedł czas na kurację hormonalną.
MO – Michał Oleszczyk [5]
Głęboka na dwa palce, skonstruowana jak czytanka przypowieść o „dwóch braciach”, „winie”, „złym ojcu” i czym tam jeszcze. Każda postać ma jeden główny rys, każde wydarzenie pięknie układa się w książkowy przypadek scenariuszowej drabinki następstw. Lokalne zachwyty nad rzekomą „głębią” tego prostego jak konstrukcja cepa (choć bardzo kompetentnego!) filmiku świadczą o ogromnej dobrej woli recenzentów i widzów.
AZ – Artur Zaborski [7]
Kino bardzo dobrze opowiedziane i wiarygodne psychologicznie.
Restless [6.25]
PCz – Piotr Czerkawski [9]
Gus Van Sant niby po raz kolejny opowiada o młodości sprzężonej ze śmiercią, ale tym razem czyni to w sposób znacznie bardziej atrakcyjny niż w „Słoniu” czy „Paranoid Park”. Zamiast paradokumentalnej rejestracji z tamtych filmów mamy w „Restless” ekscentryczną wariację na temat „Attenbergu” połączoną z ekranizacją nieistniejącej powieści Murakamiego. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze znakomity soundtrack z wybijającym się na czoło „Sympathique” z repertuaru Pink Martini. Nadspodziewanie świetne kino.
BH – Błażej Hrapkowicz [8]
Sporo złych recenzji, ale mnie ta opowieść ujęła, bo jest przewrotna, inteligentna i empatyczna. Van Sant naigrywa się z popularnych konwencji romantycznych, ale zdaje sobie sprawę, że sam porusza się w konwencji indie – programowo ekscentrycznej, lekko udziwnionej, po hipstersku cool. To film wizualnie przeczulony, napięty, wytężony jak emocje młodych bohaterów próbujących oswoić śmierć, pod koniec niemal buddyjski, dopuszczający bowiem równoległe światy i witający ostateczność ze spokojną akceptacją. Rozumiem tych, których „Restless” odrzuca, sam chwilami wątpiłem, ale wyszedłem z kina głęboko dotknięty.
WO – Wojciech Orliński [1]
Tak, zgoda, młodzi aktorzy grają bardzo dobrze. Poza tym jednak absolutnie nie polecam tego filmu ludziom, chodzącym do kina dla przyjemności (polecam, oczywiście, ludziom dowartościowującym się tym, że są tacy bardzo hipst). Dołująca opowieść o powolnym umieraniu na nieuleczalną chorobę, w której nic się nie dzieje. Chodzą i chodzą, snują się i snują. A potem umierają. Wiem, w realnym życiu też tak jest, ale za oglądanie realnego życia się nie płaci w kasie. Wyszedłem z kina „głęboko dotknięty” tym, że w ogóle na to przyszedłem.
AZ – Artur Zaborski [7]
Oswajanie śmierci przeestetyzowanymi kadrami i indie rockowymi kawałkami działa! Nawet ja ze swoją tanatofobią zdołałem przyjąć dzieło Van Santa na spokojnie. Oczywiście, na spokojnie nie oznacza bynajmniej – bez emocji. Od tych film jest gęsty. Dodatkowy plus za duet młody Hooper i Wasikowska – aktorzy odnaleźli się w nietypowym dziele Van Santa bezbłędnie i pokazali, że zgodnie z przewrotnym przesłaniem filmu – ze śmiercią im/nam do twarzy.
PCz – Piotr Czerkawski [4]
Wariacja na temat znakomitego „Soul Kitchen” Fatiha Akina. Tym razem w menu dominują jednak czerstwe żarty i odgrzewane stereotypy. Całość wypada rozczarowująco niestrawnie.
AZ – Artur Zaborski [7]
„Almanya” (w języku tureckim – Niemcy) przypomina genezę Turków w Zachodnich Niemczech. W filmie historię gastarbeiterów przedstawia się kilkuletniemu Cenkowi. Wadą filmu jest uproszczenie opowieści do perspektywy chłopca. Zaletą próba znalezienia równie prostego lekarstwa na bolączki wielokulturowości. „Almanya” to kolorowe rozliczenie z przeszłością, kalkulowane bez kompleksów, chętne do umorzenia zaciągniętych długów i udzielonych pożyczek. Szkoda, że w tym uproszczeniu reżyserki się zagalopowały i wybielają demoniczną postać niemieckiej Chadecji – Angeli Merkel, która jasno dała do zrozumienia, że polityka wielokulturowości to już przeszłość. To niebezpieczne przekłamanie może przynieść odwrotny skutek niż siostry Samdereli sobie zamierzyły.
Anonimus [5.00]
MO – Michał Oleszczyk [2]
Wielopoziomowa wulgaryzacja Szekspira czyni tak wielkie spustoszenie w głowie widza – i za sprawą toporności konceptu, i siermiężnego wykonania Emmericha – że pod koniec siedziałem w fotelu skurczony i smutny, jakby po ataku Bloba-zabójcy wyciekającego na mnie z ekranu. Stay away if you can.
AZ – Artur Zaborski [8]
William Szekspir jako oszust niedoskonały, teatr jako narzędzie politycznych manipulacji i autor widmo, który dla sztuki gotów poświęcić jest prawa autorskie do swoich dzieł, w najlepszym filmie Rolanda Emmericha. Powtarzam po raz kolejny: rok 2011 rokiem blockbusterów.
PD – Piotr Dobry [4]
Imitacja „Love Actually” i „Złego Mikołaja”. Bez wdzięku i humoru, za to z masą chamskiego nawet jak na TVN product placementu. Tylko aktorsko toto jakoś się broni, no ale w końcu gdzie Stuhr, a gdzie Zakościelny.
WO – Wojciech Orliński [5]
Postanowiłem zaryzykować polską komedię romantyczną, bodajże po raz pierwszy od „Testosteronu”, po którym przekreśliłem grubą linią samą instytucję „polskiego kina komercyjnego”. „Listy do M” są zaskakująco mało złe. Film ciągle jest daleki od pomysłowości „Love, actually”, który próbuje imitować, ale ma niezaprzeczalne plusy. Przede wszystkim: aktorzy dziecięcy/młodzieńczy. Pani Anno Matysiak, jeśli pani zagląda do takich serwisów – ilekroć na ekranie widzimy panią i pani filmowych „rodziców”, Adamczyka i Dygant, mamy kadr, który ja bym zatytułował „utalentowana aktorka na tle dwojga manekinów”. Ale to ogólna zasada, w tym filmie dzieci zwykle kradną show swoim zawodowym partnerom. Jakaś rewolucja się dokonała? Przecież do niedawna tak umiał reżyserować dzieci tylko Maleszka?
AZ – Artur Zaborski [4]
Warszawa pozuje tu na „zachodnie miasto”, a film na „zachodnią produkcję”. Niestety, wychodzi tylko tej pierwszej. Dawno nie oglądałem tak źle obsadzonej Romy Gąsiorowskiej.
Coś [4.00]
BH – Błażej Hrapkowicz [4]
Oryginałem Carpentera rządziła implozja, siła dośrodkowa, klaustrofobia i paranoja wzmocniona celowymi białymi plamami w fabule. Prequel to eksplozja – niby wciąż nieufność, podejrzliwość i ciasnota, a jednak typowe dla współczesnych remaków (prequeli, sequeli, whatever) przedkładanie efekciarstwa i dosłowności nad atmosferę. W kategorii „strachy na lachy” – od biedy może być. Do arcydzieła Carpentera nie ma żadnego podejścia.
KW – Konrad Wągrowski [4]
Będę odkrywczy – zupełnie niepotrzebny remake… to znaczy prequel. Właściwie wszystkie zwroty akcji skopiowane ze znakomitej wersji Carpentera z zamianą przypiekania krwi na oglądanie plomb. Co gorsza – poza główną bohaterką – inne postacie zlewają się w jednorodną masę (i nie mówię tu o chwilach przeobrażeń). Dziwne zresztą, że owe komputerowe przeobrażenia robią dużo mniejsze wrażenie niż efekty sprzed 30 lat. Miły ukłon do miłośników pierwowzoru w ostatniej scenie, ale powiedzmy sobie szczerze – bez niego ten remake… to znaczy prequel byłby już żałosny.
PCz – Piotr Czerkawski [1]
Na Camerimage wytrwałem pół godziny, ale w momencie, w którym zacząłem bardziej kibicować nazistom stwierdziłem, że lepiej wyjdę
MO – Michał Oleszczyk [4]
Chaotycznie opowiedziany, źle zmontowany film Holland nie ułatwia zrozumienia opowiadanej anegdoty, w zamian oferując czytelną pod każdą szerokością geograficzną wizję upodlenia w mroku jako drogi do ocalenia. Stosunki polsko-żydowskie pokazane są ze zbawienną niejednoznacznością, ale i tak uważam, że jako kawałek narracji rzecz jest zupełnie spartaczona (test: pokażcie film zagranicznemu znajomemu i zapytajcie go, gdzie dzieje się akcja, a także kto w filmie jest Polakiem, a kto Ukraińcem).
Róża [--]
KW – Konrad Wągrowski [10]
„Róża” to nie tylko bezdyskusyjnie najlepszy film minionego festiwalu w Gdyni, to także jeden z najlepszych polskich filmów ostatniego dwudziestolecia, a nawet jeden z najlepszych polskich filmów wszech czasów. Wrażenie oszałamiające, Smarzowski sięgnął wreszcie po nie swój scenariusz (kolejny szok: za znakomity skrypt odpowiada znany wcześniej z zarżnięcia „Wiedźmina” Michał Szczerbic) i opowiedział odrobinę inną od dotychczasowych historię, choć mieszczącej się w skrajnie pesymistycznej estetyce swego kina. „Róża” to opowieść o miłości w wyjątkowo paskudnych czasach (naturalistyczna przemoc to jeden z głównych składników filmu), przedstawiająca losy jednostek na tle zapomnianego dziś dramatu całego narodu mazurskiego, koncertowo zagrana przez Marcina Dorocińskiego, Agatę Kuleszę i resztę aktorskiej ekipy, z szeregiem niezapomnianych scen. „Róża” to także bolesny wyrzut dla naszej historii, ale też uniwersalne pytanie o przyczyny przemocy i opresji. Nie wątpię, że kilka scen przejdzie do historii naszego kina – śmierć jednej z bohaterek pokazana w formie usypiania zmęczonego dziecka, szalony śmiech Lecha Dyblika i Marcina Dorocińskiego, zbiorowy gwałt, skrajnie poruszający finał… Film, o którym pamięta się jeszcze wiele tygodni po seansie.
PCz – Piotr Czerkawski [8]
Początkowo film Richarda Ayoyade przypomina „Śniadanie na Plutonie”, w którym damska sukienka została zastąpiona przez hipsterskie wdzianko. Główny bohater w sobie podobny wdzięk, instynkt outsidera i autoironiczne poczucie humoru. Z biegiem czasu „Moja łódź podwodna” dryfuje jednak na poważniejsze tory. Jak przystało na film o okresie dojrzewania zderza rozsadzającą ekran młodzieńczą energię z równie silną goryczą pierwszych rozczarowań. Każdy z nas zaliczył kiedyś rejs na takiej łajbie.
Strona [«][‹] 1 z 2 [›][»]
Copyright © 2000-2012 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.